To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Forum THESAURUS
wykrywacze metali , poszukiwania skarbów, eksploracja, kolekcje

Różne i Różniste - Wierzyć, nie wierzyć - przeczytać warto.

GrzegorzB - 2012-07-03, 12:00

jerzydom napisał/a:
Cudowne źródło w Gietrzwałdzie
http://www.rp.pl/artykul/...trzwaldzie.html

Powinni butelkować. Albo nabijać tym kieszonkowe atomizery, żeby co niektórzy "świecznikowcy" mogli sobie zraszać głowy. Przez cały rok, nie tylko w upalne dni :) Tylko czy im by się wręcz nie pogorszyło od tego :lol:

jerzydom - 2012-07-03, 17:13

GrzegorzB wiara cuda czyni :-D
jerzydom - 2012-07-08, 12:49

To nie koniec polskiego Roswell
Mikołaj Podolski
Piktogramy już się nie pojawiają, turyści i dziennikarze przestali przyjeżdżać, na inwestycje nie było pieniędzy, a grupy ufologów się pokłóciły. Mimo to mieszkańcy Wylatowa dalej dążą do promocji poprzez UFO, a na niebie wciąż da się zauważyć dziwne obiekty.

Miejscowość znajduje się w powiecie mogileńskim, w połowie drogi między Toruniem a Poznaniem i liczy ledwie sześciuset mieszkańców. A jednak mówi się, że to położone pięć kilometrów dalej 12-tysięczne Moglino leży pod Wylatowem, a nie Wylatowo pod Mogilnem. Bo właśnie ta polska wieś stała się odpowiednikiem polskiego Roswell, miejsca kojarzonego z przybyszami z kosmosu.

A miało być tak pięknie
Nikt nie wie kiedy dokładnie się to zaczęło. Jedna z bardziej wiarygodnych historii dotyczy dziewczynki, która 40 lat temu, widząc zbliżające się światło schowała się w ziemniakach, a po wyjściu z ukrycia zobaczyła wygnieciony krąg w zbożu, zwany w środowisku ufologicznym piktogramem. Ale tego typu opowieści można było usłyszeć dopiero po 2000 r., kiedy na wylatowskim polu pojawił się pierwszy tego typu udokumentowany znak. Wtedy mieszkający tam ludzie przestali się bać posądzania o szaleństwo. Zaczęli mówić o światłach, awariach prądu, gaśnięciu samochodów podczas jazdy, strachu i uciekaniu w krzaki lub do traktorów przed statkami kosmicznymi. Niektórzy bali się wracać do domów.

Znaki w Wylatowie powstawały w latach 2000-2005. Większość na początku lata, między 20 czerwca a 25 lipca. Nadawano im nazwy, np. „Motylek”, "Krzyż" lub „Kwiatek”. O ile jeszcze w pierwszym roku do zjawiska podchodzono bardziej humorystycznie, to już rok później raczej z ciekawością. Do wsi zaczęły przyjeżdżać setki ciekawskich, nikt jednak na poważnie nie brał się za badania. Dopiero w 2002 r. prezes zajmującej się niewyjaśnionymi zjawiskami Fundacji Nautilus wynajął część domu Jerzego Szpuleckiego, położonego tuż przy polach, na których powstawały piktogramy. Wkrótce w tym budynku zamieszkało kilkadziesiąt osób. Tak powstała pierwsza baza badawcza zajmująca się tym fenomenem. Przez półtora miesiąca ludzie z bazy przyglądali się zjawiskom, dyskutowali o nich i patrolowali okolice. A mimo to piktogramy powstawały dalej. Do Wylatowa przyjeżdżały ogólnopolskie stacje telewizyjne. O wsi zrobiło się głośno, zaś rolnicy przestali zgłaszać szkody w uprawach policji, wietrząc szansę na zarobek dzięki kręgom. W ich pobliżu stanęły kampery i namioty. Przybywały osoby nie tylko z odległych zakątków Polski, lecz nawet z Niemiec, Anglii i Ameryki.

Z całą pewnością można stwierdzić, że co najmniej część piktogrmów była ludzkiej ręki. Tworzyli je, i to z powodzeniem, nawet sami badacze. - Ku naszemu bezgranicznemu zdumieniu okazało się dość szybko, że niektórych elementów kręgu nie jesteśmy w stanie wykonać – komentuje prezes FN. - Przykładem może być zadziwiający piktogram w kształcie okręgu, który powstał w Wylatowie w nocy z 2 na 3 lipca 2002 r., w którym kłosy nie przylegały bezpośrednio do ziemi, lecz były zgięte... kilkanaście centymetrów wyżej nad ziemią. Za pomocą sznurka i deski nie da się czegoś takiego zrobić, a naprawdę wielu próbowało.

Przekręcony fenomen

Dziś, z perspektywy czasu, łatwiej oceniać wylatowski fenomen. Teorii jest mnóstwo i ciężko już się w nich połapać. Podobnie nie da się też już dokładnie określić ilości historii dotyczących znaków na polach, z którymi ludzie wiążą swoje losy. Przykładowo po upublicznieniu zdjęć piktogramu z 2000 r. o nazwie „Krzyż” do Fundacji Nautilus zadzwonił mężczyzna, który w Lublinie wyłowił karpia o dokładnie takich samych wzorach po obu bokach, jakie można było zauważyć na piktogramie.

Nikomu jednak nie udało się wyjaśnić kto lub co wykonywało kręgi na polach. Nikt też nie wie dlaczego nagle przestały się pojawiać. - A może był to jakiś eksperyment socjologiczny, który miał na celu zbadanie zachowania ludzi, którzy przyjeżdżali w to miejsce? – domniemywa prezes Nautilusa.
W Wylatowie był również najbardziej znany polski jasnowidz Krzysztof Jackowski, próbując nawet odwieść prezesa od badań. Rozumiał jednak, że zjawisko wymaga sprawdzenia. - Już wtedy uważałem jednak, że kręgi wylatowskie to jakieś nieporozumienie i nadal tak uważam. Moim zdaniem to nie ma nic wspólnego z UFO i robią je ludzie, którzy dobrze się bawią obserwując całe zamieszanie – stwierdza. - Ja wcale nie neguję tego, że jakaś inteligentna forma życia zamieszkuje jeszcze kosmos, jednak nie sądzę, żeby wysoko rozwinięta cywilizacja, która przylatuje na Ziemię i ma taką technologię, że może pokonać czas i przestrzeń, kontaktuje się z nami wygniatając zboże.

Na podparcie swojej tezy opowiada mi historię prezentacji rzekomych fotografii statków kosmicznych w Wylatowie, zorganizowanej przez jednego z tamtejszych mieszkańców, która rozbawiła go do łez. - Tam było z 200 czy 300 zdjęć i na każdym UFO. Było tak wyraźne, jak gdyby ktoś fotografował swój samochód z bliska – wspomina. - Moi znajomi parsknęli śmiechem i wyszli. Ja także. Wracając do domu stanęliśmy przy pierwszej stacji benzynowej i zaczęliśmy się śmiać. Moi towarzysze komentowali „Krzychu, dziękujemy ci, że zabrałeś nas na taką fajną komedię w tak nudnych czasach”.

Anomalie wciąż są, ale mało medialne

Podobne do Jackowskiego zdanie o piktogramach ma mieszkający w pobliskim Inowrocławiu Rafał Nowicki. To on zabiera mnie do bazy umieszczonej w domu Jerzego Szpuleckiego. Mieści się na ostatnim piętrze, gdzie znajdują się trzy pokoje i legendarna już kuchnia, w której toczyły się kluczowe dla zjawisk rozmowy. Trudno sobie wyobrazić, że mieszkało tam kiedyś ponad trzydzieści osób. Na poddaszu stworzono swoiste centrum monitoringu, z komputerem i miernikami, a za oknem umieszczono dwie kamery pozwalające obserwować pola i niebo.

- Dziś nie wierzę by choć jeden piktogram pochodził od niewiadomych sił. Wszystkie są dziełem ludzi. Ale tak naprawdę w Wylatowie dzieją się o wiele ciekawsze rzeczy. Piktogramy są tylko marchewką dla mediów. To jest fajne, bo można to zobaczyć. To przyciąga ludzi i powoduje, że każdy tworzy swoje teorie. Tymczasem występują tutaj zakłócenia elektromagnetyczne i różne inne anomalie. Ale to nie jest już tak medialne, bo jak to pokazać? - pyta retorycznie Nowicki, pokazując wykresy.

To właśnie ten inowrocławski przedsiębiorca instalował urządzenia w wylatowskiej bazie i jest jedną z trzech osób, które obecnie na poważnie zajmują się zjawiskiem. Pozostała dwójka mieszka w Niemczech. Dokładnie obserwują nagrania. Potrafią odróżniać tor lotów samolotu, satelity, czy balonu. Wiedzą kiedy za światło obiektu kosmicznego odpowiedzialne są promienie słoneczne, a kiedy jest ono sztuczne. Ale wciąż ich coś zaskakuje, np. jedno dziwnie poruszające się po niebie światło, z którego nagle tworzą się dwa. Jak mówi Rafał Nowicki, obiekty mają różne kształty i poruszają się w różnym tempie. - To są przypadkowe spotkania, których oni wcale nie chcą. Bo oni tak naprawdę nie chcą się pokazać – przekonuje.

Najważniejszy mieszkaniec

Kiedy Nowicki pokazuje mi urządzenia w bazie, przychodzi Jerzy Szpulecki. Ten 66-letni rolnik jest najważniejszym mieszkańcem Wylatowa, znają go tam bowiem wszyscy, z jego ust można usłyszeć najbardziej niewiarygodne historie i to w jego domu znajduje się baza. Już z progu relacjonuje zdarzenie sprzed kilku dni z udziałem dwóch mieszkańców pobliskiej wsi. Mimo kuli, którą musi się podpierać, wszedł na samą górę budynku, bo nie chce by opowieść usłyszała jego żona, która uznałaby to za fanaberie. Mówi szybko, chaotycznie, ale z takim przekonaniem, jakby był naocznym świadkiem zdarzenia. Chodzi o latający obiekt w kolorze zachodzącego słońca.
Ale takich historii zna bez liku. Najbardziej lubi opowiadać swoją, choć ujawnił ją dopiero po dwóch latach od tego zajścia, ośmielony przybyciem ufologów. Pewnego dnia zobaczył, a nawet usłyszał światło, które miało utworzyć pierwszy piktogram. Mówiło do niego i wprawiło w dobry nastrój. Szpulecki wierzy, że otrzymuje przesłanie z przestworzy i potrafi przewidzieć wytworzenie się kręgów w zbożu. - Nie wiem czemu to przychodzi akurat do mnie – przyznaje.

Wymknęło się spod kontroli?
W trójce najbardziej zaangażowanych obecnie ufologów zajmujących się Wylatowem jest 48-letni Waldemar Czarnetzki. Pochodzi z Olsztyna, ale od piętnastego roku życia mieszka w Niemczech. Pierwsze piktogramy widział w Anglii na początku lat 90-tych, natomiast do położonej niedaleko Mogilna wsi przyjechał w 2002 r. i to miejsce fascynuje go do dziś. To on sprowadził tam niemieckiego badacza Gerharda Gröschela, a ten zdecydował o zainstalowaniu kamer na budynku.

Według Czarnetzkiego piktogramy i pojawianie się na niebie dziwnych świateł to wynik interakcji między ludźmi a nieznanymi nam jeszcze istotami. Nie wyklucza więc, że np. człowiek stworzy krąg w zbożu, a dopiero w wyniku tego zdarzenia pojawi się latająca kula. I odwrotnie: można pomyśleć o określonym kształcie, a potem zobaczyć efekt tych myśli w postaci kręgu na polu pełnym upraw. - Ale to nie tak, że można sobie zamówić dowolny piktogram, bo do tego potrzeba zaangażowania, powagi i dobrych intencji - wyjaśnia. - Istnieje zbieżność między naszym działaniem jako badaczy, a pojawianiem się tego fenomenu. Wygląda na to, że te istoty zwracają uwagę na naszą działalność i na nią reagują. Bo jak nazwać przybycie UFO 5 lipca 2011 r. po mentalnej prośbie, będącej medytacją w duchu, kiedy to trzykrotnie kule światła zjawiały się w przeciągu trzech minut? Czy to przypadek? Co to jest przypadek?

Jednak mieszkający w Niemczech ufolog nie jest pewien kim są przybysze i czy mają dobre intencje. Jedną z teorii, którą dopuszcza do siebie, jest i ta, że mogą to być nawet aniołowie. - Mogą przybywać ze światów wysoko rozwiniętej świadomości i duchowości, cywilizacji wyższej wibracji albo wprost z niebios, czyli ze świata, gdzie my, wierzący w Boga ludzie przypuszczamy, że on i jego cale armie i dusze się znajdują - domniemywa. Dodaje też, że jednym z powodów, przez które piktogramy już się nie pojawiają może być strach ludzi, którzy je robili: - Zauważyli z czasem, że to wymknęło im się spod kontroli i poruszyło całą lawinę zdarzeń, bo UFO pojawiło się naprawdę.

Obecnie jest tylko piwo

W Wylatowie nie ma już wozów kempingowych, namiotów, nie kręcą się tu wycieczki, nie przyjeżdżają co chwilę dziennikarze. Tak jest od kilku lat. - Już się ludziom sprzykrzyło – mówi Jerzy Szpulecki, zawieszając głos. - Szkoda, że już nie ma piktogramów – dodaje ze smutkiem 25-letni Hubert Pachała, wybrany rok temu na sołtysa wsi. - To bez wątpienia coś, co rozsławiło naszą miejscowość. Sam widziałem je na polach i wiem, że były dla wszystkich zagadką. Mieszka tu wiele osób, które naprawdę w to wierzą i twierdzą, że widziały dziwne zjawiska na własne oczy. Nie przypuszczam żeby to wymyśliły.

W domu Szpuleckiego spotykam jego zięcia, Ryszarda Kusza. Ten nalega, bym zobaczył... piwo. Wbrew pozorom ten napój mógłby przyczynić się do promocji miejscowości, na etykiecie widnieje bowiem – a jakże – latający spodek. - Robię już piąty rok to piwo. Zawiera całą gamę mikroelementów i witaminę B. Ma nawet właściwości lecznicze. Wypicie jednego dziennie bardzo dobrze wpływa na pracę nerek – zapewnia. Sam zakłada gospodarstwo agroturystyczne pod Rzeszowem i chciałby je serwować dla gości. Recepturę przekazał krewnym z Wylatowa i namawia ich na produkcję pod własną marką. Dlatego wydrukował naklejki z kosmitami.

Choć „Jasne Wylatowskie” byłoby bez wątpienia atrakcją dla przyjezdnych, wieś ma sporo innych atutów. Na przykład piękny drewniany kościół i jezioro. Sęk w tym, że mimo ufologicznego boomu i rekordowej liczby turystów w 2003 r., poza renowacją plaży w miejscowości nie zrobiono niemal nic, co mogłoby przyciągnąć żądnych kosmicznych wrażeń przyjezdnych. Dawniej mówiło się o budowie hotelu, ale temat upadł wraz ze zniknięciem piktogramów. Dziś w całym sołectwie nie ma tak naprawdę ani jednego gospodarstwa agroturystycznego z prawdziwego zdarzenia. Natomiast w ratuszu w Mogilnie zapewniają mnie, że co prawda urzędnicy pamiętają o Wylatowie, ale na inwestycje w tym miejscu nie ma obecnie pieniędzy i raczej nieprędko będą. Problemem jest też to, że nie ma już kręgów.

A i sami badacze są raczej niechętni nagłaśnianiu sprawy. Nie dość, że piktogramów nie ma, to jeszcze między grupami ufologów zrodził się spór, zaś różnej maści pseudonaukowcy zepsuli im opinię. Jeden z poszukiwaczy pozaziemskich istot wyjawił mi informację, że w Polsce jest jeszcze jeden teren, gdzie piktogramy pojawiają się z identyczną częstotliwością jak w Wylatowie i to od 7 lat, czyli od czasu, gdy przestały się pojawiać w powiecie mogileńskim. Teraz badacze skupiają się bardziej na tym miejscu i tym razem starają się tej sprawy nie nagłaśniać w mediach. Lokalizacji też nie chcą ujawniać.

Czemu prawie nikt o tym nie wie? - W Wylatowie więcej czasu zajmowało nam oprowadzanie wycieczek niż skupianie się na tym fenomenie – mówi jedna z osób związanych ze sprawą. - To zjawisko naukowe, a nie masowe. Rozgłos może tylko przysporzyć dodatkowych problemów. Poza tym ludzie przyjeżdżający do Wylatowa po prostu oglądali kręgi i wyjeżdżali. Byłem w Roswell i tam wygląda to zupełnie inaczej. W Stanach Zjednoczonych ludzie są bardziej zaciekawieni tym tematem i przede wszystkim bardziej otwarci. Nie kpią, nie pukają się w głowę robiąc śmieszne miny, choć o zjawisku nie mają pojęcia. Próbują to zrozumieć i poznać. U nas to bardziej ciekawostka czy wręcz śmiesznostka.

Szansa na Roswell wciąż istnieje

- Ta sprawa w niczym nie pomogła miejscowości – twierdzi z kolei miejscowy proboszcz Krzysztof Tarbicki. Podobnego zdania są starsi mieszkańcy, których pytam o opinię. - U nas nic nie ma. Ktoś sobie wymyślił UFO, to chociaż mógł być zysk dla nas, a tak to dalej tylko tiry tu jeżdżą i nic więcej – żali się jedna z mieszkających w Wylatowie emerytek.

Z kolei jeden z tamtejszych przedsiębiorców przypuszcza, że na turystach zarobił co najwyżej sklep spożywczy, choć o dużych pieniądzach marzyło wielu. Niektórzy próbowali czerpać zyski z opłat za wstęp na pola, inni ze sprzedaży pocztówek. Nic z tego nie wyszło. - Mieliśmy chociaż frajdę, że przyjeżdżało do nas tylu ludzi, ale ktoś musiałby tu poważnie zainwestować żeby wszyscy zarabiali – dodaje 41-letni Roman Woźniak, mieszkaniec wsi.

W Wylatowie nikt już jednak nie liczy na nowe piktogramy, mimo to ufolodzy dalej chcą monitorować teren i przeprowadzać eksperymenty. Wierzą, że uda im się ustalić skąd biorą się wciąż występujące tam dziwne, niewyjaśnione zjawiska. Natomiast szansa na gospodarcze ich wykorzystanie pojawiła się wraz z powstaniem lokalnego stowarzyszenia Impuls w 2011 r. Na razie ma pieczątkę i banner ze statkiem kosmicznym. Kolejnym krokiem mają być zawody we frisbee. - Wiadomo, że to kojarzy się z UFO. Te mistrzostwa powinny być u nas. Chcielibyśmy zacząć od małej imprezki, ale marzą mi się zawody na skalę ogólnopolską – nie ukrywa Sylwia Grabowska, prezes organizacji.

Prawdziwą szansą miałaby być jednak wioska tematyczna, oczywiście nawiązująca do fenomenu kręgów. Jeśli uda się pozyskać na nią fundusze, być może do Wylatowa znów będą ściągać tłumy turystów. A i może kosmici przylecą?
http://strefatajemnic.one...32,artykul.html

jerzydom - 2012-07-09, 12:19

Święte mleko z mlekomatu! 2 zł za litr!
Automat do sprzedaży mleka wrósł w lokalny pejzaż Kalwarii Zebrzydowskiej. Codziennie zaopatruje mieszkańców i turystów w świeży, zimny napój - czytamy w "Dzienniku Polskim".

Ojcowie bonifratrzy z Zebrzydowic w marcu ubiegłego roku wpadli na pomysł tego "interesu". W ekologicznym gospodarstwie rolnym mają 60 krów. Nie zawsze było co zrobić z nadmiarem białego napoju, a jest on wyjątkowo zdrowy - zwierzęta są na co dzień karmione naturalnymi paszami, wyhodowanymi na klasztornych łąkach i dają pyszne mleko. Mlekomat stoi w budynku przy ul. 3 Maja, tej, którą idzie się do sanktuarium oo. Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej. Nad drzwiami do pomieszczenia widnieje wielki napis "Mlekomat".

Do zbiornika mlekomatu wchodzi naraz 130 litrów. Mleko jest utrzymywane w stałej temperaturze, około 3,5 st. C i ma 4 proc. tłuszczu. Aby je kupić, trzeba wrzucić do urządzenia wyliczoną sumę - 2 złote kosztuje litr; za pół litra trzeba zapłacić 1,5 złotego. Pod lejek mlekomatu można podstawić własną butelkę, byle miała szeroką szyjkę lub kupić nową w aptece bonifratrów za złotówkę, taką "firmową", z napisem "Mleko świeże z Zebrzydowic".
http://finanse.wp.pl/kat,...tml#czytajdalej

jerzydom - 2012-07-11, 13:16
Temat postu: Najmroczniejsze miejsce na świecie
Wyspa Gunkan-jima. Historia cierpienia i strachu
Japońska wyspa Gunkan-jima należy do najmroczniejszych miejsc na świecie. Znajduje się zaledwie 15 kilometrów od ponad 400-tysięcznego miasta Nagasaki, a mimo to jest zupełnie opuszczona. Dzisiaj znajdują się na niej tylko brzydkie, niezamieszkane osiedla. Co sprawiło, że tak się stało?
Nazwa Gunkan-jima oznacza "Wyspa Okręt Wojenny", choć tak naprawdę wyspa nie miała wiele wspólnego z militariami. Termin ukuł reporter lokalnej gazety, któremu wyspa wydała się podobna do okrętu wojennego sunącego po falach, głównie ze względu na mur ochronny, którym ją otoczono. Jej poprawna nazwa to Hashima, czyli "Wyspa Graniczna". Aż do 1887 roku nikt się nią nie interesował. Dopiero kiedy odkryto na niej złoża węgla, stała się bardzo cennym terytorium. W 1890 roku sprzedano ją koncernowi Mitsubishi, który postanowił na niej zarobić.

W 1916 roku przedsiębiorstwo wybudowało pierwszy 9-piętrowy wieżowiec, w których zamieszkali robotnicy mający pracować w kopalni. Do końca drugiej wojny światowej takich budynków wzniesiono 30. Na niewielkich rozmiarów wyspie zapełniono każdy skrawek terenu.
O tym, jak wyglądała Gunkan-jima najlepiej świadczy wskaźnik zagęszczenia ludności. Na 6-hektarowej wyspie populacja wynosiła ponad 5 tysięcy osób. Dla porównania, na podobną powierzchnię w jednym z najludniejszych miast świata, Meksyku, przypada 358 osób. W latach 70. to właśnie Gunkan-jima była najgęściej zaludnionym miastem świata. Więcej, była najgęściej zaludnionym obszarem w historii. Było tam tak mało miejsca, że nie wchodziło w grę jeżdżenie samochodem. Żeby pomieścić wszystkie budynki, w mieście stworzono system tuneli, korytarzy i klatek schodowych. Do niektórych miejsc praktycznie nie docierało światło.
Mimo ogromnego tłoku na wyspie znajdowało się wszystko potrzebne do życia: szkoły, szpital, sklepy, kina, restauracje, dwie świątynie, a nawet dom publiczny. Gunkan-jima była także więzieniem, do którego podczas II wojny światowej trafiło kilka tysięcy jeńców koreańskich i chińskich. Mieszkali w osiem osób w małym pokojach, stłoczeni jeden na drugim. Jako ubranie otrzymali worki po ryżu. Najgorsza była jednak praca w kopalni. Nie dość, że trwała długo i była bardzo wyczerpująca, istniało ciągłe zagrożenie wybuchem metanu. Szacuje się, że co miesiąc ginęło 5 górników.
Więźniowie żyli w atmosferze beznadziei i smutku. Na ich nastrój miało też wpływ otoczenie. Zostali umieszczeni w budynkach leżących na obrzeżach wyspy. Gunkaj-jimę otaczał ponadto 4-metrowy mur. Wielu więźniów nie mogło tego wytrzymać i skakało z okna do wody, chcąc dostać się na sąsiednią wyspę, Takashimę. Ginęli w odmętach fal. Więźniów zabijało także przemęczenie oraz niedożywienie. Jedynym wyjściem często było samobójstwo. W sumie na wyspie zmarło 1300 przymusowych robotników.
Pobyt na Gunkan-jimie przeżył Suh Jung-Woo, wtedy 14-letni Koreańczyk, zabrany siłą ze swojej wioski. Przed przyjazdem na wyspę, nie wiedział, co go czeka: "Miałem krewnych w Japonii. Myślałem, że to nieważne, gdzie zostanę wysłany. Będę w stanie uciec i znaleźć u nich schronienie. Ale kiedy tylko zobaczyłem Hashimę, straciłem wszelką nadzieję".

Mimo to wielu byłych mieszkańców wyspy dobrze wspomina okres na niej spędzony. Dotyczyło to japońskich robotników, którzy otrzymywali wynagrodzenie i pracowali w lepszych warunkach. Jednak z pewnością nie można powiedzieć, że ich życie było usłane różami. Na jedną rodzinę przypadał zazwyczaj jeden pokój o wielkości 10 metrów kwadratowych, z jednym oknem wychodzącym na inny szary blok. Łazienka oraz kuchnia były wspólne dla sześciu rodzin. Przydział mieszkań zależał jednak od hierarchii. Wyżej postawieni pracownicy mieli dwupokojowe mieszkania z kuchnią i łazienką. Na wyspie był nawet jeden dom jednorodzinny, w którym mieszkał kierownik przedsiębiorstwa Mitsubishi.

Dużym problemem na Gunkan-jimie był brak roślinności. Osiedle było zbudowane na gołej skale. To dlatego na wyspie nie rośnie ani jedno drzewo. Dopiero w latach 60. zaczęły powstawać pierwsze ogrody umieszczone na dachach wieżowców. Mieszkańcy mieli także inne problemy, czasami musieli martwić się o żywność, odzież i artykuły higieniczne. Mimo że na wyspie działało 25 sklepów, towary dostarczano spoza Gunkan-jimi. Każda burza wzbudzała w mieszkańcach wyspy obawę o własne życie.
Mimo ogromnego rozwoju przedsięwzięcia, Gunkan-jimę czekał smutny koniec. Węgiel został zastąpiony ropą naftową, która stała się głównym źródłem energetycznym kraju. W całej Japonii zamykano kopalnie. Ten los nie ominął również Hashimy. W 1974 roku wyjechała stamtąd ostatnia osoba. Z ogromnego osiedla mieszkaniowego pozostały tylko sypiące się budynki, które powoli zamieniają się w ruinę i przypominają mękę ich pierwszych mieszkańców.
Pod linkiem fotki do obejrzenia
http://niewiarygodne.pl/k...gajticaid=6ec96

jerzydom - 2012-07-13, 05:58

Wróg zaatakuje spod ziemi
Choe Sang Hun
New York Times
W Korei Południowej od lat trwają poszukiwania sekretnych podziemnych tuneli, przez które wrogi sąsiad z Północy może przeprowadzić inwazję. Tuneli szuka wojsko, ale też mała grupa amatorów głęboko wierzących w ich istnienie.
– Ludzie myślą, że jestem szalony – mówi Kim Dzin Czul, chrześcijański kaznodzieja przekonany, że północnokoreańscy żołnierze kopią tajemne tunele, które sięgają już nie tylko do Seulu, stolicy Korei Południowej, ale także do Hwasong, jego rodzinnego miasta położonego jeszcze 15 kilometrów dalej na południe. Pastor Kim służy tu wspólnocie złożonej z dziewięciu rodzin.

– Proszę wyobrazić sobie hordę północnokoreańskich żołnierzy wylewających się na ulice i biorących mieszkańców miasta za zakładników – dodaje 47-letni Kim, członek niewielkiej, ale oddanej sprawie grupki Koreańczyków z Południa od lat, a nawet dziesięcioleci, aktywnie poszukujących "tuneli inwazyjnych". Jak dotąd znaleziono tylko cztery takie tunele, wszystkie zresztą w latach 1974–1990 i bardzo blisko granicy. Od tego czasu nie wykryto już ani jednego, i to mimo tysięcy badań i odwiertów prowadzonych zarówno przez wojsko, jak przez ochotników takich jak Kim.
Choć "poszukiwacze tuneli" przez wielu uważani są za nieszkodliwych wariatów, ich obsesja dotyka tego, czego Koreańczycy z Południa najbardziej się obawiają: zamiłowania Północy do "schodzenia pod ziemię" i prowadzenia tam przygotowań do wojny. Taka strategia Korei Północnej wynika z faktu, że w czasie wojny koreańskiej w latach 1950–53 amerykańskie lotnictwo w krótkim czasie zrównało z ziemią większość północnokoreańskich instalacji wojskowych.

O "zagrożeniu spod ziemi" przypomniał w maju amerykański generał brygady Neil H. Tolley, dowódca sił specjalnych USA w Korei Południowej. W czasie konferencji na Florydzie powiedział on podobno, że Amerykanie podejrzewają Koreę Północną o zbudowanie tysięcy tuneli i innych podziemnych obiektów wojskowych. Jest wśród nich, jak mówił, 20 częściowo krytych lotnisk i tysiące doskonale zamaskowanych stanowisk artyleryjskich. Władze Korei Południowej twierdzą jednak, że choć nie ma pewności co do miejsc, w których prowadzono podziemne prace, tunele znajdują się tylko na terenie Północy.

Ministerstwo obrony Korei Południowej dodaje także, że wciąż poszukuje ewentualnych tuneli: prowadzi testowe wiercenia wzdłuż granicy i korzysta z zaawansowanych urządzeń do wykrywania dźwięku i drgań. – Nie ignorujemy żadnych, nawet najmniej prawdopodobnych informacji o nowych tunelach, bo ich wykrycie może zadecydować o losach ewentualnej wojny i przetrwaniu naszego kraju – odpowiedzieli przedstawiciele ministerstwa na nasze pytania dotyczące oskarżeń amatorskich poszukiwaczy tuneli. Dodali także, że z technicznego punktu widzenia wydrążenie tuneli sięgających tak daleko na południe, jak twierdzą ludzie pokroju Kima, jest po prostu niemożliwe. – Większość ludzi twierdzących, że odkryli tunele, używa kompletnie nienaukowych metod – podkreślali. – Jak dotąd wszystkie ich "odkrycia" okazały się pomyłkami.

Wśród "poszukiwaczy tuneli" są byli funkcjonariusze wywiadu wojskowego, chrześcijańscy pastorzy twierdzący, że lokalizację tuneli wskazał im sam Bóg, a nawet jeden na wpół ślepy katolicki ksiądz zarzekający się, że znalazł ich już 17 za pomocą różdżki – takiej, jakiej używają radiesteci.

"Tunelowa histeria" zaczęła się w roku 1974, kiedy patrol południowokoreańskiej straży granicznej zauważył smugę pary wydobywającą się spod ziemi. Przeprowadzone w tym miejscu wiercenia pomogły odnaleźć tunel sięgający około kilometra w głąb terytorium Korei Południowej. Północ do dziś wypiera się jakiegokolwiek związku z tego typu działaniami.

Koreańczycy z Południa utrzymują dwa ze znalezionych tuneli jako atrakcję turystyczną, mającą uzmysławiać kolejnym pokoleniom, że w 60 lat po zakończeniu wojny Korea Północna nadal jest poważnym zagrożeniem. "Słuchajcie uważnie!", mówi narrator w filmie wideo, który oglądają zwiedzający. "Może usłyszycie słaby odgłos silnika pracującego w ciemności? Dopóki zdarzają się takie prowokacje pod ziemią, nie będzie prawdziwego pokoju na powierzchni."

78-letni Li Dzong Czang, katolicki ksiądz i weteran w dziedzinie poszukiwania tuneli, wziął sobie te słowa głęboko do serca. – Robię to po to, aby zapobiec kolejnej wojnie, aby nikt już nie cierpiał i nie umierał – mówi.

Ksiądz Li opowiada, że kiedyś pomagał mieszkańcom wsi znajdywać wodę, posługując się różdżką, czego nauczył się od pewnego francuskiego misjonarza. W 1974 r. władze poprosiły jego i kilku innych cywili o pomoc w poszukiwaniu tuneli. W 1975 r. ksiądz Li znalazł drugi tunel, za co został uhonorowany medalem prezydenckim. Później setki razy wyruszał ze swoją różdżką na wyprawy na poszukiwanie tuneli – uznał to za misję od Boga. Władze kościelne miały na ten temat inne zdanie i w latach 1987–89 wysłały go na misje do Ekwadoru, ale to nie osłabiło jego determinacji.

Dziś ksiądz Li mieszka samotnie, cukrzyca sprawia, że powoli traci wzrok. Na podłodze jego mieszkania leżą dziesiątki map, na których widnieją ręcznie narysowane tunele rozgałęziające się pod terytorium Korei Północnej, pod Seulem. Niektóre z nich zatrzymują się pod szkolnymi boiskami, inne kończą się tuż przed ścianami tuneli metra – ostatnie kilka metrów ziemi, jak mówi ksiądz, będzie można szybko usunąć, kiedy Północ zdecyduje się na inwazję. – Za pomocą mojej różdżki widzę to, co jest pod ziemią, równie dobrze jak lekarz badający pacjenta za pomocą stetoskopu – przekonuje Li. – Niestety niektórzy ludzie, w tym także wojskowi, uważają, że jestem szalony…

Podejrzenia księdza Li i jemu podobnych podziela za to część uciekinierów z Korei Północnej. – Zawsze mówiono nam, że tunele są podstawową metodą infiltracji terytorium Południa – mówi Lim Czun Jong, który przez 16 lat służył w północnokoreańskich siłach specjalnych, a w 1999 r. uciekł na Południe. Kim Tae San, północnokoreański urzędnik, który uciekł z kraju w 2003 r., opowiada, jak jego krewni pracujący w wojskach inżynieryjnych mówili mu, że przekopanie się do tuneli seulskiego metra jest częścią planu inwazji na Koreę Południową.

Kaznodzieja Kim Dzin Czul żałuje, że Koreańczycy z Południa nie chcą dziś słuchać takich relacji. Dla młodszego pokolenia, mówi, tunele są co najwyżej reliktem Zimnej Wojny. – Moje wysiłki są jak rzucanie jajkiem o skałę – wzdycha, opowiadając o próbach zbierania funduszy na poszukiwania i nowe odwierty.

W ubiegłym roku na północ od Seulu odwierty prowadził za własne pieniądze pewien człowiek zaangażowany w poszukiwanie tuneli już od 20 lat. Jak dotąd bezskutecznie.

Zdarza się, że "poszukiwacze tuneli" zachowują się jak nałogowi hazardziści. Pożyczają na przykład duże sumy pieniędzy na finansowanie swojej pasji – czy też obsesji – a potem ukrywają się przed pożyczkodawcami, rozwodzą, mają poważne problemy.

Pastor Kim zaraził się "chorobą tunelową" (jak sam nazywa swoją pasję) w 2002 r., kiedy w jego mieście zaczął kopać inny poszukiwacz, niejaki Czung Dżi Jong. Kim poświęcił na poszukiwania pieniądze zaoszczędzone wcześniej na budowę nowego kościoła. Kiedy zaczynał pracę w Hwasong w 2000 r. jego zgromadzenie liczyło 80 osób. Dziś skurczyło się do 25.

– Czy mój Kościół jest w niebezpieczeństwie? – pyta retorycznie pastor Kim. I sam sobie odpowiada: – Być może, ale mojemu krajowi grozi większe niebezpieczeństwo. Tunele inwazyjne to ostatnia tajna broń Korei Północnej.
http://wiadomosci.onet.pl...-wiadomosc.html

jerzydom - 2012-07-14, 17:41

Dynamo - cudotwórca chodzący po wodzie
Mike Mulvihill / The Times

Potrafi latać, lewitować, chodzić po ścianach budynków i przechodzić przez szyby. Przeszedł też Tamizę – i zrobił to na piechotę. To człowiek, który umie chodzić po wodzie. Co jednak najbardziej imponujące: rozwiązuje krzyżówkę ”Timesa” w niecałe trzy sekundy.

Steven Frayne, znany też jako Dynamo, w dzieciństwie magią odpędzał swoich prześladowców. Dziś jest gwiazdą telewizji i Twittera.

Wiele trzeba, by zszokować mieszkańców Las Vegas. To w końcu miasto, w którym w jedno popołudnie można odwiedzić Wieżę Eiffela, Empire State Building, piramidy w Gizie i Plac Świętego Marka. Jednak gdy do miasta przybył Steven Frayne, nawet najbardziej zblazowani z lokalnych mieszkańców zdali sobie sprawę, że mają do czynienia z kimś wyjątkowym.
Frayne - lepiej znany pod pseudonimem Dynamo - jest brytyjskim iluzjonistą, który do perfekcji opanował sztukę zaskakiwania publiczności i na nowo odkrywa przed widzami uroki magii. Jest jak brytyjski David Blaine (z tą tylko różnicą, że nie zasiada w szklanej skrzyni obrzucanej jedzeniem przez pijanych londyńczyków) i pokazuje na ulicach sztuczki, które ludzi zadziwiają, szokują, a często też przerażają. Potrafi zamienić śnieg w diamenty a Fantę w Coca-Colę, potrafi ożywić papierowe motyle i stopić w rękach monety. Potrafi latać, lewitować, chodzić po ścianach budynków i przechodzić przez szyby. Przeszedł też Tamizę – i zrobił to na piechotę. To człowiek, który umie chodzić po wodzie. Co jednak najbardziej imponujące: rozwiązuje krzyżówkę ”Timesa” w niecałe trzy sekundy.

Jego magia oczarowała całą brytyjską publiczność. Pierwszy cykl programu ”Dynamo: Mission Impossible” okazał się wielkim hitem obejrzanym przez 1,7 miliona widzów i zdobył nominację do nagrody dla najbardziej popularnego programu rozrywkowego 2012 roku w brytyjskiej telewizji. Niedawno drugi rok z rzędu zdobył nagrodę za najlepszy program rozrywkowy Broadcast Digital Awards, co jest ogromnym wyróżnieniem dla programu nadawanego przez kanał Watch spoza oferty kanałowej Freeview. Wśród sławnych fanów Dynamo są Snoop Dogg, Rio Ferdinand, Tinie Tempah, Russell Brand i Gwyneth Paltrow.

Jednak siła Dynamo leży w serwisach społecznościowych. Ma przeszło 750 tysięcy fanów na Twitterze i tyleż samo przyjaciół na Facebooku, którzy stworzyli silnie związaną z nim aktywną grupę nazywającą się Dynamites. Niedawno zamieszczona na Twitterze wiadomość o jego planowanej wizycie w londyńskim centrum handlowym Westfield Stratford City spowodowała tak tłumne przybycie fanów, że trzeba było centrum zamknąć. Kiedy w zeszłym miesiącu pojawił się na festiwalu Whitehaven w Cumbrii, był zmuszony zmienić plany z obawy o swoje zdrowie i bezpieczeństwo, ponieważ na spotkanie z nim stawiło się 20 tysięcy ludzi. W XVII wieku pogromca czarownic Matthew Hopkins doprowadziłby do jego skazania przez powieszenie. W XXI wieku Frayne jest marzeniem marketingowców.

Teraz wraca do telewizji z drugim cyklem programów. Pokaże kolejne zdumiewające sztuczki w nowych egzotycznych miejscach, takich jak Rio de Janeiro, Wenecja, Los Angeles i Las Vegas. W tym ostatnim mieście dołączam do niego, by z bliska przyjrzeć się jego magii i porozmawiać z nim o jego błyskawicznej karierze.

Zasiadamy do lunchu w ekskluzywnym klubie Tao, wokół w najlepsze trwa impreza modelek ”Maxim”. Nie sposób nie myśleć z uznaniem o tym, jak daleko zaszedł Frayne od czasów swego trudnego dzieciństwa na osiedlu Delph Hill w Bradford, gdzie magia służyła mu za mechanizm obronny. 29-letniego dziś Frayne'a samotnie wychowywała matka. Ojciec stale wychodził z więzienia lub do niego wracał. Frayne przyszedł na świat z wrodzonym zapaleniem układu pokarmowego, tzw. chorobą Crohna.

Był niewielkim dzieckiem (nawet teraz ma niewiele ponad 152 cm wzrostu i 50 kg wagi) i stał się łatwym celem dla miejscowych łobuzów. - Dzieci dokuczały mi w szkole. Chłopaki mnie podnosili, wsadzali do śmietnika na kółkach i spuszczali go z góry – wspomina Frayne.
Szczęśliwie z pomocą pośpieszył jego dziadek Kenneth, który po II wojnie światowej pokazywał iluzjonistyczne sztuczki, by dostawać większe przydziały. Widząc, że jego 11-letni wnuk stale wraca do domu podrapany i posiniaczony, pokazał mu, jak odebrać ludziom siłę, tak by już nie mogli go podnieść (Frayne pokazał ją i mnie: w jednej chwili mogłem z łatwością go unieść, ale już w następnej przygwoździł mnie swoim przeszywającym spojrzeniem niebieskich oczu i nie mogłem go ruszyć. Dziwne uczucie).

- Już następnego dnia wypróbowałem to na chłopakach ze szkoły i żaden nie mógł mnie unieść. Trochę się przestraszyli i spanikowali, więc zaczęli opowiadać o mnie plotki w stylu ”Steven zwariował, ma nadludzkie moce”.
Zanim się obejrzał, z małego, prześladowanego dzieciaka stał się poważaną postacią. - Trochę się mnie bali, ale też fascynowało ich to, co robiłem. Każdy chciał, żebym na nim spróbował swoich sztuczek.

Frayne złapał iluzjonistycznego bakcyla i odkrył, że ma do magii naturalny dryg. Wraz z dziadkiem rozwijał pomysły i swoje umiejętności. Ponieważ dorastał na niebezpiecznym osiedlu mieszkań komunalnych i z obawy przed pobiciem nie mógł bawić się na podwórku, uciekał w świat swojej bujnej wyobraźni, spędzając godziny na samotnym doskonaleniu swojej sztuki.

Gdy opowiadam mu o słowach Malcolma Gladwella, który twierdzi, że aby zostać ekspertem w jakiejś dziedzinie, trzeba poświęcić 10 tysięcy godzin na ćwiczenia, z niedowierzaniem kręci głową i wybucha śmiechem. - 10 tysięcy godzin ćwiczeń? Ja poświęciłem setki tysięcy.

Niewątpliwie było warto, o czym przekonuję się na własne oczy, gdy ponownie ruszają zdjęcia do programu. Wielu ludzi, w tym także i ja, sceptycznie podchodzą do magii, przypisując jej widowiskowe efekty filmowej iluzji. Oglądanie występu Dynamo na żywo było więc dla mnie objawieniem. Na przyjęciu odbywającym się nad basenem w hotelu Venetian podszedł do pięciu dziewczyn świętujących wieczór panieński i poprosił jedną z nich o zdjęcie wisiorka. Wziął go, połknął i po minucie wyciągnął z boku brzucha.

Żadnych filmowych trików, przysięgam. Stałem tuż obok niego i na własne uszy słyszałem krzyki dziewczyn. Widziałem też, jak skołował graczy w pokera w kasynie Bellagio, klientów w restauracji Last Stop i parę biorącą ślub w Little White Chapel, która teraz zachodzi w głowę, jak to się stało, że Dynamo stoi na ślubnym zdjęciu pomiędzy nimi, skoro to on sam ich fotografował. Patrząc na jego występy z bliska, pamiętam o tym, że to nie może być prawda, ale nie potrafię wytłumaczyć, jak to robi. Praktyka rzeczywiście czyni mistrza.

Ma podpisany kontrakt ze stacją Watch (która wyłowiła go po występie na imprezie rozpoczynającej sezon UKTV) na ten i jeszcze jeden cykl programów. Jednak kanał nie będzie miał łatwego zadania, jeśli będzie chciał o niego później walczyć. Channel 4 i Sky1 od dawna już węszą, a też zapotrzebowanie na występy na żywo jest coraz większe. Co by się jednak nie działo, Frayne po prostu cieszy się sukcesem i życiem, jakie zawdzięcza magii.

- Może i nie miałem najlepszego dzieciństwa, ale za to dorosłe lata mam zupełnie niesamowite. Szczęśliwie pierwsza telewizyjna seria odniosła sukces, mnóstwo ludzi ją obejrzało i teraz dalej śledzi moje poczynania. Jako dziecko starałem się robić wiele rzeczy, ale nie miałem ojca, który by mnie akceptował, a w szkole byłem szykanowany. Wszyscy mówili: ”dziwny z ciebie dzieciak, nie powinieneś robić takich rzeczy, znajdź sobie normalną pracę” albo ”jesteś za mały, zawsze będą się ciebie czepiać”. Wszystko było na ”nie”. Ale ja wytrwałem pomimo przeciwności. Mam teraz swoją normalną rodzinę, a dodatkowo parę milionów ludzi w sieci, którzy interesują się moimi losami, i miliony, które oglądają mój program w telewizji. Czuję więc, że stworzyłem naprawdę wielką rodzinę i że wreszcie jestem trochę akceptowany.

Niestety sukcesami Frayne'a nie będzie już mógł cieszyć się jego dziadek, który zmarł w tym roku w wieku 84 lat. - Bez niego nie byłbym tu, gdzie jestem, więc wszystko, co od dziś zrobię, będę robić dla niego. Mam nadzieję, że w niebie mają telewizję i dziadek będzie mnie oglądał. Może razem z Houdinim. O, to byłoby coś!
http://strefatajemnic.one...44,artykul.html

jerzydom - 2012-07-14, 18:07

Cuda, nawrócenia i uzdrowienia :-D
Polacy szukają odnowy duchowej. Tysiące ludzi modlą się wspólnie z przyjeżdżającymi do nas charyzmatykami

Tego lata gości w Polsce kilku słynnych charyzmatyków. Prowadzą rekolekcje, modlitwy o uzdrowienie duszy i ciała. Na spotkaniach z nimi zawsze są tłumy, więcej jest chętnych niż miejsc. W przyszłym roku spotkanie z jednym z nich odbędzie się na Stadionie Narodowym w Warszawie.

W tym tygodniu nasz kraj odwiedza syryjska mistyczka i charyzmatyczka Myrna Nazzour. Była już w Gliwicach i Krakowie, sobotę spędzi w Mogilnie na Dniach Benedyktyńskich. Gościem honorowym będzie tam także kardynał Józef Glemp. Dominik Tarczyński, prezes stowarzyszenia Wspólnota Katolików Charyzmatycy.pl, na zaproszenie którego przyjechała do Polski, tłumaczy na portalu stowarzyszenia, że Myrny nie należy traktować jako uzdrowicielki, lecz świadka wiary. Przypomina, że w spotkaniach ruchów charyzmatycznych często odbywają się modlitwy wstawiennicze o uzdrowienie i „katolików nie dziwi, jeżeli Jezus Chrystus tych modlitw wysłuchuje".

Odzyskać zdrowie

Tak będzie zapewne także w ten weekend w Mogilnie. Spotkanie z Nazzour wypełnią modlitwy, śpiewy, droga krzyżowa ulicami miasta. Na stronie www.spotkajboga.pl można przeczytać o wcześniejszych spotkaniach z Nazzour: „Ludzie którzy modlili się z Myrną, odzyskiwali wzrok, chorzy na nowotwory odzyskiwali pełnię zdrowia, a nieuleczalne choroby dosłownie znikały... Wiele jeszcze innych cudów miało miejsce podczas spotkań modlitewnych".

– To nie są największe cuda, to dodatek. Największe cuda dzieją się wewnątrz człowieka. Cudem jest duchowe nawrócenie i uzdrowienie oraz uwolnienie od zniewoleń, dręczeń, opętań – mówi Gabriela Gulak z warszawskiej wspólnoty Jeshua oraz charyzmatycy.pl. I dodaje rzecz najważniejszą: – To Jezus uzdrawia, nie Myrna Nazzour czy inni charyzmatycy. To Jezus działa poprzez te osoby. A cuda dzieją się takie, jaka jest wiara osób uczestniczących w tych spotkaniach.

O innych uzdrowieniach mówią wpisy na portalach osób, które ich doznały: nawrócenie, przebaczenie, pojednanie, wyzwolenia z różnych nałogów: alkoholizmu, seksoholizmu, zakupoholizmu, uzależnienia od pornografii.

Myrna Nazzour należy do największych współczesnych mistyczek, stygmatyczek i charyzmatyczek. W ciągu 30 lat doznała kilku objawień Jezusa oraz Matki Bożej, wzywającej do jedności Kościoła, pojednania i pokoju między różnymi wyznaniami. Kilkakrotnie otrzymała stygmaty, czyli krwawe rany w miejscach ran Chrystusa. Jej charyzmatem jest modlitwa o uzdrowienie i uwolnienie. W listopadzie 1982 r. obrazek Maryi w domu Myrny wydzielał cudowny olejek i w tym czasie też po raz pierwszy osoba, nad którą modliła się Myrna, doznała uzdrowienia.

Niezwykli święci

Charyzmatykami byli o. Pio, który miał dar poznania rzeczy zakrytych (święty kapucyn widział grzechy skrywane przez ludzi) i Kanadyjczyk o. Emilien Tardiff, który otrzymał dar języków (spontaniczne wielbienie Boga), dar poznania i uzdrawiania poprzez modlitwę z chorób cielesnych i duchowych. – Charyzmatyk w sensie teologicznym to człowiek całkowicie prowadzony przez Ducha Świętego i wyposażony w jego dary. Charyzmaty są wolnym darem Boga, nie mamy na nie wpływu – mówi ks. Sławomir Płusa, pasterz Wspólnoty Dobrego Łotra i egzorcysta z diecezji radomskiej.

Dary nadzwyczajne Ducha Świętego, wyjaśnia ks. Płusa, to obok wspomnianych także m.in. dar proroctwa (czyli widzenie rzeczywistości w perspektywie duchowej), rozeznania (czy dane dzieło pochodzi od Boga, człowieka czy złego ducha), przepowiadania (czyli nauczania z mocą Ducha Św.).

Myrna Nazzour przyleciała do Polski na kilka dni. Ale tego lata przemierza Polskę kilku słynnych charyzmatyków, przez których dokonują się uzdrowienia i uwolnienia duchowe. Spotkania odbywają się w halach sportowych, widowiskowych, szkołach, kościołach. W rekolekcjach, które trwają trzy–cztery dni, uczestniczy zazwyczaj kilkaset osób i miejsc najczęściej brakuje. Na spotkania otwarte przychodzą tysiące ludzi.

Tak jest, gdy gdziekolwiek pojawia się o. John Bashobora z Ugandy, który bywał w Polsce wielokrotnie. W lipcu gości w Koszalinie, Kołobrzegu, Pionkach, Pile i Chojnicach. Natomiast w lipcu przyszłego roku o. Bashobora modlić się będzie na Stadionie Narodowym w Warszawie. Zapisy rozpoczną się niebawem na polskiej stronie internetowej charyzmatyka z Ugandy.
Swoją stronę ma w Polsce także o. James Manjackal z Indii, który w tym roku odwiedzi jeszcze m.in. Ostrołękę, Białystok, Stargard Gdański, Szczecin, Zduńską Wolę, Skarżysko-Kamienną. Inny charyzmatyk, również z Indii, o. Antoni Vadakkemury przewodniczył w czerwcu mszom świętym z modlitwą o uzdrowienie w Koninie, Toruniu, Chojnicach i Krakowie. Natomiast uczestnikami Pierwszego Ogólnopolskiego Kongresu Nowej Ewangelizacji w Kostrzyniu nad Odrą będą dwaj charyzmatycy z Brazylii: o. Henrique Porcu i o. Antonello Cadeddu (Sao Paolo).

W Polsce bywają także inni charyzmatycy: Helen Quinlan, Irlandka, która od 12 lat nie je i nie pije, a żyje wyłącznie komunią św., Maria Vadia, Kubanka żyjąca w USA, obdarzona darem przepowiadania, o. Jose Anthony Maniparambil oraz wielu innych. – Oni wszyscy pokładają nadzieję w naszym Kościele. Czują potencjał duchowy, czują, że po słowach Jana Pawła II na placu Zwycięstwa w Warszawie w 1979 roku powiał u nas duch wiary – mówi Gabriela Gulak – i widzą także, że w Polsce toczy się duchowa walka.

O. Boshobora, gdy zaczął przyjeżdżać do Polski, był zdziwiony, że w naszym kraju tak wielu katolików praktykuje okultyzm: korzysta z wróżek, tarota oraz bioenergoterapetów, co jest prostą drogą do duchowych zniewoleń. Dziś egzorcyści nie mają już wątpliwości, jak wielkim błędem i lekkomyślnością było dopuszczenie w latach 70. i 80. do kościołów bioenergoterapeuty Clive'a Harrisa. W spotkaniach z nim, które mogły być duchową inicjacją zniewoleń, uczestniczyło 9 mln Polaków.

Są także w Polsce

Przyjazd do Polski wielu charyzmatyków z zagranicy nie oznacza, że nie ma ich w kraju. Przeciwnie. – Wielu kapłanów posiada dar poznania, rozeznania, modli się wstawienniczo nad innymi, ale nie głoszą oni rekolekcji na tak szeroką skalę, dlatego są mniej znani – podkreśla Gabriela Gulak.

Rodzimi charyzmatycy nie głoszą rekolekcji na stadionach czy w halach sportowych, ale regularnie odprawiają msze święte z modlitwami o uwolnienie i uzdrowienie. Działają ciszej i skromniej. Może także dlatego, że nie wszystkie środowiska w Kościele patrzą z entuzjazmem, a wręcz czasem krytycznie na charyzmatyków. Rozwój, a właściwie powrót do życia w Kościele ruchów charyzmatycznych nastąpił bowiem dopiero po Soborze Watykańskim II. Wówczas powstała w Polsce Odnowa w Duchu Świętym, ruch Światło-Życie ks. Blachnickiego, a od niedawna Szkoły Nowej Ewangelizacji oraz wiele mniejszych lokalnych wspólnot modlitewnych. Wielu w tych ruchach widzi powrót do wiary pierwszych chrześcijan.

– Pierwsi charyzmatycy wyszli z Wieczernika w dzień zesłania Ducha Świętego – przypomina ks. Płusa. I wyjaśnia: – Pierwsi chrześcijanie wszyscy byli charyzmatykami. Chrzest ma bowiem głębszy sens niż uwolnienie od grzechu pierworodnego – jest to nowe przymierze z Bogiem w Duchu Świętym. Dziś natomiast chrześcijanie nauczyli się żyć bez darów Ducha Świętego i dlatego wiele tradycyjnych struktur Kościoła wymiera, brak jest powołań do kapłaństwa i życia zakonnego, co widać w wielu krajach Europy – mówi ks. Sławomir Płusa.
http://www.rp.pl/artykul/...zdrowienia.html
http://www.rp.pl/artykul/...sila-wiary.html

GrzegorzB - 2012-07-14, 18:24

Mam pomysł organizacyjny. Po co zamawiać na PBG klopy, zbiorniki z wodą i kucharza z grochówką? Może taniej będzie zamówić księdza i będziemy żyć przez te 3 dni Komunią Świętą? Skoro jakaś Irlandka od 12 lat może to pewnie my ze 3 dni też damy radę. Jak sądzę, nie ma wtedy potrzeby sanitariatów. Chyba że opłatek doznaje w jelitach nadmiernego cudownego rozmnożenia, jak to bywało z chlebem dotkniętym przez Boga, i nie strawi się do końca z racji ilości.

Mam tylko w całej tej historii jedna wątpliwość. Jak można żyć bez darów Ducha Świętego, a raczej jak można otrzymać od niego dary, skoro Duch Święty został "upodmiotowiony" dopiero w IV wieku wskutek soborów i kłótni teologicznych mających ustalić jedynie słuszne pojmowanie wiary chrześcijańskiej i istoty Boga?

No dobra. koniec żartów.
Zna ktoś jakąś dobrą modlitwę przeciw hemoroidom?

booros - 2012-07-14, 19:18

sa tematy z ktorych nie wypada kpic,

ogarnij sie czlowieku.

nie szanujac nic ani nikogo nie spodziewaj sie szacunku od innych.

jerzydom - 2012-07-14, 19:21

GrzegorzB ratuje Cię tylko pielgrzymka :lol:

Cytuję

Tak będzie zapewne także w ten weekend w Mogilnie. Spotkanie z Nazzour wypełnią modlitwy, śpiewy, droga krzyżowa ulicami miasta. Na stronie www.spotkajboga.pl można przeczytać o wcześniejszych spotkaniach z Nazzour: „Ludzie którzy modlili się z Myrną, odzyskiwali wzrok, chorzy na nowotwory odzyskiwali pełnię zdrowia, a nieuleczalne choroby dosłownie znikały... Wiele jeszcze innych cudów miało miejsce podczas spotkań modlitewnych".

Twoje hemoroidy to pryszcz, jeżeli nie będziesz nie dowiesz się ile w tym prawdy i dalej przypadłość ta będzie Cię gnębić.

To tak jak z naszym hobby, dopóki nie wykopiesz, nie wiesz co pod cewką piszczy :-D

Grzegorz tak na poważnie życzę Ci, abyś pozbył się tej dolegliwości. Moja żona miała z tym problem. Po zastosowaniu czopków Procto Hemolan od trzech lat ma spokój.

GrzegorzB - 2012-07-14, 19:30

Czopki czopkami, ale jakiś mistyczny dopalacz by nie zaszkodził :) Jak sądzę, w dzisiejszych czasach pewne rzeczy da się załatwić przez internet. A już szczególnie te niematerialne. Albo korespondencyjnie. Np mszę w intencji na jasnej Górze możesz zamówić korespondencyjnie. Piszesz w jakiej intencji, dokonujesz zapłaty z góry (ale nie wiem czy są różne warianty za różną siłę modłów), i masz!

Boros, masz rację, z pewnych rzeczy nie wypada kpić. I dlatego z pewnych rzeczy nie kpię :lol:

daro - 2012-07-14, 20:53

jerzydom napisał/a:


... Dominik Tarczyński, prezes stowarzyszenia Wspólnota Katolików Charyzmatycy.pl, na zaproszenie którego przyjechała do Polski, tłumaczy na portalu stowarzyszenia, że Myrny nie należy traktować jako uzdrowicielki, lecz świadka wiary. Przypomina, że w spotkaniach ruchów charyzmatycznych często odbywają się modlitwy wstawiennicze o uzdrowienie i „katolików nie dziwi, jeżeli Jezus Chrystus tych modlitw wysłuchuje".l


Dominik Tarczynski to moj sasiad z Polski i moj dobry kumpel od dziecinstwa. Wielokrotnie spedzalismy wspolnie swieta w Londynie bo tu wczesniej pracowal . Byl tez zalozycielem PRL - Polskie Radio Orla w Londynie. Kilka lat temu wrocil do Polski bo dostal propozycje pracy na stanowisku Dyrektora TV Kielce. Gosc z bogata osobowoscia, pomyslami nie z tej ziemi i niesamowitym darem przekonywania. Jakis czas temu "mocno sie nawrocil" , zalozyl strone: Charyzmatycy.pl i dobrze sie rozkrecil.
Glosno tez bylo ostatnio o jego filmie: " Kolumbia - swiadectwo dla swiata". Zajal pierwsze miejsce na festiwalu w Niepokalanowie i jezdzi z nim teraz po Polsce i swiecie z projekcja.
Tlumy ludzi na kazdym pokazie...
Swego czasu w Polsce wspolnie szukalismy skarbow wykrywaczami metali i ukrytych wejsc do podziemi pod naszym miastem. Prawie sie udalo. Prawie...bo zeszla do piwnicy wlascicielka domu i jak zobaczyla ze kujemy cos w scianie na najnizszym poziomie to nas wyrzucila na zbity pysk a naszemu koledze ktory wynajmowal od niej lokal na knajpe w ktorej bylo wejscie do 3 poziomowych starych piwnic kazala natychmiast zaplacic 3 miesieczny zalegly czynsz :lol:
Coz, zdazylem wykuc 2 kamienie (wpadly do srodka) w wyraznie zamurowanym wejsciu ze sklepieniem lukowym i wlozylem w dziure duza latarke. Dalej ciagnal sie dlugi korytarz...

Van Worden - 2012-07-14, 21:14

No daro nawijaj, nawijaj bo już okiem wyobraźni widzę dalszy ciąg tego tunelu no i wątku :lol:
GrzegorzB - 2012-07-14, 22:05

Ten facet, widać z opisu, to jest taki typ człowieka, którego "wszędzie pełno" i co by nie robił i nie zrobił, zawsze jest o tym dość głośno. Niektórzy tak mają. To bardzo cenna cecha przywódcy,
Ale - warto zwrócić uwagę, że to wcale nie oznacza iż głoszone przez nich idee i forsowane pomysły są każdorazowo warte uwagi, poparcia i zachwytu. Fajnie, jeśli tak jest. Ale jeśli nie jest, to może być szalenie niebezpieczne i destrukcyjne dla licznego grona podporządkowanych "wyznawców" takiej osoby i dla społeczeństwa w ogóle.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group