Forum THESAURUS
wykrywacze metali , poszukiwania skarbów, eksploracja, kolekcje

Różne i Różniste - Wierzyć, nie wierzyć - przeczytać warto.

Jarasek - 2010-08-03, 20:01
Temat postu: Wierzyć, nie wierzyć - przeczytać warto.
Żołnierze z zaświatów

1 sie, 14:49 Lidia Kawecka / Onet.pl

Pojawiają się nagle. W miejscach dawnych bitew słychać odgłosy walki, szczęk broni i tętent kopyt. Tam, gdzie w przeszłości dochodziło do strasznych rzezi, widmowe armie wciąż toczą upiorną walkę, żeby nagle rozpłynąć się powietrzu z nadejściem porannej mgły.
Brzmi fantastycznie? Są w Polsce miejsca, w których takie rzeczy się zdarzają ponoć naprawdę.

Krzyk w środku nocy

Początek I wojny światowej był okresem zaciekłych walk między dwoma mocarstwami, Austro–Węgrami i carską Rosją. W listopadzie 1914 roku, po początkowych sukcesach wojsk austriackich, armia rosyjska przeszła do kontrataku.
Wojska rosyjskie dotarły w rejon Przełęczy Żebrak i masywu Chryszczatej w Bieszczadach. Tam, w ciężkich, zimowych warunkach utworzył się front. Pod koniec lutego oddziały Austrii przeszły do natarcia. Ich celem było przyjście z odsieczą oblężonej twierdzy Przemyśl.
Walki, w których brało udział ponad 50 tys. żołnierzy, miały wyjątkowo ciężki charakter. Sroga zima, niedostatki zaopatrzenia i ciągły ostrzał artyleryjski dziesiątkowały wojska obydwu walczących stron. Na pobojowiskach okolic Chryszczatej, oprócz wielu rowów strzeleckich, pozostały tysiące poległych.
Mimo, że Austriacy prowadzili w czasie wojny akcję porządkowania pół bitewnych i budowy cmentarzy, po tej bitwie większość z ofiar pozostała jednak na placu boju. Poległych pochowali dopiero okoliczni mieszkańcy. Tutejszy las do dziś kryje dziesiątki anonimowych mogił.
Sławek z Bielska-Białej prosi, żeby nie podawać jego nazwiska.
- Nie chcę, żeby koledzy się ze mnie śmiali – mówi. I zaczyna opowieść o tym, jak wybrał się w okolice Chryszczatej.
- Czasem chodzę w góry z wykrywaczem metalu – opowiada. – Wtedy też przeszukiwaliśmy cały teren. Od razu widać było, że walki w tym rejonie były wyjątkowo ciężkie. Całe poszycie lasu pełnie jest kulek z artyleryjskich szrapneli. Trudno wśród nich wyłowić użyteczny sygnał. A nas interesują części wyposażenia, umundurowania i broń.
- Dzień przyniósł sporo znalezisk: bagnety, tasaki artyleryjskie, klamry od pasa. Zachowała się nawet rosyjska, szklana manierka. Późnym popołudniem, gdy wróciliśmy do namiotu w bazie studenckiej Rabe, spostrzegłem, że nie mam saperki. Musiała zostać tam pod szczytem góry. Było jeszcze jasno, więc postanowiłem po nią wrócić.
Kiedy Sławek doszedł prawie na szczyt, zaczęło się robić szaro. Bez trudu odnalazł transzeję, w której musiała zostać łopatka. Przedarł się przez zarośla do niezbyt głębokiego wykopu i wtedy usłyszał dość głośną rozmowę. Właściwie były to wykrzykiwane po niemiecku rozkazy.
- Miałem wrażenie, że musiało tam być bardzo wiele osób. Nagle rozległ się świst, jak gdyby ponad szczytem przeleciał pocisk artyleryjski. Zaraz potem usłyszałem nieludzkie krzyki. Miałem wrażenie, jakby wielu ludzi przedzierało się, pędząc na oślep, przez pełen suchych gałęzi las. Ale dookoła nie było nikogo!
Nieoczekiwanie, głośny jeszcze przed chwilą, zgiełk zastąpiła cisza. Odechciało mi się szukania saperki, rzuciłem się biegiem w kierunku obozu. Nie należę do strachliwych, nigdy nie wierzyłem też w duchy.
Ale to, co przeżyłem w Bieszczadach, dało mi do myślenia. Dopiero potem dowiedziałem się, że nie byłem pierwszy. Podobno wiele osób spotkało na stokach Chryszczatej widmową armię.


Aniołowie z Mons

Relacje o widmowych armiach znane są od bardzo dawna. Najstarsze legendy o żołnierzach-widmach znane były już w starożytnej Asyrii, widmowe oddziały szturmowały tam położone na pustyni miasta. Nie brakowało ich w bitwach obydwu wojen światowych ani w czasie walk w Korei i Wietnamie.
Jedną z najsłynniejszych historii, w której główna rolę odegrały duchy, było pojawienie się widmowej armii w Mons w zachodniej Belgii. 23 sierpnia 1914 roku, w czasie zaciekłej walki zwycięstwo zdawało się stawać po stronie atakujących Niemców.
Niespodziewanie jeden brytyjskich żołnierzy zmówił łacińską modlitwę, która sprawiła, że wśród zdumionych żołnierzy zaczęli pojawiać się widmowi łucznicy. Przerażeni Niemcy ginęli dziesiątkami rażeni gradem strzał, choć na ciele żadnego z nich nie pojawiła się widoczna rana.
To zakrawało na cud. Mimo ogromnej przewagi wojsk niemieckich Brytyjczykom udało się powstrzymać natarcie nieprzyjaciela i umożliwić odwrót walczącym u swego boku Francuzom.
Całe to nieprawdopodobne zdarzenie przeszło do historii, a jego bohaterowie nazwani zostali Aniołami z Mons. I choć uważa się je tylko za piękną legendę, wielu żołnierzy, którzy brali udział w tej bitwie zaklina się, że łuczników widzieli naprawdę.


Również Przemek, który mieszka w Lublinie, wspomina podobną historię. On też nie chce ujawniać nazwiska, bo "co powiedzą znajomi".
Kilka lat temu jechał drogą z Tarnawatki do Wieprzowego Jeziora. To, co zobaczył, zostało mu w pamięci na zawsze.
- Była gwiaździsta noc – opowiada. – Mogła być godzina 21.00-21.30, podróżowałem samochodem z żoną. Mijając okolicę starego cmentarza prawosławnego zauważyłem idącą poboczem grupę 4-5 żołnierzy.
Gdy podjechałem bliżej spostrzegłem, że wyglądają jakoś dziwnie, mieli mundury z II wojny światowej i byli jakby… przykurzeni. Tak, jakby wracali właśnie z bitwy. Krzyknąłem do żony, żeby jej pokazać idące postacie i w tym momencie wszystko znikło. Do dziś nie wiem, co o tym myśleć.


Taki biedny wojak

Nie wiadomo, kim były widmowe istoty. Wiadomo natomiast, że pod Tomaszowem Lubelskim odbyły się w 1939 roku dwie bitwy, które uważa się za drugą, po bitwie nad Bzurą, największą batalię kampanii wrześniowej. Pochłonęły ogółem życie ponad 3700 żołnierzy polskich i niemieckich.
W rodzinie Przemka żywa jest również historia o półprzejrzystym żołnierzu widzianym w wodzie pobliskiego jeziora. Okrywał go ścielący się nad taflą jeziora opar. Zauważyły go dzieci. Mężczyzna wyglądał bardzo biednie, miał mundur w nieładzie. Mył twarz nabierając w dłonie wodę z jeziora. Gdy dzieci podeszły bliżej, postać rozmyła się we mgle.
- Takie dziwne zjawiska pojawiają się na ogół tam, gdzie przed laty toczyły się krwawe bitwy. Wygląda to tak, jakby żołnierze nie zauważyli swojej nagłej śmierci. Jakby próbowali doprowadzić podjętą przed laty walkę do końca – twierdzi Rafał Gawron, który penetruje dawne pola bitew.
– Słyszałem kiedyś, że duchy żołnierzy przybywają z zaświatów, żeby dokończyć niezałatwione za życia, ziemskie sprawy. Jeśli to wszystko odbywało się tu w taki straszliwy sposób, to oni jakby trzymają się tego miejsca. Dają o sobie znać przez stuki, hałasy, nawet przesuwanie przedmiotów. Czasem nam, żywym, udaje się to też przeżyć. Ale miłe to nie jest.

O niepokojących odgłosach opowiadają też mieszkańcy okolic Jordanowa. We wrześniu 1939 roku, niemiecki XXII korpus pancerny generała von dem Bacha stoczył bitwę z broniącą Wysokiej i Jordanowa 10. Brygadą Pancerno-Motorową generała Maczka.
Straty po obu stronach były ogromne. Droga wiodąca z Jordanowa do Spytkowic naznaczona została ponad pięćdziesięcioma rozbitymi niemieckimi czołgami. Jeszcze dziś, po tylu latach czasami słychać tu chrzęst gąsienic, komendy, wystrzały i krzyki rannych. Tak, jakby bitwa trwała nadal.
- Czy to można racjonalnie wytłumaczyć? – rozkłada ręce Rafał. – Czy to możliwe, żeby świat żywych i umarłych się wzajemnie przenikały?


http://przewodnik.onet.pl...41,artykul.html

uben - 2010-08-03, 20:05

Jak myślicie tekst wymyślony aby zaklepać dla siebie miejscówkę ?
Teraz to i tak nie ma po co tam chodzić .Chryszczata opustoszała , no chyba że duchy po niej krążą .Osobiście nie spotkałem :-)
Ten kto tamte tereny zwiedzał wie co się działo w Bieszczadach .
Osobiście głosów nie słyszałem .Raz nas pioruny przegoniły , myśleliśmy że przejdzie tak szybko jak przyszła , bawiliśmy się w tamowanie strumieni ale wygrała z nami .Wracaliśmy do samochodu przez wezbrane strumienie ze sprzętem nad głowami aby nie zamoczyć gdyż woda sięgała do klatki piersiowej 8-)

Van Worden - 2010-08-03, 21:31

Tekst nie jest wymyślony bo takich historii jest mnóstwo. Od starożytności funkcjonują na zasadzie "głuchego telefonu", za kazdym razem coraz bardziej zniekształcone i podkoloryzowane. To jednak nie znaczy, że należy mieszać wybujałą wyobraźnię i ogniskowe opowieści z rzeczywistością ;-)
Tutaj troszkę na temat (skąd czerpał autor artykułu ;-) ) : http://www.historycy.org/index.php?showtopic=59026

GrzegorzB - 2010-08-03, 21:50

Żarty żartami. Ale przecież gdyby nie Matka Boska Częstochowska już w 1920 roku bylibyśmy Związkiem Radzieckim. Na szczęście Królowa Polski zadbała o swoje wierne sługi. Pojawiła się na nieboskłonie i Rosjanie zgłupieli. Zastępy Aniołów Niebieskich wspierające armię II RP po kilku zgrabnych posunięciach zwyciężyły przeważające zastępy wroga.
Byli tacy, co widzieli. Też PODOBNO. Ale w końcu - to ci błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Więc...
:->

Papier wszystko przyjmie a umysł sprawnie uzupełni ewentualne luki.
Jak to mówią, "mądry pisze dla zabawy, głupi czyta, bo ciekawy" :lol:

Van Worden - 2010-08-08, 14:03

Cytat:
Miało być "niesamowite spotkanie na niebie". I było... [ZDJĘCIE]



Niezidentyfikowane obiekty nad Pragą-Południe (fot. czytelnik Alertu24.pl Cezary)
UFO przeleciało nad Warszawą.

Miało być tylko spotkanie Wenus, Marsa i Saturna, a tymczasem na niebie nad Warszawą... Zdjęcie trzech z ''wielu niezidentyfikowanych obiektów'', które pojawiły się w sobotę wieczorem nad Pragą-Południe, przysłał czytelnik Alertu24.pl Cezary.

Obiekty przesuwały się w stałych szykach, grupami lub pojedynczo, w liczbie w sumie kilkudziesięciu przez kilkanaście minut - pisze Cezary.


Musimy przyznać - wygląda to... zagadkowo. (Nie)codzienny widok nasz informator podziwiał wraz z żoną wczoraj ok. godz. 23:20. Obiekty przesuwały się nad Pragą-Południe ''bezgłośnie, dość powolnie w kierunku południowo-wschodnim''. Czy Ty też je widziałeś? Zidentyfikowałeś dziwne obiekty latające?

Zwracamy się z apelem do wszystkich, którzy wczoraj byli na Pradze-Południe: byłeś świadkiem tego wydarzenia? Widziałeś UFO lub inne dziwne obiekty na niebie? Napisz do nas (deser.pl@gazeta.pl). Czekamy na Wasze zdjęcia i relacje! (Zdjęcia ze spotkania Wenus, Marsa i Saturna też chętnie obejrzymy.)

http://deser.pl/deser/1,9...h_szykach_.html

cichy80 - 2010-08-11, 14:26

Panowie w sprawie ukazujących się żołnierzy. Wiem że może niektórzy nie wierzą no ale trudno. Gdy byłem w wojsku w Jarominie (jednostka paliwa rakietowych), miejscowości zapomnianej przez świat, mieszkaliśmy w budynkach grubo z przed I WŚ. Kilka z nich już nie było zakoszarowanych i miały powyjmowane szyby, zabite okna i drzwi, odcięte światło. Dało się do nich wejść tylko tunelami, zrobionymi pod całą jednostką. Na terenie była pralnia garnizonowa a przy niej stała wieża z datą na górze 1845. Za jednym z tych "nieczynnych" budynków były dwa krzyże. Ktoś opowiadał że kiedyś w czasie wojny zabito tam dwóch rosjan ze wzgledu na to iż zgwałcili dziewczynkę.
Do sedna. Kiedyś "pisarz" (osoba która siedzi w sztabie i wypisuje różne dokumenty dla kadry, wyjaśnienie dla osób które nie były w wojsku) :) opowiadał że oficer dyżurny wraz ze zmianą warty i dowódcą pojechali nad ranem na drugi obiekt (składnicę owych paliw rakietowych), i wystrzelali wszyscy pełne magazynki. Dodam że była to zima, a oni widzieli pluton niemców jak biegli na nich. Po wszystkim komisja sprawdziła wszystko a nawet śladów i innych rzeczy nie było po niemcach. Wszystko opisane jest w dzienniku warty. Też nie wierzyłem temu gdyby nie kilka niewyjaśnionych spraw.
Ja pełniłem tam rolę dowódcy warty (106 wart) i w nocy rozprowadzałem wartowników po posterunkach nie na składnicy ale na terenie jednostki. W budynkach które były "nieczynne" w nocy jakby świeciło się światło we wszystkich oknach, widać było niedaleko tych krzyży jakby ktoś przebiegał przez drogę często). Czasami jak się szło słychać było jakby ktoś biegł za nami. Odwracaliśmy się a tam nikogo nie było i słychać było jak coś lub ktoś przebiegł zaraz obok ciebie i pobiegł dalej. Często chodziliśmy ze zdjętą bronią w nocy i w tamtej okolicy. Sam widziałem i słyszałem te dziwne rzeczy i wiem że coś takiego jest.

magikuk - 2010-08-11, 15:02

Sam osobiście doswiatczylem tych mrożących krew w żyłach sytuacji.
Najwięcej na terenie walk I wojennych w okolicach Ostrołęki.
Przechadzając się z piszczałka po lesie nagle zrobiło się strasznie ciemno i nieprzyjemnie ,czułem się jak bym był w środku działań wojennych, słyszałem odgłosy walki ,krzyki, szczek żelastwa.
Jeden z moich kolegów aż rzucił wykrywacz i chciał się bronic przed jak to powiedział biegnącym na niego żołnierzem :roll:

Powyższy opis jest jak najbardziej prawdziwy i żadnych jaj sobie nie robię.

GrzegorzB - 2010-08-11, 18:57

Ciekawe jakie substancje oprócz bromu dolewali Wam do kawy :-D może byliście niczego nie świadomymi królikami doświadczalnymi. A może po prostu zabobonny strach się "zmaterializował" pod postacią kota goniącego za myszami. Jedno jest pewne. Bałbym się... chodzić z Wami uzbrojonymi po nocy :lol:
uben - 2010-08-11, 19:01

Niezłe.Dla kogoś kto nie doświadczył dziwactw to śmieszne opowieści :roll:

Znajomek mi opowiadał o swojej historii .To co widział .Potwierdził to ksiądz .
Znajomi wywoływali duchy w Czartorii , starym młynie .Walczyła z życiem na krześle koleżanka - brbrbrrrbr .

Babcia z dziadkiem opowiadali o hałasach wokół i w domu w którym mieszkali .Długa przerażająca opowieść .


Osobiście więcej sam w lesie do bunkru , schronu nie wchodzę . Po bagnach też się nie mam zamiaru pchać :-?
W lesie na wzgórku bunker rosyjski .Podchodzę powoli do wąskiego wejścia .Żadnego światła , tylko ciemność .Daję krok aby przekroczyć próg i nagle straszny huk jak by się ktoś z podłogi zerwał wśród śmieciowiska , żadnych krzyków ludzkich , żadnego odgłosu zwierzęcia , syczenia , warczenia .uciekłem z 30 metrów, zatrzymałem się naprzeciw bunkru patrząc w szczelinę , cisza .Ominąłem z daleka bunkier i poszedłem do samochodu :?:

Bagna.Lekko wysuszone .Suche krzaki gdzieniegdzie i małe niewyrośnięte drzewa .Wchodzę w teren bagienny , idę powoli z głową skierowaną w ziemię , wokół cisza .Nagle przede mną ok.10 metrów coś się zerwało z ziemi , wystraszony w ułamku sec.uniosłem głowę patrząc tam skąd dopadł mnie dźwięk .Nic nie zauważyłem , żadnej postaci , zwierzęcia , tylko tak jak by ktoś po prostej z ogromną prędkością brnął przez krzaki gdzie widać było jak się tylko ruszała roślinność na boki i łamały gałęzie .Trwało to 2 sec.podszedłem wgłąb tam gdzie to usłyszałem ale nawet żadnego stworzenia wokoło .Cisza.Coś się zapadło pod ziemię .Był to teren otwarty otoczony lasami ale na sobie można było poczuć wzrok i skierowaną lufę z bunkrów rosyjskich otaczających polanę :?:

magikuk - 2010-08-11, 19:18

GrzegorzB napisał/a:
Jedno jest pewne. Bałbym się... chodzić z Wami uzbrojonymi po nocy :lol:


Masz racje :mrgreen:

Van Worden - 2010-08-11, 20:14

Z tego wszystkiego wynika oczywista oczywistość, że Ci którzy piszą, że coś tam im się przytrafiło (a najczęściej, że o czymś tam słyszeli) są i tak przekonani o istnieniu tego "czegoś", więc są z natury bardziej podatni na takie historie i już wychodząc wieczorem w pole czy też wchodząc do jakiegoś starego miejsca zakładają, że "coś tu jest i coś się może wydarzyć" 8-) Niektórzy przecież celowo polują na takie historie, pętając się po cmentarzach, kurhanach, ruinach i nic im się nie przytrafia, co jest dowodem na to, że trzeba mieć do tego predyspozycje, cokolwiek to znaczy...
uben - 2010-08-11, 21:09

Tyle razy jestem sam z daleka od cywilizacji w lesie i pod żadnym pozorem nie mam ochoty nikogo z zaświatów spotkać :lol:
Ostatnio jednak będąc w lesie przegoniło mnie ujadanie psów .Głosy ujadania dochodziły z wioski mieszczącej się nieopodal lasu . Udałem się w przeciwnym kierunku aby mnie nie zagryzły jeśli były wściekłe .Wiecznie jak się po lesie szwendam to z wiosek psy na mnie ujadają :-/ .Już nawet myślałem o jakimś "szariku ", jako kompan na leśne wyprawy ale taki owczarek to droga istota :lol: .Ujadanie było słychać coraz bliżej , potem dalej ale to raczej zależne było od wiatru tak sobie pomyślałem .Doszedłem do jakiegoś gęstego lasu , zarośla, pajęczyna , ostre krzewy ( ledwo co można było przejść ) , chyłkiem udało mi się pokonać zarośla , wrzała głośna wichura ale nie padało .W pewnym momencie ujadanie psów ucichło .Stanąłem , rozejrzałem się wokoło , za mną jakieś grube stare drzewo zwróciło moją uwagę , machnąłem sprzętem wokoło ale cisza .Drzewa się gięły podczas wichury .Udałem się w kierunku pojazdu aby zdążyć przed ulewą .Gdy doszedłem do samochodu wszystko ucichło ale wracać z powrotem jakoś nie miałem ochoty :lol:

Wkurzają mnie tylko za plecami dźwięki pękających gałązek lub spadające szyszki :mrgreen:

GrzegorzB - 2010-08-11, 21:25

Mnie się takie rzeczy nie zdarzają, bo w nie nie wierzę. Proste :-D Gdybym wierzył tak jak niektórzy, tez pewnie miałbym na pęczki mrożących krew w żyłach historii na podorędziu.
W każdym razie, gdybyście mieli jakieś fantonośne miejsce w którym sami boicie się szukać, bo straszy albo biegają po nich żołnierze sprzed 300 lat, to chętnie przyjmę pozycje satelitarną do swojej bazy danych. Byle nie cmentarz, ale nie chodzi o duchy, tylko o przyzwoitość, z duchami jestem za pan brat :-D

Kuba - 2010-08-11, 23:10

Pamiętajcie że należy bać się żywych , umarli są nieszkodliwi. ;-)
Van Worden - 2010-08-11, 23:21

Kuba napisał/a:
Pamiętajcie że należy bać się żywych , umarli są nieszkodliwi. ;-)


Amen 8-)

magikuk - 2010-08-12, 00:02

Van Worden napisał/a:
Z tego wszystkiego wynika oczywista oczywistość, że Ci którzy piszą, że coś tam im się przytrafiło (a najczęściej, że o czymś tam słyszeli) są i tak przekonani o istnieniu tego "czegoś", więc są z natury bardziej podatni na takie historie i już wychodząc wieczorem w pole czy też wchodząc do jakiegoś starego miejsca zakładają, że "coś tu jest i coś się może wydarzyć" 8-) Niektórzy przecież celowo polują na takie historie, pętając się po cmentarzach, kurhanach, ruinach i nic im się nie przytrafia, co jest dowodem na to, że trzeba mieć do tego predyspozycje, cokolwiek to znaczy...


Zapewniam was, że moja pierwsza historia tego rodzaju zdarzyła się niespodziewanie , nie miałem pojęcia o takich klimatach i na pewno ich nie szukałem . Nie mam zamiaru nikogo przekonywac do tego rodzaju zdarzeń ,sam do konca nie jestem pewny co sie wtedy zdarzyło.
Pewne jest to, że nikomu nie życzę żeby na coś takiego się natknął . :shock:

cichy80 - 2010-08-12, 09:00

magikuk napisał/a:
Zapewniam was, że moja pierwsza historia tego rodzaju zdarzyła się niespodziewanie , nie miałem pojęcia o takich klimatach i na pewno ich nie szukałem . Nie mam zamiaru nikogo przekonywac do tego rodzaju zdarzeń ,sam do konca nie jestem pewny co sie wtedy zdarzyło.
Pewne jest to, że nikomu nie życzę żeby na coś takiego się natknął . :shock:


Potwirdzam, ja również nie wierzyłem w takie rzeczy.

GrzegorzB - 2010-08-12, 13:30

Czyli - wszystko przede mną :->
uben - 2010-08-12, 19:53

Na moje zapytanie w mailu do MAGIKA o konkretną miejscowość w której przydarzyła się jego historia odpowiedział pozytywnie :shock:
O tej miejscowości zasłyszałem niegdyś co nie co od ludzi z wioski . Mówili że w lesie straszy.Bali się chodzić do lasu .Porównywałem mapy .Była tam wioska , teraz już nie istniejąca .Kapliczka w lesie na wzgórzu , przy niej stary cmentarz w koło kilka cmentarzy wojennych , rzeka i linia okopów pierwszej linii , ziemianki .
Postaram się jeszcze w tym roku sprawdzić miejscówkę osobiście :-P

Van Worden - 2010-08-12, 20:42

uben napisał/a:

Postaram się jeszcze w tym roku sprawdzić miejscówkę osobiście :-P


Pierwszego zdania z Twojego postu kompletnie nie kumam, ale mniejsza, wyjaśnisz przy ognisku :-P Natomiast na czym będzie polegać Twoje sprawdzanie, skoro do bunkrów sam nie włazisz a i spadające z drzew szyszki i pękające za plecami gałązki Cię wkurzają? :mrgreen:

uben - 2010-08-12, 21:02

Van Worden napisał/a:
Pierwszego zdania z Twojego postu kompletnie nie kumam, ale mniejsza, wyjaśnisz przy ognisku :-P Natomiast na czym będzie polegać Twoje sprawdzanie, skoro do bunkrów sam nie włazisz a i spadające z drzew szyszki i pękające za plecami gałązki Cię wkurzają? :mrgreen:


Ale leśny słoneczny dzień , śpiew ptaków i łagodny szum koron drzew potrafi zrelaksować i potrafi też wciągnąć .Reszta przychodzi znienacka :-)


Jeśli chodzi o pierwsze zdanie , gdy przeczytałem post Magika o jego historii wysłałem mu maila z zapytaniem czy chodzi o konkretną wioskę .Odpowiedź jaką otrzymałem okazała się miejscowością o którą go zapytałem .O tej miejscowości zasłyszałem niegdyś od ludzi :-) - czaisz ?

Van Worden - 2010-08-12, 21:12

Jak najbardziej czaję :-D
uben - 2011-08-06, 09:24

GrzegorzB napisał/a:
Mnie się takie rzeczy nie zdarzają, bo w nie nie wierzę. Proste :-D Gdybym wierzył tak jak niektórzy, tez pewnie miałbym na pęczki mrożących krew w żyłach historii na podorędziu.
W każdym razie, gdybyście mieli jakieś fantonośne miejsce w którym sami boicie się szukać, bo straszy albo biegają po nich żołnierze sprzed 300 lat, to chętnie przyjmę pozycje satelitarną do swojej bazy danych...


Pozwoliłem sobie odgrzać starego kotleta i stanąć twarzą w twarz z `duchem pojawiającym się na terenie starego młyna ale już bez kotleta :-P
Znając życie jak zwykle nic się nie zdarzy ale jak to opisują mieszkańcy miejsce kryje kilka tajemnic okresu II WW .
Gość który kopał staw widoczny na załączonym zdjęciu kilka razy spotkał zakrwawioną postać idąca w jego kierunku od strony pewnej kapliczki po czym znikała bez śladu . Modły księży na nic się zdały , postać wracała punktualnie o godz 12-ej w południe :028:


uben - 2011-08-06, 22:04

Zbiegiem okoliczności , nadjeżdżając pod tajemnicze miejsce drogą porośniętą gęsto roślinnością , ku memu zaskoczeniu zostałem niespodziewanie przywitany przez właściciela terenu który wyszedł na nieumówione spotkanie . Na pierwszy rzut oka przyjazny typek po 60-ce . Po krótkim przywitaniu i odsłonie tematu mojej wizyty zaproponowano mi kawę . Chwilę zastanawiając się wyraziłem aprobatę myśląc sobie że dalsza rozmowa może być interesująca jak się później właśnie okazało . 2,5 godziny minęło jak z bicza strzelił aż w ustach przysychało .
Podczas rozmowy ` świat okazał się mały a i `korzenie poszukiwawcze rozległe :-) Uśmiechnąłem się słysząc że teren już zdążył namacać sprzętem amerykańskiej marki 8-)
Jestem niezmiernie rad że mogłem poznać jegomościa .
Dokładnych szczegółów tematu tego spotkania nie myślę opisywać bo i tak sens atmosfery zniknął by w waszych komentarzach .
Dowodów żadnych ale próbowałem podchodzić do tematu naukowo biorąc pod uwagę racjonalne wyjaśnienia medycyny i nauki ale sprawa okazała się nie taka prosta jak by wydawać się mogło zwykłym śmiertelnikom ;-)

GrzegorzB - 2011-11-26, 20:09

Kolejny cud, i media mają o czym pisać:
http://wiadomosci.onet.pl...,klip.html#play
:)

Van Worden - 2011-11-26, 22:13

Jeden z komentarzy - 'Palikot go usunie' :-D
GrzegorzB - 2011-12-29, 01:12

Pojawienie się wizerunku Jezusa na schnącej skarpecie zaskoczyło trzydziestoośmioletnią Sarę Crane podczas zbierania rozwieszonej bielizny. Kobieta natychmiast podzieliła się swoim odkryciem ze swoimi bliskim, którzy byli pod wrażeniem podobieństwa plam do świętego wizerunku - czytamy na łamach telegraph.co.uk.

- Zostawiłam tu te rzeczy do wyschnięcia i gdy chciałam je pozbierać poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Gdy to zobaczyłam od razu zawołałam swojego chłopaka, bo nie wierzyłam własnym oczom. Lecz i on był wpadł w osłupienie. Na skarpecie wyraźnie było widać twarz Jezusa – opowiada Sara Crane.

Skarpeta to kolejny z serii przedmiotów codziennego użytku, na którym ludzie twierdzili, że widzieli Jezusa. W ubiegłym roku pokryty bluszczem słup telegraficzny w Luizjanie miał przypominać ukrzyżowanego Chrystusa, a jego twarz była pojawiła się na zbliżeniu węgierskiego pola na mapie Google Earth

- Pomyśleliśmy, o zrobieniu specjalnego ołtarza, ale niestety w międzyczasie skarpeta się zdeformowała i zarys już nie jest tak wyraźny jak wtedy. Uważamy, że to trochę znak - ale czego tego jeszcze nie wiemy - relacjonuje dalej kobieta.

http://wiadomosci.onet.pl...,wiadomosc.html

jerzydom - 2011-12-29, 07:16

Grzegorz, trzeba zaprojektować jakiś bajerancki (elektroniczny)amulet dla Thesaurowiczów.
Zbyt będzie.
Ja napisałem już instrukcję jego aktywacji
Kupujący aby aktywować amulet musi usiądź , wsiąść go do ręki i przesunąć nad płomieniem świecy zataczając kręgi. Potem wypowiedzieć słowa: „Niech ten amulet chroni mnie przed złymi mocami, szkodliwymi duchami i energiami”. Następnie skropi go olejkiem z korzenia czarciego pazura, chuchnie na niego (chuch bez promili) i na koniec posoli go niewielką ilością soli z czarcich morskich głębin. W ten sposób aktywowana będzie jego moc za pomocą czterech żywiołów i eteru. Thesaurowiczu noś ten amulet w plecaku lub w kieszeni dopóki, dopóty nękają cię złe duchy i szkodliwe energie. Kiedy to ustąpi, spal go. :mrgreen:
Pokój z Tobą

GrzegorzB - 2011-12-29, 13:01

To nie jest takie proste. Czujniki przyspieszenia dla wykrywania (i analizowania poprawności!) okręgów, podczerwieni i dwutlenku węgla dla wykrywania świecy. No i matryca chemiczna do analizy składu olejku. Skomplikowane i drogie :lol:
Jest prostszy sposób. Przewidziałem, że użytkownik będzie mógł zamówić własny obrazek na ekranie (projekt obrazka w określonym formacie dostarcza zamawiający) być może nawet połączony z muzyką. Taka personalizacja dla szpanerów :) Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ten obrazek dało się wywoływać specjalną kombinacją klawiszy w dowolnym momencie. Na przykład kiedy zza drzewa wyjdzie zakrwawiony żołnierz napoleoński :) Przy odpowiednim obrazku i muzyce ta funkcja może tez zastąpić ołtarzyk polowy, przy którym można na przykład tradycyjnie poprosić, żeby się darzyło podczas poszukiwań ;)

jerzydom - 2012-01-10, 05:40

Tajemniczy mord sprzed 13 lat. Nowe śledztwo

NZ / PAP
Krakowska prokuratura podjęła na nowo śledztwo w sprawie szczątków krakowskiej studentki, znalezionych 13 lat temu w Wiśle - poinformowała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Krakowie Bogusława Marcinkowska.

Jak poinformowała, decyzja taka została podjęta po zgromadzeniu nowych dowodów, m.in. w wyniku przesłuchań świadków, pomocy jasnowidza-parapsychologa oraz innych czynności, przeprowadzanych także w 2007 r.

- Uzyskane rezultaty okazały się satysfakcjonujące i dały podstawę do podjęcia tego śledztwa - powiedziała prok. Marcinkowska. Odmówiła jednak podania bliższych informacji, zasłaniając się dobrem śledztwa. Współpracę z jasnowidzem określiła jako "pomocną".

Szczątki ciała studentki Uniwersytetu Jagiellońskiego Katarzyny Z. wyłowiono z Wisły 7 stycznia 1999 r. Zwłoki kobiety zostały pozbawione skóry, jej fragmenty były fachowo odcięte i wypreparowane. Dzięki badaniom genetycznym ustalono, iż ofiarą jest zaginiona w listopadzie 1998 roku studentka UJ.

W lipcu 2000 roku ujawniono, iż przy szczątkach znaleziono ślady biologiczne nie pochodzące od ofiary. Wykorzystano je do weryfikacji osób, znajdujących się w kręgu podejrzeń. Nie przyniosło to jednak efektów i w październiku 2000 r. prokuratura umorzyła śledztwo. Podkreślała jednak, że w przypadku ustalenia nowych okoliczności lub dowodów śledztwo może być podjęte na nowo. Przestępstwo zabójstwa ulega przedawnieniu dopiero po 30 latach.

Pod koniec ubr. krakowska policja poinformowała, iż policjanci z tzw. Archiwum X ponownie analizowali materiały tego śledztwa i ustalali nowe dowody. Było to możliwe m.in. dzięki postępowi w dziedzinie badań kryminalistycznych oraz współpracy z ekspertami w różnych dziedzinach.

Jedną z nowych okoliczności okazało się ustalenie, że odnalezione w styczniu 1999 r. szczątki zostały wcześniej celowo wrzucone do rzeki przez sprawcę, który resztę ciała ukrył. Z tego m.in. powodu do udziału w czynnościach dopuszczono Krzysztofa Jackowskiego, specjalizującego się w odnajdywaniu zaginionych i zmarłych.

Zarówno prokuratura, jak i policja nie wypowiadały się na temat efektów czynności z udziałem jasnowidza ani innych materiałów śledztwa.
http://wiadomosci.onet.pl...-wiadomosc.html

Van Worden - 2012-02-06, 11:12

Podczas rozbiórki dawnego domu opieki w pobliżu Kenadal w Kumbrii (UK), jeden z robotników wykonywał rutynowe zdjęcia niszczonego budynku. Gdy wrócił do domu, jego żona zauważyła na jednym ze zdjęć stojąca za szybą postać.. Na drugi dzień wszyscy w pracy byli pod wrażeniem bo w budynku nikogo w tym momencie nie mogło być a całą sprawą zainteresowała się nawet BBC. Czy i Wy widzicie, że ktoś tam stoi?


reglass - 2012-02-06, 12:13

Nie wydaje mi się żeby to była postać. Choć faktycznie to coś jest obrysowane jak ludzka postać.
Tylko że te zielenie i żółcie występują na całym zdjęciu. :564:



Uploaded with ImageShack.us



Uploaded with ImageShack.us

Van Worden - 2012-02-06, 16:58

Jakie zielenie i żółcie? Nie za bardzo rozumiem bo tam balans bieli jest w miarę poprawny chyba, że wrzucisz to do jakiejś obróbki. Żeby było ciekawiej to zgosił się syn kobiety, która zmarła w tym domu i stwierdził, że to na pewno ona bo widać nawet charakterystyczny naszyjnik i klipsy z pereł, które nosiła na co dzień :-P
uben - 2012-02-11, 11:22

Odwróćcie kolory . Głowa jakaś niekształtna bo żuchwa jakaś zadarta do góry i czoło wysunięte . Stawiam na plamy :-)
Van Worden - 2012-02-11, 12:29

uben - a po kiego Ty chcesz odwracać kolory na normalnym zdjęciu? To jakaś standardowa metoda sprawdzania duchów na fotografiach z archiwum X czy coś? :-D Przy normalnym powiększeniu widać jakby zarys postaci i wszystko jest dość proporcjonalne, więc nie trzeba za dużo kombinować. Osoba "wierząca" w duchy będzie tu widziała postać bez dwóch zdań a sceptyk jedynie plamy na szybie i tak to już zostanie ;-)
uben - 2012-02-11, 13:17

Van Worden napisał/a:
Osoba "wierząca" w duchy będzie tu widziała postać bez dwóch zdań a sceptyk jedynie plamy na szybie i tak to już zostanie ;-)

Zatem czy kiedykolwiek dowiemy się prawdy ? Albo tak albo i nie ;-)

GrzegorzB - 2012-02-11, 13:32

Prawdy dowiemy się, kiedy zrozumiemy do końca mechanizmy rządzące Wszechświatem. Wtedy okaże się, czy ludzie którzy przed tysiącami lat wymyślili sobie Boga, byli geniuszami jak Einstein, czy zwykłymi zwierzątkami o nadmiernie rozbudowanym mózgowiu, przerażonymi otaczającym je groźnym światem, którego nie rozumiały.
Trochę to jeszcze potrwa. Ja oczywiście uważam, że zachodzi to drugie. I że poszukiwanie bardziej skomplikowanej (na pozór) prawdy niż taka, że nas Ktoś stworzył, jest jednym z głównych objawów wyższego stopnia rozwoju :-P

Van Worden - 2012-02-11, 14:02

No dobra dobra, ale co człowiek ma do wszechświata a wszechświat do Boga? Jesteśmy tylko jakimś pyłkiem na peryferiach jednej z setek miliardów galaktyk a nasza wiedza o wszechświecie jest wciąż na poziomie "śmiechowej", jakby powiedział Tytus de Zoo ;-) Kto wie co, gdzie i jak funkcjonuje w tak niezmierzonej czasoprzestrzeni? Zjawisko o nazwie "duchy" wcale nie musi być związane z jakimkolwiek systemem wiary a wręcz przeciwnie - to "wiara" i "Bóg" mogły powstać po to by w jakiś sposób wytłumaczyć coś co od zawsze dziwiło i zaskakiwało ludzi ;-)
marand9 - 2012-02-11, 14:18

Kwestii Boga i wiary nie poruszam bo to drażliwy temat - począwszy od ....
Natomiast odnośnie fotek - ja tu widzę bardzo ładne ramy okkienne :-D
Jak by nie było - każdy widzi to co chce zobaczyć ;-)

GrzegorzB - 2012-02-11, 23:07

Człowiek jest częścią Wszechświata. Nasz pyłek-Ziemia, rządzi się tymi samymi prawami co reszta. Dokładnie tymi samymi. Kiedy poznamy naturę tego co nas otacza, poznamy tym samym naturę wszystkiego.
Oczywiście, ze jakakolwiek wiara z całą otoczką, jako twór całkowicie sztuczny, niczego nie determinuje. To człowiek jest produktem Wszechświata i jego praw a nie na odwrót, nawet w najmniejszym stopniu. Zjawiska które obserwujemy nie są skutkiem naszych wyobrażeń, ale ich interpretacja jest powiązana z wiedzą i mechanizmami poznawczymi.
Bóg jeśli istnieje i ma pozostać nieodgadnionym, musi mieścić się w sektorze którego nie kontrolują prawa rządzące Wszechświatem. Dlatego poznanie Wszechświata jest jedyną logiczną drogą, która pozwala określić, czy Bóg może istnieć, czy nie ma dla niego miejsca, poza psychiką jednostek szukających wsparcia.

pulkownikL - 2012-02-11, 23:42

Czyli temat zostaje po staremu,nierozwiązany,ot ludzki móżdzek nie de rady tego ogarnąć :065:
pulkownikL - 2012-02-12, 00:11

a teraz małe opowieści z krypty :-D ,miałem taką sytuację,zawsze chciałem się dowiedzieć jak wygląda moja babcia,zmarła w wieku 28lat na raka,zdjęcia dziadek nie wiem czemu ale poniszczył po jej śmierci,nic nie zostało(pozornie),wiele lat temu jeszcze w internacie obudziłem się w nocy z jakimś dziwnym przeczuciem,na środku pokoju stała kobieta,młoda,uśmiechala się,siadłem więc na chwilę,popatrzalem i ze swoim w tym czasie podejściem do wszystkiego pomyślalem sobie,co się tak gapisz i poszłem dalej spać,rano wstałem i mając świadomość że ktoś był(więc dzwi nie zamknięte na zamek)ruczyłem ostro w kierunku łazienki na piętrze,efekt był opłakany,rozbity nos i dwie piekne śliwy pod oczami :-/ ,zderzenie z jednak zakluczonymi dzwiami nie było przyjemne,a przecież miały być otwarte sobie myślę,pytam się kumpla,z pokoju,widziałeś tą babę w nocy u nas?a on na to że jaką? powiedział że patrzałem co ci debilu jest,siadłeś na łóżku i patrzałeś przed siebie jak byś miał odlot(ciekawe po czym? miał na myśli),temat zapomniałem bo wtedy człowiek miał wyrypane na wszystko,potem zmarł dziadek,znaleziono w szafie jedno zdjęcie babci,to była ona ,ta wtedy w pokoju w internacie,są rzeczy których nie dane będzie nam się dowiedzieć,sam nie wiem co o tych sprawach myśleć mimo że mam kumpla który wtedy nic nie widział a ja tak,czyżbym zjadł przed spaniem muchomora :-D ,a może podświadomość wiele potrafi nam spłatać figli :?: ,temat rzeka a ja nadal po spotkaniu trzeciego stopnia z babcią podchodzę do sprawy po staremu,czyli naukowo :568: ,może błąd,a może nie warto gdybać bo i tak się nie dowiem jak jest,ps.nada się na horror?w końcu na faktach :-D
GrzegorzB - 2012-02-12, 00:11

mechanizm obrony wiary jest bardzo prosty i wynika z praw logiki, które mówią, że nie da się udowodnić że czegoś nie ma. Można więc ogłosić istnienie czegokolwiek i nikt nie będzie w stanie temu skutecznie zaprzeczyć.
Na tej samej zasadzie sprzedają się elektroskopy :lol:

To znakomity mechanizm, który, jak długie są dzieje ludzkości, pozwala wszelakim kanciarzom (czytaj kapłanom różnych religii) żyć na koszt otumanionych frajerów.

Mózg i zmysły potrafią płatać figle. Nie można do końca polegać na zmysłach. Zapewne stąd się biorą wszystkie duchy, zjawy i rozmowy z Matką Boską :lol: Czasami sny są bardzo realistyczne. na jawie również podświadomie szukamy we wszystkim znanych kształtów, w szczególności ludzkich sylwetek, twarzy, oczu, zarysu niebezpiecznych zwierząt. Sytuacja ulega drastycznemu pogorszeniu, jeśli ktoś o czymś regularnie myśli i na coś regularnie patrzy. Tak nas uformowała przyroda. Jednakowoż nie każda plama po płynie do mycia szyb albo potu na stojącej skarpetce to Jezus z Nazaretu w koronie cierniowej ;)

bolizdor - 2012-02-13, 11:06

Moim zdaniem prawdopodobienstwo zycia po smierci wynosi 50%. Zycie po smierci jest, albo go nie ma.
marand9 - 2012-02-13, 11:14

Grzegorz ? A co z deja vu ?
mikolajmick - 2012-02-13, 11:47

marand9 napisał/a:
Grzegorz ? A co z deja vu ?


To sie Ubena pytaj, on tam mieszka ;-)

marand9 - 2012-02-13, 12:01

Hehe
A to fakt Mik :-D

GrzegorzB - 2012-02-13, 14:33

Równie dobrze można zapytać p- a co z tysiącami wariatów zamkniętych na oddziałach psychiatrycznych, którzy albo zostali wykorzystani przez kosmitów, albo sami są kosmitami, albo mesjaszami albo samymi bogami, i są o tym CAŁKOWICIE przekonani?
:lol:
A może źle postawiłem pytanie? Może powinno brzmieć: któremu wariatowi uwierzyć w to co twierdzi? I dlaczego? Może po prostu takiemu, który nie wrzeszczy, nie gryzie, nie łazi po ścianach i z pozoru zachowuje się jak normalny człowiek?
Co jest potrzebne, oprócz patyny czasu oczywiście, żeby być uznanym za boga i dać początek nowej religii?

Proponuję zwrócić uwagę na taki mechanizm. Pojawia się artysta-śpiewak, który jest totalnym beztalenciem wokalnym. Nikt go nie chce słuchać. Nie bez powodu, bo uszy więdną. Ale człowiek jest uparty i śpiewa dalej. Śpiewa tak latami. W końcu ktoś to zauważa. Mimo ze nadal jest to wokalne dno, powoli zyskuje uznanie za wytrwałość. niektórzy zaczynają się z nim utożsamiać, ponieważ jego beczenie towarzyszy im przez całe życie. W końcu zostaje celebrytą, jego twórczość staje się "kultowa". Kiedy obrasta w legendę jest już nie do ruszenia i beczenie uzyskuje status wyższej sztuki. Tak to działa. nie będę podawał nazwisk, żeby mnie ktoś nie oskarżył o zniesławienie. Ale ten sam mechanizm działa również w innych aspektach życia. Żeby nie powiedzieć, że we wszystkich.

uben - 2012-02-13, 21:08

Ja już po części wiem o co w tym wszystkim chodzi i tak tłumaczę czasami te moje dziwne wpisy po godzinach , prosze o wybaczenie ;-) A o szczegółach zainteresowanym opowiem następnym razem ale przy kielichu :lol:
marand9 - 2012-02-13, 22:34

GrzegorzB napisał/a:


Proponuję zwrócić uwagę na taki mechanizm. Pojawia się artysta-śpiewak, który jest totalnym beztalenciem wokalnym. Nikt go nie chce słuchać. Nie bez powodu, bo uszy więdną. Ale człowiek jest uparty i śpiewa dalej. Śpiewa tak latami. W końcu ktoś to zauważa. Mimo ze nadal jest to wokalne dno, powoli zyskuje uznanie za wytrwałość. niektórzy zaczynają się z nim utożsamiać, ponieważ jego beczenie towarzyszy im przez całe życie. W końcu zostaje celebrytą, jego twórczość staje się "kultowa". Kiedy obrasta w legendę jest już nie do ruszenia i beczenie uzyskuje status wyższej sztuki. Tak to działa. nie będę podawał nazwisk, żeby mnie ktoś nie oskarżył o zniesławienie. Ale ten sam mechanizm działa również w innych aspektach życia. Żeby nie powiedzieć, że we wszystkich.


No tu akurat Grzesiu trafiłeś w sedno
Ja Cię od dawna uważam za celebrytę :-D ;-)

booros - 2012-02-13, 22:38

hehehe :lol:
GrzegorzB - 2012-02-13, 23:45

Jest w tym coś. Tyle że ja, w odróżnieniu od większości, nie pieprzę głupot, przynajmniej w kwestii wykrywaczy ;-) . I wbrew temu co niektórzy piszą, świetnie mi się żyje z PRODUKCJI a nie z ględzenia :)
Marand, przeleć swoje posty na forum od kiedy tu jesteś i wskaż, nie jestem wymagający, ze trzy które COKOLWIEK wniosły oprócz zaznaczenia twojej obecności :lol: ;-)

P.S. Nigdy nie dążyłem do poklasku. Wtedy bym się inaczej zachowywał. Wystarczy mi bardzo wysoka samoocena :-P

booros - 2012-02-13, 23:49

napisal dzis jak nazywa sie gatunek papuzek o ktore pytala Spectra ;)

to juz cos :mrgreen:

GrzegorzB - 2012-02-13, 23:57

No tak... w ten sposób może się zebrać... nie pomyślałem o tym :lol:


Uben, nie wiem czy dobrze zrozumiałem, ale jeśli, to zapewniam że nie miałem na myśli Ciebie w najmniejszym stopniu 8-)
Po prostu ostatnio zdarzyły mi się 2 sytuacja. najpierw byliśmy z wizyta u znajomych. Ojciec rodziny od zawsze miał odchyły "pisoradiomaryjne", ale ostatnio mu się pogorszyło. Zaczął nas przekonywać że w 2012 będzie na bank koniec świata po czym pochwalił się potężnym zapasem mąki i cukru na tę okoliczność zgromadzonym. A w zeszłym tygodniu z kolei, koleżanka ze szkoły mojej córki (rodzina z tym samym dokładnie odchyłem) uświadomiła ją, że kiedy będzie koniec świata to tacy jak ja będą potępieni i unicestwieni. Chyba że się wcześniej nawrócą oczywiście. I rzeczywiście zaczynam się bać, że coś się może stać, bo takiego zmasowanego wysypu idiotów głośno wyrażających swoje poglądy, jak żyję nie pamiętam.

marand9 - 2012-02-14, 00:02

GrzegorzB napisał/a:
Jest w tym coś. Tyle że ja, w odróżnieniu od większości, nie pieprzę głupot, przynajmniej w kwestii wykrywaczy ;-) . I wbrew temu co niektórzy piszą, świetnie mi się żyje z PRODUKCJI a nie z ględzenia :)
Marand, przeleć swoje posty na forum od kiedy tu jesteś i wskaż, nie jestem wymagający, ze trzy które COKOLWIEK wniosły oprócz zaznaczenia twojej obecności :lol: ;-)

P.S. Nigdy nie dążyłem do poklasku. Wtedy bym się inaczej zachowywał. Wystarczy mi bardzo wysoka samoocena :-P


Nie samym wykrywaczem człowiek żyje :) Ale żeby od razu pieprzyć ? Wiesz Grzesiu - moje posty są beznedziejne i płytkie - mea culpa .Ja niestety mogę jedynie rozmawiać o papużkach - tak jak to napisał Booros - np o Nierozłączkach :-D

GrzegorzB - 2012-02-14, 00:11

To akurat nie było do Ciebie, tylko ogólnie.
Dopiero drugie zdanie ;-)

marand9 - 2012-02-14, 00:21

Jeszcze jako tako widzę na oczy i wczytuję się w wypowiedzi :-P
O co Ci tak naprawdę chodzi Grzegorz ? Złe dzieciństwo miałeś czy flustracja przemawia że tak się strarasz wyżyć na kolegach ?

GrzegorzB - 2012-02-14, 00:27

O co chodzi Tobie raczej? Zaczepiłeś, to oberwałeś. To tyle. Bez nadbudowy ideologicznej. Żadna lustracja nie ma tu nic do rzeczy :lol:
marand9 - 2012-02-14, 00:31

eeee KTO OBERWAŁ TO OBERWAŁ :) raczej musisz czasami się wyciszyć . wziąść dłuższy oddech i biec dalej bez ciśnienia :) POLECAM :-D
GrzegorzB - 2012-02-14, 00:38

Jedyne co mi podnosi czasami ciśnienie, to klienci którzy nie mogą pojąć, że jeśli dziś zamówią towar to go nie dostana jutro, tylko za miesiąc. Na forach nic i nikt mi nie podnosi ciśnienia. W każdym razie zdarza się to ewentualnie raz na miesiące. Właśnie dlatego tu wpadam - żeby się ODstresować :-)
uben - 2012-02-14, 07:32

GrzegorzB napisał/a:
Jedyne co mi podnosi czasami ciśnienie, to klienci którzy nie mogą pojąć, że jeśli dziś zamówią towar to go nie dostana jutro, tylko za miesiąc

Maranda do pomocy zatrudnij , na pewno się dogadacie ;-)

GrzegorzB napisał/a:
Chyba że się wcześniej nawrócą oczywiście. I rzeczywiście zaczynam się bać, że coś się może stać

Zdracę po tajemnie że tu właśnie odkryłeś ale znikomą część wielkiej tajemnicy ludzkiej duszy ;-)

marand9 - 2012-02-14, 09:39

uben napisał/a:
GrzegorzB napisał/a:
Jedyne co mi podnosi czasami ciśnienie, to klienci którzy nie mogą pojąć, że jeśli dziś zamówią towar to go nie dostana jutro, tylko za miesiąc

Maranda do pomocy zatrudnij , na pewno się dogadacie ;-)

GrzegorzB napisał/a:
Chyba że się wcześniej nawrócą oczywiście. I rzeczywiście zaczynam się bać, że coś się może stać

Zdracę po tajemnie że tu właśnie odkryłeś ale znikomą część wielkiej tajemnicy ludzkiej duszy ;-)



Taaa
A potem będzie jak w tym kawale
Bóg mówi do Lenina - stary trochę mi nabruzdziłeś więc na razie polecisz do piekła . Posiedzisz tam 2 miechy , przemyślisz a jak Diabeł mi powie że już jesteś gotowy to cię zabiorę do siebie.
Po 2 miesiącach Bóg dzwoni do Diabła i się pyta o Lenina . A mu na to rzecze Diabeł - po pierwsze Towarzyszu Diabeł a po drugie Bóg nie istnieje :-D

jerzydom - 2012-02-14, 10:10

Grzegorz, dla tych co wierzą w koniec świata w 2012, jak go nie będzie, to dla nich to "koniec świata" :-D
GrzegorzB - 2012-02-14, 11:02

Myślę, że jak zwykle gładko zadziała wyparcie. Coś wymyślą :lol:
Krzysztof - 2012-02-23, 11:49

http://www.youtube.com/wa...feature=related
uben - 2012-02-24, 17:00

Gdzie są narzędzia? ząb czasu rozłożył je w ziemi , proste :lol:
GrzegorzB - 2012-03-04, 19:15

Astrolog Piotr Gibaszewski sporządził horoskop wczorajszej katastrofy kolejowej na Śląsku. Według niego było to "niezwykłe wydarzenie". - Wczoraj wieczorem Słońce i Mars znalazły się w dokładnej opozycji. Były dokładnie naprzeciwko siebie. Opozycja Słońca do Marsa jest układem niosącym napięcie, konflikty. Można mówić, że wszystko jest przypadkiem, ale dla astrologów działanie Marsa nim nie jest – powiedział w rozmowie z Onetem.
http://wiadomosci.onet.pl...,wiadomosc.html

Nadal nie wiem co o tym sadzić. Czy tacy ludzie są naturalnie poj..ni, na drodze genetycznej czy też jest to nabyte, wszystko jedno, czy jednak wypisuję te swoje brednie z czystego wyrachowania.

jerzydom - 2012-03-04, 19:36

Grzegorz ja wiem, musisz
http://www.ezo-ogloszenia...szewskiego.html
I wszystko zrozumiesz :lol:

uben - 2012-03-06, 07:13

Czy wam też czajnik elektryczny w nocy bez konkretnej częstotliwości co jakiś czas oddaje dźwięk jak by po zagrzaniu wody automatycznie odskoczył włącznik ? :lol:
GrzegorzB - 2012-03-06, 10:04

Pewnie sobie Duch Święty robi herbatę bez wody :lol:
jerzydom - 2012-03-06, 13:42

Zależy to od termostatu i czajnika (jak długo trzyma ciepło)
Jeżeli przed lulu robiłeś czaj, stygnący termostat może wydawać dźwięki.
Grzegorz na oczywiste fakty, jak zawsze odpowiada z humorem :lol:
Grzegorz :564:

daro - 2012-03-06, 14:30

uben - sprawdz czy nie masz malego przelacznika gdzies od spodu z opcja do podtrzymywania cieplej wody w czajniku.
Jesli nie to dzwon po egzorcyste :-)

marand9 - 2012-03-06, 14:33

Nie wiem jak to sie dzieje ale u mnie jest podobnie :)
Może mamy takie same czajniki ;-) :-D

jerzydom - 2012-03-06, 15:14

Czajnik posiada termostat bimetaliczny, który uruchamia wyłącznik.
W czasie stygnięcia prostuje się i może wydawać dźwięki, a nawet trzask w chwili złączenia styków.
Gdy nastąpi połączenie styków po ponownym włączeniu wyłącznika czajnik ponownie grzeje.
Pod spodem jest bezpiecznik termiczny, który zadziała gdy zostanie włączony bez wody, ochrona przed przepaleniem się grzałki. Gdy wywali, czajnik nie grzeje. Trzeba go wcisnąć zapałką.
I zgodnie z reklamą znanej firmy "OSRAM" :-D i wszystko jasne

uben - 2012-03-06, 18:55

Herbatę grzałem o 23-ej a o 2-ej coś tam stuknie . Tłumaczmy tym że to przez drugi termostat podtrzymujący temperaturę :-)
No dobra a spadające późno do wanny w nocy rzeczy z półek w łazience ? Tylko że w niej nic później nie znajduje . Ostatnio jak gruchnęło , myślałem że perfumy się pobiły a tam czysto . Paranoja czy co :shock: ? ;-)

mikolajmick - 2012-03-06, 18:57

Chyba jednak paranoja bo "co" wykluczam po stopniu zaawansowania ;-)
marand9 - 2012-03-06, 19:17

Ja bym się z tego tak bardzo nie śmiał .
Sam byłem świadkiem jak coś jebło o podłogę a szkód nie było , do tego dziwne ruchy drzwiami ,czy " rano zrobiony schabowy w panierce " .Oczywiście ze schabowym żartuję .

myszkin1 - 2012-03-06, 19:41

Ja wiem wiem co to jest to na bank Ten Scienny Rumker. :D
Van Worden - 2012-03-06, 20:08

uben - częsta sprawa, która zdarza się na krawędzi jawy i snu. Możesz nawet nie mieć świadomosci o tym, że na moment przysnąłeś i nałożyłes doznania senne na rzeczywistość. Dodatkowym impulsem do takich "gruchnięć" i innych "niewyjaśnionych" zjawisk są Twoje zainteresowania parapsychologią, które mocno wpływają na podświadomość i programują mózg w taki sposób, że taie doznania są wręcz (podświadomie) oczekiwane.
GrzegorzB - 2012-03-06, 20:34

uben napisał/a:
Herbatę grzałem o 23-ej a o 2-ej coś tam stuknie . Tłumaczmy tym że to przez drugi termostat podtrzymujący temperaturę :-)
No dobra a spadające późno do wanny w nocy rzeczy z półek w łazience ? Tylko że w niej nic później nie znajduje . Ostatnio jak gruchnęło , myślałem że perfumy się pobiły a tam czysto . Paranoja czy co :shock: ? ;-)


Nie jest dobrze uben, NIE JEST DOBRZE.
Mój ojciec też tak ma, ale jemu niedługo stuknie 90-tka a do tego bardzo słabo widzi i... słyszy. Aż strach pomyśleć, co z Ciebie wyrośnie za kolejne 20 lat... :lol:

Mam takiego znajomego ze studiów. Nie do końca za studiów bo po jednym semestrze na elektronice nie wytrzymał i się przeniósł na ISIW :) Ten mój znajomy zawsze był mocno religijnym, aczkolwiek normalnym człowiekiem. Stopniowo mu się pogarszało, ale za bardzo tego nie dostrzegaliśmy, bo spotkania były rzadkie a on się pilnował. Jakieś tam opowieści o kamiennych kręgach, duchach i jego zaangażowanie w PiS traktowaliśmy z wymęczoną wyrozumiałością. Ale ostatnio sprawy nabrały tempa. Facet połyka książki o zaświatach, niekonwencjonalnym leczeniu, egzorcyzmach itp a w wolnych chwilach (tzn kiedy nie opluwa koalicji rządzącej na forach internetowych) słucha RM. I cały czas sprowadza rozmową na te swoje "cuda" albo opowiada jak to on nienawidzi PO i jak to wszystkich piekło pochłonie w 2012. Przeżyłem mały szok na spotkaniu z nim. Obawiam się, że za parę lat wyląduje w Tworkach. O ile sobie albo komuś czegoś nie zrobi wcześniej.

Misqn - 2012-03-06, 20:45

To wszystko przez wybuchy na Słońcu ;-)
jerzydom - 2012-03-06, 21:03

Marand tu też coś jebło o podłogę i szkód nie było
http://www.youtube.com/watch?v=aZ3koyB4D9Y

marand9 - 2012-03-06, 22:06

HAHAHA '
No tak :) osobiście bym chciał aby takie "ufo" mi jebło o podłogę 8-) :-D

uben - 2012-03-07, 07:30

GrzegorzB napisał/a:
Nie jest dobrze uben, NIE JEST DOBRZE.
Mój ojciec też tak ma, ale jemu niedługo stuknie 90-tka a do tego bardzo słabo widzi i... słyszy. Aż strach pomyśleć, co z Ciebie wyrośnie za kolejne 20 lat... :lol:


Żeby to człowiek miał jakiegoś walnego stresa przy takich sytuacja to i jakaś tam Choroszcz wskazana . Można z tym żyć , a że inni bardziej zaawansowani zaczynają wierzyć że w półśnie widzą kosmitów to już wyższa szkoła jazdy :lol:
ps
Dla tych co mają koszmary a marzą o jakiejś chociażby dupci
wystarczy lekko przed półsnem pomyśleć to co chcecie aby się przyśniło i słodki sen przychodzi :lol:

Van Worden - 2012-03-14, 20:56

jerzydom napisał/a:
Kod Biblii. Tajemnica liczby Boga
Maria Rąbek

Czy Biblia skrywa zaszyfrowane tajemnice? Istnieje specjalny system, który ma pomóc odczytać tajemniczy "kod". Jego autorem jest jeden z najwybitniejszych ludzi nauki. Na podstawie swoich badań wyliczył, kiedy miałby nastąpić koniec świata.
Od zarania dziejów Biblia jest jedną z najbardziej fascynujących i tajemniczych ksiąg ludzkości. Powstała przez kilkanaście wieków, opierała się na przekazach ustnych spisanych po aramejsku, hebrajsku i grecku. Jej autorstwo przypisać można setkom przewodników duchowych izraelitów, a później chrześcijan. Wielu na jej kartach poszukiwało zaszyfrowanych wiadomości i przepowiedni. Czy Biblia rzeczywiście skrywa zakodowane systemem liczb tajemnice?

Można ją uznać za dzieło, które wywarło największy wpływa na cywilizację. Stanowi ona podstawę judaizmu, chrześcijaństwa i islamu. Przez tysiąclecia traktowana była nie tylko jako Słowo Boże, ale również jako kopalnie wiedzy i potężne narzędzie władzy nad poddanymi. Dlatego tak wielu ludziom zależało na zgłębieniu jej najdrobniejszych szczegółów. Narzucenie sobie wygodnej interpretacji mogło pozwolić na sterowanie umysłami i duszami wielkich mas ludzkich. Z drugiej strony studiowanie Świętej Księgi, poszukiwanie ukrytych znaczeń powodowane było chęcią zbliżenia się do Boga, odczytania Jego intencji. Tak powstały skomplikowane systemy filozoficzne, matematyczne i lingwistyczne mające umożliwić dotarcie do zakodowanych Boskich wiadomości.

Apostołowie, aniołowie i bestie

Nie sposób stworzyć jeden uniwersalny klucz odczytania biblijnych liczb. Teksty składające się na Świętą Księgę powstawały w różnych okresach i kręgach kulturowych, a każda kultura posługiwała się dla siebie tylko charakterystycznym systemem symboli. Część znawców Biblii uważa wręcz, że Boski przekaz jest bezpośredni i łatwy do odczytania bez posiłkowania się skomplikowanymi kodami czy szyframi. Istnieją oczywiście leksykony wiedzy biblijnej, w której odnaleźć możemy stworzone przez naukowców definicje zawartych w księdze symboli, w tym liczb.

Cyfra "1" miała więc oznaczać absolutną wyjątkowość, niepowtarzalność i niepodzielną całość. Najczęściej liczbę tę odnosiło się do Boga i jego darów. To podkreślało monoteistyczny charakter religii Księgi. Jedynkę odnaleźć można choćby w Dekalogu, Księdze Królewskiej czy Księdze Powtórzonego Prawa.

Cyfra "2" wykorzystywana była w semickim systemie prawnym: w Biblii dwóch świadków starczyło, by uznać jakieś zdarzenie za prawdziwe. Dwóch uczniów widziało Chrystusa w Emaus. Oznacza też pomoc i wsparcie. Dziesięć przykazań zapisane było na dwóch tablicach. Gdy Jezus rozsyłał apostołów, kazał im iść głosić jego słowo parami, by wspierali się nawzajem. Liczba ta w najprostszy sposób opisywała wielość czy obfitość. Mnogość interpretacji tej liczby, często ze sobą sprzecznych pokazuje, że wspominane w Księdze liczby nie tworzą zwartego kodu. Dla św. Augustyna bowiem "2" oznaczało jedność połówek (jak w przypadku tablic z Dekalogiem), ale i kontrast dnia i nocy, dobra i zła.

"3" to znów cyfra Boska, jedna z najczęściej występujących w Piśmie Świętym. Kiedy w Biblii czegoś jest trzy, nie ma już miejsca na nic innego. To pełnia, komplementarność, perfekcyjna jedność początku, środka i końca. To również zaprzeczenie dwójki, a więc wielości. Czego w Biblii jest trzy? Mężów nawiedzających Abrahama, mędrców ze wschodu, lat nauczania Chrystusa, dni między Jego śmiercią a zmartwychwstaniem. Biblia mówi też o tylu osobach boskich; Bogu Ojcu, Synu i Duchu Świętym. To jednak późniejsza teologia wprowadziła pojęcie Trójcy Świętej i trzech cnót Bożych. Trójka uznawana jest za cyfrę boską również w innych, niemających semickich korzeni religiach.

"4" to cyfra przypisana ziemi i jej mieszkańcom. Opisuje ona wszystko, co doczesne, ziemskie; cztery strony świata, cztery pory roku, cztery kierunki wiatru i rodzaje stworzeń ziemskich. Cyfra ta pojawia się w tym kontekście już w opisie Edenu; miały tam swoje źródła cztery największe rzeki świata. Kontrast między światem boskim i ludzkim pokazuje również fakt, że Chrystus leżał w grobie 3 dni, a Łazarz o jeden dzień dłużej.

Piątka to coś ponad miarę, coś dodatkowego zaś szóstka przeciwnie, brak i niedostatek. To taka niepełna "zła siódemka". Według Apokalipsy to symbol sprzeciwu wobec Boga. Kiedy Bóg stworzył świat w sześć dni, to właśnie siódmego dnia odpoczywał, by osiągnąć tą perfekcyjną cyfrę. Ta z kolei oznacza absolut, pełnię, określa wszystko co Boskie a nie doczesne, śmiertelne. Siódemka jest sumą trójki i czwórki, a więc nieba i ziemi, ciała i duszy, doskonałą całością. Wiele praw danych od Boga opartych jest na siódemce, co sugeruje, że mają boskie pochodzenie.

Kolejną liczbą, do której bibliści przykładają szczególną wagę do liczba dziesięć. Dziesiątka stanowiła podstawę systemu liczenia, używana była w liczeniu jednostek miary, wagi itp. Dziesięć lub jej wielokrotność (sto, tysiąc, miriada) oznaczało w Biblii mnogość, wielość. Od pitagorejczyków zaczerpnięto myśl, że jest to suma czterech pierwszych liczb (1+2+3+4=10), co oznaczać mogło pełnię lub doskonałość.

"Dwanaście" to kolejna kluczowa liczba biblijna. Przewija się wielokrotnie tak przez Stary, jak i Nowy Testament. Tyleż było synów Jakuba, pokoleń Izraela, apostołów, gwiazd w koronie apokaliptycznej Niewiasty (dziś jest to symbol Unii Europejskiej). To właśnie w Apokalipsie św. Jana dwunastka znalazła szczególne zastosowanie. Jest to bowiem liczba dopełnienia, końca, ostatecznego rozwiązania. Najmłodszy z ewangelistów wspomina ją m.in. w opisie Nowego Jeruzalem. Miasto to miało mieć 12 bram, z których każda wykonana była z dwunastu pereł, dwunastu aniołów stróżów, dwunastu fundamentów z wypisanymi imionami tyluż apostołów. Stojące pośrodku miasta drzewo życia da co miesiąc dwanaście rodzajów uzdrawiających narody owoców. Iloczyn 12x12x1000 to 144 000, czyli liczba przyszłych zbawionych.

Newton, Madonna i da Vinci

W ciągu wieków powstało wiele systemów próbujących rozszyfrować zawarty rzekomo w Biblii kod. Jednym z nich jest gematria, dawniej nazywana psychologią matematyczną. Opiera się ona na zasadzie przyporządkowania literom alfabetu hebrajskiego liczb. Konwertowane w ten sposób słowa i zdania poddawane są psychologicznej lub mistycznej interpretacji. Gematria używana bywa najczęściej przez chasydzkich interpretatorów Tory. Kodując w ten sposób imię Jezus otrzymać można liczbę 888. Co więcej, każde inne określenie Bożego Syna (Emanuel, Chrystus, Zbawiciel) również podzielne jest przez 8.

Imię szatana natomiast, tak po hebrajsku jak i grecku, jest iloczynem liczby 13 (odpowiednio 364 i 2197). To samo odnosi się do innych diabelskich imion: Belzebub, Lucyfer i Belial. Za liczbę diabelską uważa się także 666. Występuje ona w Biblii aż trzy razy, ale najczęściej przywołuje się ją w kontekście naszpikowanej symboliką Apokalipsy (Ap.13,18). Święty Jan miał tu najpewniej na myśli ludzkie przywary takie jak przywiązanie do dóbr materialnych (hebrajskie itheron to w kabale pożytek, zysk). Trzy szóstki to zaprzeczenie boskich liczb: jeden, trzy i siedem, symbol apokaliptycznej Bestii. Bibliści utożsamiają 666 z Neronem, Cesarstwem Rzymskim i papiestwem. Sataniści natomiast używają jej jako symbol nienawiści i pogardy wobec chrześcijaństwa.

Ciąg trzech szóstek to również przeciwieństwo liczby najświętszej "777", którą tłumaczy się jako skierowane do Boga zawołania "Święty, Święty, Święty". Adam Mickiewicz miał w "Dziadach" również posłużyć się gematrią, nazywając zbawcę narodu tajemniczym "44". Liczbowanie jest też częścią praktyk kabalistycznych, tajemnych nauk mistyki żydowskiej. Na kabale, którą praktykuje m.in. Madonna bazuje w pewnym stopniu teoria nazywana Kodem Biblii, według której w oryginalnej, hebrajskiej wersji tekstu zaszyfrowane są zapowiedzi wybuchu drugiej wojny światowej, Holokaustu i zamachu na Kennedy’ego. Co ciekawe, ten nie mający żadnego poparcia wśród oficjalnej nauki system stworzony został przez jednego z najwybitniejszych ludzi nauki, sir Isaaca Newtona. Twórca m.in. teorii ciążenia obliczył na podstawie analizy tekstu biblijnego, że koniec świata nastąpi w roku 2060.

Dziś doszukiwanie się drugiego dna Biblii jest domeną zapaleńców, poszukiwaczy przygód i pisarzy. Ostatnią głośną sprawą z tajemnym kodem w tle była książka "Kod Leonarda da Vinci" brytyjskiego pisarza Dana Browna. Sprzedana w milionach egzemplarzy i przetłumaczona na ponad 30 języków wywołała ostrą krytykę ze strony władz Kościoła. Mimo to, wielu ludzi na świecie widzi w tekście Biblii nieodgadnioną zagadkę.

Pisząc tekst, korzystałem z:
Słownik wiedzy biblijnej (red. B.M. Metger, M.D. Coogan, Warszawa 1996),
Słownik obrazów i symboli biblijnych (M. Lurker, Poznań 1989)
101 Bible Secrets That Christians Do Not Know, (Ernest L. Martin, Portland 1993)
Andrzej Wierciński "Przez wodę i ogień. Biblia i Kabała"

http://religia.onet.pl/pu...boga,34899.html

Van Worden - 2012-03-16, 14:03

Musimy coś zrobić - UFO wysysa nam słońce!

Cytat:
UFO wysysa Słońce?

NASA uchwyciła tajemnicze zjawisko na Słońcu. Czy jest to zwyczajny wybuch plazmy, czy uzupełniający paliwo statek kosmitów?


Od początku marca Ziemię bombarduje niezwykle silny wiatr słoneczny. Nic w tym dziwnego, skoro nasza życiodajna gwiazda weszła w okres wzmożonej aktywności, którego apogeum przypadnie na rok 2013.


NASA, która skrupulatnie obserwuje trwającą obecnie burzę słoneczną, zarejestrowała tajemnicze zjawisko, które na pierwszy rzut oka przypomina koronalny wyrzut masy (olbrzymi obłok plazmy wyrzucany w przestrzeń międzyplanetarną). Jest jednak coś nietypowego w tym konkretnym przypadku, bowiem strumień naładowanych cząstek zdaje się trafiać bezpośrednio do kulistego obiektu znajdującego się w niebezpiecznie bliskiej odległości od Słońca.

Pojawiły się nawet insynuacje, że uchwycone UFO to statek kosmiczny przedstawicieli pozaziemskiej cywilizacji uzupełniający zapasy energii/paliwa bezpośrednio ze Słońca. Naukowcy jak na razie nie są w stanie zaproponować lepszego wytłumaczenia zaobserwowanego fenomenu.

Obraz został zarejestrowany przez Solar Dynamics Observatory i przetworzony przez placówkę NASA, Goddard Space Flight Center. Opisywane zjawisko możecie zobaczyć je na poniższym materiale wideo:

http://www.interia.pl/gad...34,4232#android

emes - 2012-03-16, 16:03

Trzeba Brucea Willisa wysłać,niech im kota pogoni ;-)
jerzydom - 2012-03-16, 17:36

http://niewiarygodne.pl/k...gajticaid=6e1a2
Krzysztof - 2012-03-26, 20:19
Temat postu: Najdziwniejsze zniknięcia
Chyba wszyscy słyszeli kiedyś o Trójkącie Bermudzkim, który w niewyjaśniony sposób "wessał" wiele statków, a nawet samolotów. A tymczasem w kwestii zaginięć można opowiedzieć wiele innych ciekawych historii. Jak chociażby tę o zniknięciu całej wioski.

Przypadek Eskimosów

Zdarzenie to miało miejsce w 1930 roku w północnej części Kanady. Na terenie tajgi, w stosunkowo niewielkiej odległości od bazy wojennej Fort Churchill znajdowała się osada zamieszkana przez około trzydziestu Eskimosów.

Choć obszar ten charakteryzowały wyjątkowo nieprzyjazne warunki pogodowe, plemię nie zrażało się tym i wiodło spokojny żywot. Eskimosi nie mieli też nic przeciwko sporadycznym kontaktom z obcymi - tak było na przykład z Joe Labellem, traperem, który co jakiś czas pojawiał się w wiosce, by odpocząć przed dalszą podróżą.

Pewnego dnia, gdy Labelle wybrał się do wioski odkrył, że wszystkie namioty są puste, a w całej wiosce nie ma żywego ducha. Fakt, że plemię postanowiło przenieść się w inne miejsce nie byłby aż tak osobliwy, jednak takiemu wyjaśnieniu przeczyło wiele zastanych szczegółów.

Przede wszystkim w namiotach pozostały strzelby, bez których żaden Eskimos nie wybrałby się w drogę, zwłaszcza z kobietami i dziećmi. Co więcej, członkowie plemienia nie zabrali ze sobą swoich drogocennych psów - zamiast tego przywiązali je do drzew, gdzie zwierzęta umarły z głodu. Na terenie osady pozostały również wszystkie rzeczy należące do Eskimosów - ubrania, narzędzia oraz jedzenie.

Labelle udał się do siedziby Konnej Policji. Przybyli na miejsce funkcjonariusze potwierdzili jego przypuszczenia, że w wiosce zdarzyło się coś bardzo podejrzanego. Najdziwniejsze było to, że na jej terenie znaleziono charakterystyczny eskimoski grób, jednak ułożenie kamieni było zaskakująco niechlujne. Policjanci rozkopali go i odkryli, że wewnątrz nie ma żadnego ciała.

Wśród głównych hipotez wyjaśniających tajemnicze zniknięcie wioski znalazło się między innymi uprowadzenie przez UFO. Do dziś nie wiadomo z całą pewnością, co przydarzyło się Eskimosom.

Wymarsz żołnierzy

Historia zna przynajmniej kilka przypadków, gdy w trakcie bitew całe oddziały wojsk po prostu rozpływały się w powietrzu, a żołnierzach już nigdy nikt nie słyszał.

Do takiej sytuacji doszło na przykład na wzgórzach wokół Nankinu w Chinach. Było to w grudniu 1939 roku. Oddział składający się z niemal trzech tysięcy żołnierzy zajął miejsca w okolicznych okopach, by uniemożliwić Japończykom wydostanie się z miasta.

W pewnym momencie dowódca wojsk, Li Fu Sien stracił kontakt z żołnierzami na froncie. Problemy z łącznością trwały przez pół godziny. Po upływie tego czasu żaden z żołnierzy nie odpowiadał już na wezwanie, więc dowódca udał się na front by sprawdzić, co właściwie się stało.

Na miejscu odkrył, że nie ma tam nikogo. Nie było też ciał ani nawet śladów ucieczki lub walki. Jedyne, co pozostało na miejscu to dogasające paleniska i resztki jedzenia.

Nieopodal znajdował się jeszcze jeden oddział chińskich wojsk, który strzegł jedynego wyjścia z miasta. Żaden ze znajdujących się tam żołnierzy nie widział ani nie słyszał niczego niezwykłego. Ani jeden spośród niemal trzech tysięcy żołnierzy nie przeszedł koło nich. Nie było ich również w oblężonym przez Japończyków Nankinie. Do dziś nie wiadomo, co stało się z wojskiem. Pewne jest tylko to, że nikt nie widział już żadnego spośród zaginionych. Ani żywego, ani martwego.

Statek-widmo

Opowieści o okrętach, które nie docierają do celu, a ich wraków nie udaje się odnaleźć jest wiele. Znacznie mniej można jednak usłyszeć historii podobnych do tej, która dotyczy statku "Mary Celeste". Brygantyna wyruszyła z Nowego Jorku do Genui w 1872 roku. Na jej pokładzie znajdowało się 1700 beczek ze spirytusem.

Gdy statek znalazł się w okolicach Gibraltaru, podpłynęla do niego załoga innego okrętu. Po wejściu na pokład zorientowali się, że "Mary Celeste" jest zupełnie pusta. Nie było tam ani kapitana i jego żony ani żadnego z marynarzy. Nie znaleziono również ich ciał. Z pokładu nie zniknął jego załadunek ani też żadne inne sprzęty oraz rzeczy należące do załogantów. Nigdy nie wyjaśniono, co właściwie stało się na pokładzie "Mary Celeste".

Odejście dzieci

Wśród najciekawszych historii związanych z tajemniczymi zniknięciami znajduje się również przypadek dzieci z miejscowości Hameln. Dziś opowieść tę znamy pod postacią legendy o szczurołapie, jednak fakty historyczne wyraźnie pokazują, że coś dziwnego wydarzyło się tam naprawdę.

Legenda dotycząca zniknięcia dzieci głosi, że miasto walczyło z plagą szczurów, z którymi postanowiono rozprawić się za pośrednictwem szczurołapa. Mężczyzna używając swojego fletu wywabił gryzonie z Hameln, jednak za swoje usługi nie dostał zapłaty. W akcie zemsty, gdy dorośli znajdowali się w kościele, szczurołap muzyką wydobywającą się z magicznego instrumentu przywołał do siebie wszystkie dzieci i wyprowadził je z miasta.

W rzeczywistości dawne kroniki miasta donoszą, że w czasach Świętej Inkwizycji zniknęła nagle ponad setka małoletnich mieszkańców. Wśród hipotez na temat tego wydarzenia znajduje się między innymi teoria o zarazie, a także zbiorowej histerii. Jak było naprawdę nie wie jednak nikt.
Takich historii jest znacznie więcej, choć zazwyczaj dotyczą pojedynczych osób lub niewielkich grup. I nie chodzi tu o przypadki, które można skwitować stwierdzeniem: "wyszedł po papierosy i zaczął nowe życie". Znane są historie, gdy ktoś znikał na oczach świadków. Po prostu kichał, potykał się albo szedł i nagle... już go nie było. W kontekście takich zdarzeń czasem mówi się o teoriach dotyczących innych wymiarów, o kosmitach lub załamaniach czasoprzestrzennych. Prawdy niestety, jak to zwykle w podobnych przypadkach bywa, nie zna chyba nikt.

http://strefatajemnic.one...75,artykul.html

Van Worden - 2012-03-26, 21:05

Takie historie fajnie się czyta, ale zwykle zapomina się o tym, że najprostsze rozwiązania są najbardziej sensowne ;-) Nie znam/pamiętam opwieści o eskimosach i chińskich żołnierzach, ale w tekście o Mary Celeste i dzieciach z Hamelin jest sporo nieścisłości.
Nie jest prawdą, że z pokładu statku nie zginęło nic oprócz ludzi. Statek przewoził prawie 2000 beczek czystego spirytusu i po rozładunku okazało się, że brakuje ładunku w 9 z nich. W ładowniach znajdowało się dużo wody i widać było, że działała tylko jedna pompa, która ewidentnie była w użyciu podczas feralnego rejsu. Dodatkowo brakowało sekstansu, chronometru, a co najważniejsze szalupy co sugerowałoby, że statek opuszczono w pośpiechu w intencji płynięcia za nim (lina od szalupy była wciąż przywiązana do masztu a drugi koniec, przerwany był ciągnięty w wodzie za rufą). Oczywiście wciąż pozostaje tajemnicą co spowodowało, że załoga opuściła statek, ale ostatecznie możemy sobie wyobrazić o wiele bardziej wiarygodne scenariusze niż duchy czy porwanie przez UFO ;-)
Co do dzieci z Hameli to w pierwszych źródłach nie mówiło się o "tajemniczym" zniknieciu tylko o tym, że dzieci wyprowadził z miasta jakiś oszust, zapewne w intencji sprzedania ich dalej. Takie rzeczy się zdarzały. Wystarczy pamiętać, że nawet w XVIII wieku ginęły bez śladu całe populacje wiosek rybackich w Kornwalii. Osoby, które przychodziły do wioski rano nie zastawały żywego ducha.. Nie szukano jednak paranormalnych wyjaśnień bo wiadomo było, że ludzi tych porwali piraci berberyjscy, operujący z baz w Maroku i Tunisie 8-)
Dlaczego więc w przypadku Mary Celeste i dzieci z Hamelin powstało tyle kolorowych teorii, skoro mamy wczesne źródła, które sensownie tłumaczą co się stało? Otóż wszystkiemu winne jest pióro..literata. W przypadku Mary Celeste historię przerobił i "usensacjonalizował" Arthur Conan Doyle a dzieci z Hamelin w piękny sposób uwiecznili Bracia Grimm. Zapewne z eskimosami i Chińczykami było podobnie i wystarczy nieco "pogrzebać" żeby mieć sensowne wyjaśnienie tych zagadek :-)

GrzegorzB - 2012-05-20, 14:33

http://wiadomosci.onet.pl...,wiadomosc.html
"Setki Białorusinów zaczęły pielgrzymować do drzewa w strefie czarnobylskiej, na którym mieszkańcy dostrzegają wizerunek Matki Boskiej z dzieciątkiem."
Mieszkańcy pasa biblijnego (Podlaskie, Lubelskie, Podkarpackie) mają blisko. Ładna pogoda, paliwo na Białorusi tanie, można wyskoczyć i oddać pokłon :-)

jerzydom - 2012-05-21, 06:43

GrzegorzB proponuję ciekawszą wycieczkę :-D
http://przewodnik.onet.pl...33,artykul.html

GrzegorzB - 2012-06-08, 16:11
Temat postu: Matka Boska Płacząca
Oczywiście znowu na wschodzie:
http://wiadomosci.onet.pl...-wiadomosc.html

jerzydom - 2012-06-08, 18:44

GrzegorzB masz rację

http://www.thesaurus.com....p?p=67491#67491

jerzydom - 2012-06-08, 20:46

Dramat jasnowidza. Traci moc. Zdradził wynik meczu Polska-Grecja, ale nie trafił! :-D
http://euro2012.fakt.pl/Z...y,161993,1.html

uben - 2012-06-12, 16:09

W tym przypadku staje oko w oko z wynikiem a odpowiedź na pytanie ciekawskich musi być jednoznaczna . Lawirowanie pomysłami z typowaniem końcowego wyniku to tylko dwa wyjścia i łut szczęścia . Tym razem się nie udało ale następnym razem na pewno zabłyśnie i przypadkiem trafi tak jak oczekują jego sympatycy ;-)
jerzydom - 2012-06-14, 08:36

Rybacy wyławiają z Bałtyku poparzone ryby! Katastrofa ekologiczna na polskim morzu?

Co do tego, że coś strasznego dzieje się w Morzu Bałtyckim, jest coraz mniej wątpliwości. Po tym, jak pod koniec maja br. na jednej z plaż w rejonie Słowińskiego Parku Narodowego natrafiono na tajemniczą substancję, która pod wpływem ingerencji, np. za pomocą patyka, ulegała zapłonowi, teraz odnotowano kolejne tajemnicze zjawisko, które musi budzić niepokój. Rybacy wyławiają z Bałtyku coraz więcej zmasakrowanych ryb. Wiele wskazuje na to, że obrażenia powstają w wyniku kontaktu zwierząt z jakąś toksyczną, żrącą substancją.

O sprawie okaleczonych ryb zrobiło się głośno w ubiegłym tygodniu. Właśnie wtedy niektóre media nagłośniły relacje rybaków, którzy zaczęli się skarżyć, że do ich sieci trafia coraz więcej poranionych dorszy. Większość ryb wydobywanych w okolicy Władysławowa jest zakrwawiona. Poławiacze twierdzą jednak, że widoczne uszkodzenia nie powstały z pewnością w wyniku działań jakiegoś morskiego drapieżnika. Za najbardziej prawdopodobny uznają wariant, że zwierzęta zetknęły się z jakąś toksyczną substancją, która wywołała silne poparzenia.
Z luźnych szacunków wynika, że nawet co drugi dorsz pochodzący z połowów, które miały miejsce w ostatnich tygodniach, jest uszkodzony. Pojawiło się już kilka hipotez, które stanowią próbę rozwiązania niepokojącego zjawiska. Zdaniem niektórych rybaków, za makabryczną anomalią stać mogą toksyczne substancje, które zalegają na dnie Bałtyku, a trafiły tam podczas II wojny światowej. Pojawiają się też głosy, iż za sytuację odpowiada któryś ze statków przemierzających wody Bałtyku i transportujący niebezpieczne chemikalia - poinformował serwis "Zmiany na Ziemi", powołując się na doniesienia "Dziennika Bałtyckiego".

Udało nam się dotrzeć do wypowiedzi pana Darka, który również regularnie łowi ryby w okolicach Władysławowa. Jak sam mówi, podczas jednej z ostatnich takich wypraw złapał kilka poparzonych dorszy: "Te rany są charakterystyczne. Jakbyś wylał coś żrącego na skórę. Czerwona krosta lub duża plama" - powiedział rybak.
W próbie interpretacji tajemniczego zjawiska prześcigają się też internauci, którzy na własną rękę próbują rozwiązać zagadkę, wymieniając się opiniami na forach specjalistycznych: "(...) niestety te rany (...) nie są urazami mechanicznymi . W niektórych przypadkach przypominają 'posocznicę u karpiowatych'" - napisał jeden z internautów. "Przy 1-ej szt. też myślałem, że to może rana mechaniczna i się zbyt nie przejąłem, ale przy kolejnych i to już rozległych ranach się temu trochę bardziej przyjrzałem . (...) te rany nie są pochodzenia ani mechanicznego, ani chorobowego typu bakteria czy też wirus".

Co ciekawe, służby odpowiedzialne za monitorowanie sytuacji odmówiły na razie wszczęcia postępowania wyjaśniającego sytuację. Ten stan zmieni się być może, kiedy tego typu incydentów będzie więcej.
Zagadka poranionych ryb to kolejne w ostatnim czasie frapujące zjawisko, które ma miejsce w obszarze Morza Bałtyckiego. Pod koniec maja zaniepokojenie wzbudziła substancja, którą znaleziono na plaży w Czołpinie, na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. Tajemnicze chemikalia znajdowały się na obszarze rozciągniętym na odcinku 13 kilometrów.

"Wojskowi chemicy stanowczo wykluczyli, że substancje odnalezione na plaży były pochodzenia bojowego. Ich dokładna geneza nie jest jeszcze znana. Między innymi dlatego wszelkie dalsze decyzje dotyczące naszego postępowania na tym odcinku zostaną podjęte dopiero w piątek, tj. 25 05 2012 roku, kiedy kolejny raz dokonamy dokładnego sprawdzenia skażonego pasa plaży" - powiedział przed trzema tygodniami w rozmowie z Wirtualną Polską szef Urzędu Morskiego w Słupsku

Opublikowane kilka dni temu wstępne wyniki analiz wykazały, że substancją, która zalegała nad morzem, był prawdopodobnie fosfor - poinformował serwis tvn24. W czasie akcji zebrano aż 720 litrów tej trucizny.

(rc/ac)
http://niewiarygodne.pl/k...gajticaid=6ea08

jerzydom - 2012-06-15, 06:49

Badacze: kości znalezione w Bułgarii mogły należeć do Jana Chrzciciela

Czy fragmenty kości znalezione w bułgarskim klasztorze z X wieku to rzeczywiście relikwie św. Jana Chrzciciela? Naukowcy twierdzą, że znaleźli nowe dowody potwierdzające tę teorię.
Kości palca, czaszki oraz ząb odkryto w relikwiarzu umieszczonym pod podłogą zrujnowanego klasztoru na czarnomorskiej wyspie św. Iwana.

Grupa badaczy z Oksfordu po dokładnej analizie znaleziska orzekła, że kości palca na pewno pochodzą z pierwszego wieku naszej ery. Wtedy właśnie miał żyć św. Jan Chrzciciel. Z kolei eksperci z Kopenhagi zbadali DNA szczątków i wykazali, że należały one do jednej osoby: mężczyzny pochodzącego z Bliskiego Wschodu.

Nowe dowody nie przesądzają o niczym, ale zdają się potwierdzać pierwszą teorię dotyczącą pochodzenia kości, którą przedstawili bułgarscy archeolodzy. To oni w 2010 r. znaleźli niewielką, zapieczętowaną skrzynkę zrobioną z utwardzonego popiołu wulkanicznego. Na jej powierzchni znajdowały się greckie inskrypcje wymieniające imię Jana Chrzciciela.
http://wiadomosci.gazeta....ly_nalezec.html

jerzydom - 2012-06-17, 07:39
Temat postu: Przegraliśmy - Armageddon
Taki będzie Armageddon
Maria Rąbek
Katastrofy naturalne, konflikty światowe, głód i epidemie. Wszystko to odczytywane jest przez wyglądających końca świata ludzi na całym świecie jako symbole nadejścia końca dziejów. Chrześcijaństwu myśl eschatologiczna towarzyszyła od momentu powstania religii. Jak wyglądać będzie ten dzień i kiedy nastanie?
Armageddon na bieżąco

Myśli o końcu świata zakorzeniona była w chrześcijaństwie od zawsze. Po części jest to scheda po proroczych wizjach Starego Testamentu. Już współcześni Jezusowi żyli w przekonaniu, że należą do ostatniego pokolenia ludzkości. W cieniu Sądu Ostatecznego powstały największe arcydzieła sztuki, dokonywały się przewroty polityczne i światopoglądowe.

Jednym z filarów chrześcijaństwa jest wiara nastanie Królestwa Bożego. Według zamieszczonych w Piśmie Świętym opisów będzie to kraina wolna od wszelkich trosk doczesnych, gdzie „dziecię włoży rękę do nory kobry, krowa będzie żyła obok niedźwiedzicy, wilk obok baranka” (Iz 11, 6-8). By to mogło nastąpić, „ten” świat musi przeminąć, ustąpić miejsca Nowemu Jeruzalem. Marzeniem każdego chrześcijanina jest znaleźć się w gronie wybrańców, którzy w nim zamieszkają. Problem polegał jednak na tym, że nikt nie wiedział, kiedy nadejdzie dzień paruzji, ponownego przyjścia Chrystusa. Każdy znak na niebie, każda katastrofa naturalna i wojna, każda data zinterpretowana być mogła jako znak nadchodzącego Końca świata. Żyjący w ciągłej niepewności, nie znający dnia ani godziny wierni modlitwą, postem i jałmużną przygotowywali się do Sądnego Dnia. 2000 lat chrześcijaństwa przypomina z tej perspektywy siedzenie na beczce prochu.

Współcześni Jezusowi utożsamiali cesarza rzymskiego z Antychrystem, wróżyli jego rychły upadek. Nic takiego jednak nie następowało. Namiastkę końca dziejów chrystianizowana powoli Europa przeżyła w V wieku, kiedy Wieczne Miasto zdobyte zostało przez przybyłych ze wschodu barbarzyńców. Ci jednak szybko przyjęli wiarę podbitych ludów i dołączyli do wypatrujących ponownego przyjścia Pana. Powszechny strach powrócił około roku 1000, który miał być datą graniczną. Kiedy w roku tym nic, poza falą głodu, zarazy i klęsk żywiołowych się nie wydarzyło, suspens przeniesiono na 1000 rocznicę krzyżowej śmierci Jezusa. Data 1033 rozczarowała jednak katastrofistów.

Przez kolejne wieki chrześcijanie z niecierpliwością jakby wyczekiwali paruzji. Znakami jej bliskiego nadejścia miały być najazdy muzułmanów, upadek Konstantynopola, wystąpienie heretyka Marcina Lutra, rewolucja cromwellowska i francuska, wojny napoleońskie i oczywiście totalitarne systemy XX wieku.

Chrześcijańskie wizje eschatologiczne stanowiły niewyczerpane źródło artystycznej inspiracji. „Sąd Ostateczny” Michała Anioła w watykańskiej Kaplicy Sykstyńskiej, przechowywany w Gdańsku tryptyk Hansa Memlinga, czy bardziej współczesne dzieła, takie jak choćby „Krzesła elektryczne” Andy’ego Warhola to widziane oczami wielkich malarzy obrazy ponownego przyjścia Chrystusa.

Przyjdź królestwo Twoje

Głównym źródłem wiedzy o tym, jak wyglądać będzie koniec dziejów jest Pismo Święte. Najbardziej rozbudowany opis dnia Sądu Ostatecznego stworzył na wyspie Patmos św. Jan Ewangelista. Katastroficzna wizja ucznia umiłowanego to rozwinięcie starszego o 600 lat opisu zostawionego przez proroka Daniela. Niezwykle skomplikowany system symboli to najbardziej tajemniczy fragment Biblii. Za pomocą licznych, niejednoznacznych metafor opisuje Apokalipsa (gr. apokalipsie – objawienie) ostateczną walkę Dobra ze Złem oraz nastanie nowego porządku.
Co dziać się będzie owego sądnego dnia? Wszystko rozegra się przed tronem Boga. Bohaterami sądnych zdarzeń będą Baranek Paschalny, czterej jeźdźcy Apokalipsy, zastępy anielskie, smok i walcząca z nim niewiasta oraz utożsamiana z Szatanem Bestia. Zbawione dusze wybrańców ocalałych z apokaliptycznej pożogi zamieszkają w Nowym Jeruzalem, zesłanym z nieba idealnym mieście.

Armageddon, czyli co?

W Apokalipsie Janowej, zwanej również Księgą Objawienia, pojawia się nazwa miejsca, w którym rozegra się ostateczna walka sił Dobra i Zła. W 16 wersecie czytamy „I zgromadziły ich na miejsce, zwane po hebrajsku Har-Magedon.” (Ap 16,16). Bibliści utożsamiają je z położonym w Palestynie miastem Megiddo, w okolicach którego stoczono kilkadziesiąt krwawych, kluczowych dla losów świata bitew. Na przestrzeni wieków ginęli tu Rzymianie, Muzułmanie, Krzyżowcy, Brytyjczycy i Żydzi. Nazwę tę, ze względu na uwarunkowania historyczne, tłumaczy się jako „góra zgromadzenia wojsk”.

Właśnie tam, na środku pustyni, rozegrać się ma ostateczna bitwa między Bogiem a niepokorną ludzkością.

Każda z licznych tradycji chrześcijańskich do tematu końca świata podchodzi nieco inaczej. U Świadków Jehowy jest to motyw szczególnie mocno obecny i eksponowany. Wydawane przez nich oficjalne dokumenty nastanie Królestwa Bożego nazywają „końcem tego systemu rzeczy”. Podczas Armagedonu zginą wszyscy za wyjątkiem Świadków Jehowy, a szczególnie uprzywilejowana grupa 144 000 wybrańców osądzać będzie wspólnie z Jezusem grzechy ludzkości. Według członków tego związku wyznaniowego czterej ewangeliści przekazali przyszłym pokoleniom dokładne wskazówki, którymi mają się kierować wypatrując sądnego dnia. Mają to być m.in. trzęsienia ziemi, działalność fałszywych proroków, rujnowanie ziemi i wzrost bezprawia. Każde z tych zdarzeń w oczach Świadków Jehowy przybliża ludzkość do „dni ostatnich”. Wtedy to Szatan i demony zostaną uwięzione w otchłani a na ziemi, podobnej do biblijnego Raju będzie miejsce tylko dla sprawiedliwych wybrańców Bożych. Po tych wydarzeniach wierni Jehowie zaczną panowanie na ziemi od uprzątnięcia gruzów starego świata 2 miliardów ciał tych, którzy nie godni byli pozostać przy życiu.

Eschatologia i wyglądanie końca świata zajmuje w tym systemie wierzeń miejsce szczególne. W poczuciu Świadków Jehowy będzie to wydarzenie radosne, bo zapoczątkuje na ziemi okres szczęścia i dobrobytu, wolności od wszelkich trosk. Stąd zapewne Jehowi wielokrotnie już zapowiadali konkretną datę Armagedonu. Od powstania w 1872 roku miał on nastąpić w 1878, 1914, 1918, 1972, 1975, 2000 roku. Na progu trzeciego tysiąclecia doznali oni jednak kolejnego rozczarowani. Czy ich marzenie spełni się w 2034 roku, w którym teraz pokładają nadzieję?

Wizja końca dziejów od zawsze rozpalała umysły nie tylko chrześcijan. Swoją wersję biblijnego Armageddonu stworzył każdy system religijny. Katastrofiści, z niepokojem śledzący wszelkie znaki na niebie i ziemi, ostrzegają – Nie znacie dnia, ani godziny! A rok 2012 to data szczególnie przez nich dyskutowana. Już za kilka miesięcy, 23 grudnia 2012 roku został wskazany przez pradawny kalendarz Majów jako „ten dzień”. Czy tym razem jest się czego obawiać?
http://religia.onet.pl/pu...2698,page1.html

jerzydom - 2012-06-20, 09:07
Temat postu: Mężczyzna stracony za uprawianie czarów
Mężczyzna stracony za uprawianie czarów

Wyrok śmierci na mężczyźnie skazanym za czary i cudzołóstwo wykonano w Arabii Saudyjskiej - poinformował tamtejszy resort spraw wewnętrznych. Karę śmierci zwykle wykonuje się w Arabii Saudyjskiej przez ścięcie.

Saudyjczyk Marih bin Ali Issa al-Asiri - praktykował czary i czarnoksięstwo, był w posiadaniu książek i talizmanów, z których uczył się szkodzenia wyznawcom Boga oraz przyznał się do cudzołóstwa z dwoma kobietami - podkreślono w oświadczeniu MSW.

Asiri został stracony w prowincji Nadżran w pobliżu granicy z Jemenem.

Agencja Reutera odnotowuje, że w zeszłym roku w Arabii Saudyjskiej, gdzie sędziowie trzymają się surowych zasad wahhabizmu (religijnego ruchu fundamentalistycznej odnowy islamu), w zeszłym roku za czary ścięto mężczyznę i kobietę.

Według organizacji obrony praw człowieka Amnesty International w ubiegłym roku wykonano w Arabii Saudyjskiej 82 wyroki śmierci.

(JD)
http://wiadomosci.onet.pl...,wiadomosc.html

GrzegorzB - 2012-06-25, 12:55

Kolejne docelowe miejsce zstąpień, objawień i uzdrowień.
Poza tym, niekwestionowane krajowe wydarzenie kulturalne roku.
Tego człowiek słowami nie opisze, to trzeba zobaczyć!
http://wiadomosci.onet.pl...ortaz-maly.html
:shock: :shock: :shock: :shock: :shock: ....

jerzydom - 2012-06-26, 07:21

GrzegorzB z pozdrowieniami zapraszam na kolejkę linową :-D
http://warszawa.gazeta.pl...now__Trasa.html

jerzydom - 2012-06-26, 08:22

http://wiadomosci.onet.pl...,wiadomosc.html
jerzydom - 2012-06-27, 19:38

Cudowne źródło w Gietrzwałdzie
http://www.rp.pl/artykul/...trzwaldzie.html

jerzydom - 2012-07-01, 08:27

Kościół w Niemczech ma problem. Coraz częściej przegrywa przed sądem
http://www.dw.de/dw/article/0,,16062590,00.html

GrzegorzB - 2012-07-03, 13:00

jerzydom napisał/a:
Cudowne źródło w Gietrzwałdzie
http://www.rp.pl/artykul/...trzwaldzie.html

Powinni butelkować. Albo nabijać tym kieszonkowe atomizery, żeby co niektórzy "świecznikowcy" mogli sobie zraszać głowy. Przez cały rok, nie tylko w upalne dni :) Tylko czy im by się wręcz nie pogorszyło od tego :lol:

jerzydom - 2012-07-03, 18:13

GrzegorzB wiara cuda czyni :-D
jerzydom - 2012-07-08, 13:49

To nie koniec polskiego Roswell
Mikołaj Podolski
Piktogramy już się nie pojawiają, turyści i dziennikarze przestali przyjeżdżać, na inwestycje nie było pieniędzy, a grupy ufologów się pokłóciły. Mimo to mieszkańcy Wylatowa dalej dążą do promocji poprzez UFO, a na niebie wciąż da się zauważyć dziwne obiekty.

Miejscowość znajduje się w powiecie mogileńskim, w połowie drogi między Toruniem a Poznaniem i liczy ledwie sześciuset mieszkańców. A jednak mówi się, że to położone pięć kilometrów dalej 12-tysięczne Moglino leży pod Wylatowem, a nie Wylatowo pod Mogilnem. Bo właśnie ta polska wieś stała się odpowiednikiem polskiego Roswell, miejsca kojarzonego z przybyszami z kosmosu.

A miało być tak pięknie
Nikt nie wie kiedy dokładnie się to zaczęło. Jedna z bardziej wiarygodnych historii dotyczy dziewczynki, która 40 lat temu, widząc zbliżające się światło schowała się w ziemniakach, a po wyjściu z ukrycia zobaczyła wygnieciony krąg w zbożu, zwany w środowisku ufologicznym piktogramem. Ale tego typu opowieści można było usłyszeć dopiero po 2000 r., kiedy na wylatowskim polu pojawił się pierwszy tego typu udokumentowany znak. Wtedy mieszkający tam ludzie przestali się bać posądzania o szaleństwo. Zaczęli mówić o światłach, awariach prądu, gaśnięciu samochodów podczas jazdy, strachu i uciekaniu w krzaki lub do traktorów przed statkami kosmicznymi. Niektórzy bali się wracać do domów.

Znaki w Wylatowie powstawały w latach 2000-2005. Większość na początku lata, między 20 czerwca a 25 lipca. Nadawano im nazwy, np. „Motylek”, "Krzyż" lub „Kwiatek”. O ile jeszcze w pierwszym roku do zjawiska podchodzono bardziej humorystycznie, to już rok później raczej z ciekawością. Do wsi zaczęły przyjeżdżać setki ciekawskich, nikt jednak na poważnie nie brał się za badania. Dopiero w 2002 r. prezes zajmującej się niewyjaśnionymi zjawiskami Fundacji Nautilus wynajął część domu Jerzego Szpuleckiego, położonego tuż przy polach, na których powstawały piktogramy. Wkrótce w tym budynku zamieszkało kilkadziesiąt osób. Tak powstała pierwsza baza badawcza zajmująca się tym fenomenem. Przez półtora miesiąca ludzie z bazy przyglądali się zjawiskom, dyskutowali o nich i patrolowali okolice. A mimo to piktogramy powstawały dalej. Do Wylatowa przyjeżdżały ogólnopolskie stacje telewizyjne. O wsi zrobiło się głośno, zaś rolnicy przestali zgłaszać szkody w uprawach policji, wietrząc szansę na zarobek dzięki kręgom. W ich pobliżu stanęły kampery i namioty. Przybywały osoby nie tylko z odległych zakątków Polski, lecz nawet z Niemiec, Anglii i Ameryki.

Z całą pewnością można stwierdzić, że co najmniej część piktogrmów była ludzkiej ręki. Tworzyli je, i to z powodzeniem, nawet sami badacze. - Ku naszemu bezgranicznemu zdumieniu okazało się dość szybko, że niektórych elementów kręgu nie jesteśmy w stanie wykonać – komentuje prezes FN. - Przykładem może być zadziwiający piktogram w kształcie okręgu, który powstał w Wylatowie w nocy z 2 na 3 lipca 2002 r., w którym kłosy nie przylegały bezpośrednio do ziemi, lecz były zgięte... kilkanaście centymetrów wyżej nad ziemią. Za pomocą sznurka i deski nie da się czegoś takiego zrobić, a naprawdę wielu próbowało.

Przekręcony fenomen

Dziś, z perspektywy czasu, łatwiej oceniać wylatowski fenomen. Teorii jest mnóstwo i ciężko już się w nich połapać. Podobnie nie da się też już dokładnie określić ilości historii dotyczących znaków na polach, z którymi ludzie wiążą swoje losy. Przykładowo po upublicznieniu zdjęć piktogramu z 2000 r. o nazwie „Krzyż” do Fundacji Nautilus zadzwonił mężczyzna, który w Lublinie wyłowił karpia o dokładnie takich samych wzorach po obu bokach, jakie można było zauważyć na piktogramie.

Nikomu jednak nie udało się wyjaśnić kto lub co wykonywało kręgi na polach. Nikt też nie wie dlaczego nagle przestały się pojawiać. - A może był to jakiś eksperyment socjologiczny, który miał na celu zbadanie zachowania ludzi, którzy przyjeżdżali w to miejsce? – domniemywa prezes Nautilusa.
W Wylatowie był również najbardziej znany polski jasnowidz Krzysztof Jackowski, próbując nawet odwieść prezesa od badań. Rozumiał jednak, że zjawisko wymaga sprawdzenia. - Już wtedy uważałem jednak, że kręgi wylatowskie to jakieś nieporozumienie i nadal tak uważam. Moim zdaniem to nie ma nic wspólnego z UFO i robią je ludzie, którzy dobrze się bawią obserwując całe zamieszanie – stwierdza. - Ja wcale nie neguję tego, że jakaś inteligentna forma życia zamieszkuje jeszcze kosmos, jednak nie sądzę, żeby wysoko rozwinięta cywilizacja, która przylatuje na Ziemię i ma taką technologię, że może pokonać czas i przestrzeń, kontaktuje się z nami wygniatając zboże.

Na podparcie swojej tezy opowiada mi historię prezentacji rzekomych fotografii statków kosmicznych w Wylatowie, zorganizowanej przez jednego z tamtejszych mieszkańców, która rozbawiła go do łez. - Tam było z 200 czy 300 zdjęć i na każdym UFO. Było tak wyraźne, jak gdyby ktoś fotografował swój samochód z bliska – wspomina. - Moi znajomi parsknęli śmiechem i wyszli. Ja także. Wracając do domu stanęliśmy przy pierwszej stacji benzynowej i zaczęliśmy się śmiać. Moi towarzysze komentowali „Krzychu, dziękujemy ci, że zabrałeś nas na taką fajną komedię w tak nudnych czasach”.

Anomalie wciąż są, ale mało medialne

Podobne do Jackowskiego zdanie o piktogramach ma mieszkający w pobliskim Inowrocławiu Rafał Nowicki. To on zabiera mnie do bazy umieszczonej w domu Jerzego Szpuleckiego. Mieści się na ostatnim piętrze, gdzie znajdują się trzy pokoje i legendarna już kuchnia, w której toczyły się kluczowe dla zjawisk rozmowy. Trudno sobie wyobrazić, że mieszkało tam kiedyś ponad trzydzieści osób. Na poddaszu stworzono swoiste centrum monitoringu, z komputerem i miernikami, a za oknem umieszczono dwie kamery pozwalające obserwować pola i niebo.

- Dziś nie wierzę by choć jeden piktogram pochodził od niewiadomych sił. Wszystkie są dziełem ludzi. Ale tak naprawdę w Wylatowie dzieją się o wiele ciekawsze rzeczy. Piktogramy są tylko marchewką dla mediów. To jest fajne, bo można to zobaczyć. To przyciąga ludzi i powoduje, że każdy tworzy swoje teorie. Tymczasem występują tutaj zakłócenia elektromagnetyczne i różne inne anomalie. Ale to nie jest już tak medialne, bo jak to pokazać? - pyta retorycznie Nowicki, pokazując wykresy.

To właśnie ten inowrocławski przedsiębiorca instalował urządzenia w wylatowskiej bazie i jest jedną z trzech osób, które obecnie na poważnie zajmują się zjawiskiem. Pozostała dwójka mieszka w Niemczech. Dokładnie obserwują nagrania. Potrafią odróżniać tor lotów samolotu, satelity, czy balonu. Wiedzą kiedy za światło obiektu kosmicznego odpowiedzialne są promienie słoneczne, a kiedy jest ono sztuczne. Ale wciąż ich coś zaskakuje, np. jedno dziwnie poruszające się po niebie światło, z którego nagle tworzą się dwa. Jak mówi Rafał Nowicki, obiekty mają różne kształty i poruszają się w różnym tempie. - To są przypadkowe spotkania, których oni wcale nie chcą. Bo oni tak naprawdę nie chcą się pokazać – przekonuje.

Najważniejszy mieszkaniec

Kiedy Nowicki pokazuje mi urządzenia w bazie, przychodzi Jerzy Szpulecki. Ten 66-letni rolnik jest najważniejszym mieszkańcem Wylatowa, znają go tam bowiem wszyscy, z jego ust można usłyszeć najbardziej niewiarygodne historie i to w jego domu znajduje się baza. Już z progu relacjonuje zdarzenie sprzed kilku dni z udziałem dwóch mieszkańców pobliskiej wsi. Mimo kuli, którą musi się podpierać, wszedł na samą górę budynku, bo nie chce by opowieść usłyszała jego żona, która uznałaby to za fanaberie. Mówi szybko, chaotycznie, ale z takim przekonaniem, jakby był naocznym świadkiem zdarzenia. Chodzi o latający obiekt w kolorze zachodzącego słońca.
Ale takich historii zna bez liku. Najbardziej lubi opowiadać swoją, choć ujawnił ją dopiero po dwóch latach od tego zajścia, ośmielony przybyciem ufologów. Pewnego dnia zobaczył, a nawet usłyszał światło, które miało utworzyć pierwszy piktogram. Mówiło do niego i wprawiło w dobry nastrój. Szpulecki wierzy, że otrzymuje przesłanie z przestworzy i potrafi przewidzieć wytworzenie się kręgów w zbożu. - Nie wiem czemu to przychodzi akurat do mnie – przyznaje.

Wymknęło się spod kontroli?
W trójce najbardziej zaangażowanych obecnie ufologów zajmujących się Wylatowem jest 48-letni Waldemar Czarnetzki. Pochodzi z Olsztyna, ale od piętnastego roku życia mieszka w Niemczech. Pierwsze piktogramy widział w Anglii na początku lat 90-tych, natomiast do położonej niedaleko Mogilna wsi przyjechał w 2002 r. i to miejsce fascynuje go do dziś. To on sprowadził tam niemieckiego badacza Gerharda Gröschela, a ten zdecydował o zainstalowaniu kamer na budynku.

Według Czarnetzkiego piktogramy i pojawianie się na niebie dziwnych świateł to wynik interakcji między ludźmi a nieznanymi nam jeszcze istotami. Nie wyklucza więc, że np. człowiek stworzy krąg w zbożu, a dopiero w wyniku tego zdarzenia pojawi się latająca kula. I odwrotnie: można pomyśleć o określonym kształcie, a potem zobaczyć efekt tych myśli w postaci kręgu na polu pełnym upraw. - Ale to nie tak, że można sobie zamówić dowolny piktogram, bo do tego potrzeba zaangażowania, powagi i dobrych intencji - wyjaśnia. - Istnieje zbieżność między naszym działaniem jako badaczy, a pojawianiem się tego fenomenu. Wygląda na to, że te istoty zwracają uwagę na naszą działalność i na nią reagują. Bo jak nazwać przybycie UFO 5 lipca 2011 r. po mentalnej prośbie, będącej medytacją w duchu, kiedy to trzykrotnie kule światła zjawiały się w przeciągu trzech minut? Czy to przypadek? Co to jest przypadek?

Jednak mieszkający w Niemczech ufolog nie jest pewien kim są przybysze i czy mają dobre intencje. Jedną z teorii, którą dopuszcza do siebie, jest i ta, że mogą to być nawet aniołowie. - Mogą przybywać ze światów wysoko rozwiniętej świadomości i duchowości, cywilizacji wyższej wibracji albo wprost z niebios, czyli ze świata, gdzie my, wierzący w Boga ludzie przypuszczamy, że on i jego cale armie i dusze się znajdują - domniemywa. Dodaje też, że jednym z powodów, przez które piktogramy już się nie pojawiają może być strach ludzi, którzy je robili: - Zauważyli z czasem, że to wymknęło im się spod kontroli i poruszyło całą lawinę zdarzeń, bo UFO pojawiło się naprawdę.

Obecnie jest tylko piwo

W Wylatowie nie ma już wozów kempingowych, namiotów, nie kręcą się tu wycieczki, nie przyjeżdżają co chwilę dziennikarze. Tak jest od kilku lat. - Już się ludziom sprzykrzyło – mówi Jerzy Szpulecki, zawieszając głos. - Szkoda, że już nie ma piktogramów – dodaje ze smutkiem 25-letni Hubert Pachała, wybrany rok temu na sołtysa wsi. - To bez wątpienia coś, co rozsławiło naszą miejscowość. Sam widziałem je na polach i wiem, że były dla wszystkich zagadką. Mieszka tu wiele osób, które naprawdę w to wierzą i twierdzą, że widziały dziwne zjawiska na własne oczy. Nie przypuszczam żeby to wymyśliły.

W domu Szpuleckiego spotykam jego zięcia, Ryszarda Kusza. Ten nalega, bym zobaczył... piwo. Wbrew pozorom ten napój mógłby przyczynić się do promocji miejscowości, na etykiecie widnieje bowiem – a jakże – latający spodek. - Robię już piąty rok to piwo. Zawiera całą gamę mikroelementów i witaminę B. Ma nawet właściwości lecznicze. Wypicie jednego dziennie bardzo dobrze wpływa na pracę nerek – zapewnia. Sam zakłada gospodarstwo agroturystyczne pod Rzeszowem i chciałby je serwować dla gości. Recepturę przekazał krewnym z Wylatowa i namawia ich na produkcję pod własną marką. Dlatego wydrukował naklejki z kosmitami.

Choć „Jasne Wylatowskie” byłoby bez wątpienia atrakcją dla przyjezdnych, wieś ma sporo innych atutów. Na przykład piękny drewniany kościół i jezioro. Sęk w tym, że mimo ufologicznego boomu i rekordowej liczby turystów w 2003 r., poza renowacją plaży w miejscowości nie zrobiono niemal nic, co mogłoby przyciągnąć żądnych kosmicznych wrażeń przyjezdnych. Dawniej mówiło się o budowie hotelu, ale temat upadł wraz ze zniknięciem piktogramów. Dziś w całym sołectwie nie ma tak naprawdę ani jednego gospodarstwa agroturystycznego z prawdziwego zdarzenia. Natomiast w ratuszu w Mogilnie zapewniają mnie, że co prawda urzędnicy pamiętają o Wylatowie, ale na inwestycje w tym miejscu nie ma obecnie pieniędzy i raczej nieprędko będą. Problemem jest też to, że nie ma już kręgów.

A i sami badacze są raczej niechętni nagłaśnianiu sprawy. Nie dość, że piktogramów nie ma, to jeszcze między grupami ufologów zrodził się spór, zaś różnej maści pseudonaukowcy zepsuli im opinię. Jeden z poszukiwaczy pozaziemskich istot wyjawił mi informację, że w Polsce jest jeszcze jeden teren, gdzie piktogramy pojawiają się z identyczną częstotliwością jak w Wylatowie i to od 7 lat, czyli od czasu, gdy przestały się pojawiać w powiecie mogileńskim. Teraz badacze skupiają się bardziej na tym miejscu i tym razem starają się tej sprawy nie nagłaśniać w mediach. Lokalizacji też nie chcą ujawniać.

Czemu prawie nikt o tym nie wie? - W Wylatowie więcej czasu zajmowało nam oprowadzanie wycieczek niż skupianie się na tym fenomenie – mówi jedna z osób związanych ze sprawą. - To zjawisko naukowe, a nie masowe. Rozgłos może tylko przysporzyć dodatkowych problemów. Poza tym ludzie przyjeżdżający do Wylatowa po prostu oglądali kręgi i wyjeżdżali. Byłem w Roswell i tam wygląda to zupełnie inaczej. W Stanach Zjednoczonych ludzie są bardziej zaciekawieni tym tematem i przede wszystkim bardziej otwarci. Nie kpią, nie pukają się w głowę robiąc śmieszne miny, choć o zjawisku nie mają pojęcia. Próbują to zrozumieć i poznać. U nas to bardziej ciekawostka czy wręcz śmiesznostka.

Szansa na Roswell wciąż istnieje

- Ta sprawa w niczym nie pomogła miejscowości – twierdzi z kolei miejscowy proboszcz Krzysztof Tarbicki. Podobnego zdania są starsi mieszkańcy, których pytam o opinię. - U nas nic nie ma. Ktoś sobie wymyślił UFO, to chociaż mógł być zysk dla nas, a tak to dalej tylko tiry tu jeżdżą i nic więcej – żali się jedna z mieszkających w Wylatowie emerytek.

Z kolei jeden z tamtejszych przedsiębiorców przypuszcza, że na turystach zarobił co najwyżej sklep spożywczy, choć o dużych pieniądzach marzyło wielu. Niektórzy próbowali czerpać zyski z opłat za wstęp na pola, inni ze sprzedaży pocztówek. Nic z tego nie wyszło. - Mieliśmy chociaż frajdę, że przyjeżdżało do nas tylu ludzi, ale ktoś musiałby tu poważnie zainwestować żeby wszyscy zarabiali – dodaje 41-letni Roman Woźniak, mieszkaniec wsi.

W Wylatowie nikt już jednak nie liczy na nowe piktogramy, mimo to ufolodzy dalej chcą monitorować teren i przeprowadzać eksperymenty. Wierzą, że uda im się ustalić skąd biorą się wciąż występujące tam dziwne, niewyjaśnione zjawiska. Natomiast szansa na gospodarcze ich wykorzystanie pojawiła się wraz z powstaniem lokalnego stowarzyszenia Impuls w 2011 r. Na razie ma pieczątkę i banner ze statkiem kosmicznym. Kolejnym krokiem mają być zawody we frisbee. - Wiadomo, że to kojarzy się z UFO. Te mistrzostwa powinny być u nas. Chcielibyśmy zacząć od małej imprezki, ale marzą mi się zawody na skalę ogólnopolską – nie ukrywa Sylwia Grabowska, prezes organizacji.

Prawdziwą szansą miałaby być jednak wioska tematyczna, oczywiście nawiązująca do fenomenu kręgów. Jeśli uda się pozyskać na nią fundusze, być może do Wylatowa znów będą ściągać tłumy turystów. A i może kosmici przylecą?
http://strefatajemnic.one...32,artykul.html

jerzydom - 2012-07-09, 13:19

Święte mleko z mlekomatu! 2 zł za litr!
Automat do sprzedaży mleka wrósł w lokalny pejzaż Kalwarii Zebrzydowskiej. Codziennie zaopatruje mieszkańców i turystów w świeży, zimny napój - czytamy w "Dzienniku Polskim".

Ojcowie bonifratrzy z Zebrzydowic w marcu ubiegłego roku wpadli na pomysł tego "interesu". W ekologicznym gospodarstwie rolnym mają 60 krów. Nie zawsze było co zrobić z nadmiarem białego napoju, a jest on wyjątkowo zdrowy - zwierzęta są na co dzień karmione naturalnymi paszami, wyhodowanymi na klasztornych łąkach i dają pyszne mleko. Mlekomat stoi w budynku przy ul. 3 Maja, tej, którą idzie się do sanktuarium oo. Bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej. Nad drzwiami do pomieszczenia widnieje wielki napis "Mlekomat".

Do zbiornika mlekomatu wchodzi naraz 130 litrów. Mleko jest utrzymywane w stałej temperaturze, około 3,5 st. C i ma 4 proc. tłuszczu. Aby je kupić, trzeba wrzucić do urządzenia wyliczoną sumę - 2 złote kosztuje litr; za pół litra trzeba zapłacić 1,5 złotego. Pod lejek mlekomatu można podstawić własną butelkę, byle miała szeroką szyjkę lub kupić nową w aptece bonifratrów za złotówkę, taką "firmową", z napisem "Mleko świeże z Zebrzydowic".
http://finanse.wp.pl/kat,...tml#czytajdalej

jerzydom - 2012-07-11, 14:16
Temat postu: Najmroczniejsze miejsce na świecie
Wyspa Gunkan-jima. Historia cierpienia i strachu
Japońska wyspa Gunkan-jima należy do najmroczniejszych miejsc na świecie. Znajduje się zaledwie 15 kilometrów od ponad 400-tysięcznego miasta Nagasaki, a mimo to jest zupełnie opuszczona. Dzisiaj znajdują się na niej tylko brzydkie, niezamieszkane osiedla. Co sprawiło, że tak się stało?
Nazwa Gunkan-jima oznacza "Wyspa Okręt Wojenny", choć tak naprawdę wyspa nie miała wiele wspólnego z militariami. Termin ukuł reporter lokalnej gazety, któremu wyspa wydała się podobna do okrętu wojennego sunącego po falach, głównie ze względu na mur ochronny, którym ją otoczono. Jej poprawna nazwa to Hashima, czyli "Wyspa Graniczna". Aż do 1887 roku nikt się nią nie interesował. Dopiero kiedy odkryto na niej złoża węgla, stała się bardzo cennym terytorium. W 1890 roku sprzedano ją koncernowi Mitsubishi, który postanowił na niej zarobić.

W 1916 roku przedsiębiorstwo wybudowało pierwszy 9-piętrowy wieżowiec, w których zamieszkali robotnicy mający pracować w kopalni. Do końca drugiej wojny światowej takich budynków wzniesiono 30. Na niewielkich rozmiarów wyspie zapełniono każdy skrawek terenu.
O tym, jak wyglądała Gunkan-jima najlepiej świadczy wskaźnik zagęszczenia ludności. Na 6-hektarowej wyspie populacja wynosiła ponad 5 tysięcy osób. Dla porównania, na podobną powierzchnię w jednym z najludniejszych miast świata, Meksyku, przypada 358 osób. W latach 70. to właśnie Gunkan-jima była najgęściej zaludnionym miastem świata. Więcej, była najgęściej zaludnionym obszarem w historii. Było tam tak mało miejsca, że nie wchodziło w grę jeżdżenie samochodem. Żeby pomieścić wszystkie budynki, w mieście stworzono system tuneli, korytarzy i klatek schodowych. Do niektórych miejsc praktycznie nie docierało światło.
Mimo ogromnego tłoku na wyspie znajdowało się wszystko potrzebne do życia: szkoły, szpital, sklepy, kina, restauracje, dwie świątynie, a nawet dom publiczny. Gunkan-jima była także więzieniem, do którego podczas II wojny światowej trafiło kilka tysięcy jeńców koreańskich i chińskich. Mieszkali w osiem osób w małym pokojach, stłoczeni jeden na drugim. Jako ubranie otrzymali worki po ryżu. Najgorsza była jednak praca w kopalni. Nie dość, że trwała długo i była bardzo wyczerpująca, istniało ciągłe zagrożenie wybuchem metanu. Szacuje się, że co miesiąc ginęło 5 górników.
Więźniowie żyli w atmosferze beznadziei i smutku. Na ich nastrój miało też wpływ otoczenie. Zostali umieszczeni w budynkach leżących na obrzeżach wyspy. Gunkaj-jimę otaczał ponadto 4-metrowy mur. Wielu więźniów nie mogło tego wytrzymać i skakało z okna do wody, chcąc dostać się na sąsiednią wyspę, Takashimę. Ginęli w odmętach fal. Więźniów zabijało także przemęczenie oraz niedożywienie. Jedynym wyjściem często było samobójstwo. W sumie na wyspie zmarło 1300 przymusowych robotników.
Pobyt na Gunkan-jimie przeżył Suh Jung-Woo, wtedy 14-letni Koreańczyk, zabrany siłą ze swojej wioski. Przed przyjazdem na wyspę, nie wiedział, co go czeka: "Miałem krewnych w Japonii. Myślałem, że to nieważne, gdzie zostanę wysłany. Będę w stanie uciec i znaleźć u nich schronienie. Ale kiedy tylko zobaczyłem Hashimę, straciłem wszelką nadzieję".

Mimo to wielu byłych mieszkańców wyspy dobrze wspomina okres na niej spędzony. Dotyczyło to japońskich robotników, którzy otrzymywali wynagrodzenie i pracowali w lepszych warunkach. Jednak z pewnością nie można powiedzieć, że ich życie było usłane różami. Na jedną rodzinę przypadał zazwyczaj jeden pokój o wielkości 10 metrów kwadratowych, z jednym oknem wychodzącym na inny szary blok. Łazienka oraz kuchnia były wspólne dla sześciu rodzin. Przydział mieszkań zależał jednak od hierarchii. Wyżej postawieni pracownicy mieli dwupokojowe mieszkania z kuchnią i łazienką. Na wyspie był nawet jeden dom jednorodzinny, w którym mieszkał kierownik przedsiębiorstwa Mitsubishi.

Dużym problemem na Gunkan-jimie był brak roślinności. Osiedle było zbudowane na gołej skale. To dlatego na wyspie nie rośnie ani jedno drzewo. Dopiero w latach 60. zaczęły powstawać pierwsze ogrody umieszczone na dachach wieżowców. Mieszkańcy mieli także inne problemy, czasami musieli martwić się o żywność, odzież i artykuły higieniczne. Mimo że na wyspie działało 25 sklepów, towary dostarczano spoza Gunkan-jimi. Każda burza wzbudzała w mieszkańcach wyspy obawę o własne życie.
Mimo ogromnego rozwoju przedsięwzięcia, Gunkan-jimę czekał smutny koniec. Węgiel został zastąpiony ropą naftową, która stała się głównym źródłem energetycznym kraju. W całej Japonii zamykano kopalnie. Ten los nie ominął również Hashimy. W 1974 roku wyjechała stamtąd ostatnia osoba. Z ogromnego osiedla mieszkaniowego pozostały tylko sypiące się budynki, które powoli zamieniają się w ruinę i przypominają mękę ich pierwszych mieszkańców.
Pod linkiem fotki do obejrzenia
http://niewiarygodne.pl/k...gajticaid=6ec96

jerzydom - 2012-07-13, 06:58

Wróg zaatakuje spod ziemi
Choe Sang Hun
New York Times
W Korei Południowej od lat trwają poszukiwania sekretnych podziemnych tuneli, przez które wrogi sąsiad z Północy może przeprowadzić inwazję. Tuneli szuka wojsko, ale też mała grupa amatorów głęboko wierzących w ich istnienie.
– Ludzie myślą, że jestem szalony – mówi Kim Dzin Czul, chrześcijański kaznodzieja przekonany, że północnokoreańscy żołnierze kopią tajemne tunele, które sięgają już nie tylko do Seulu, stolicy Korei Południowej, ale także do Hwasong, jego rodzinnego miasta położonego jeszcze 15 kilometrów dalej na południe. Pastor Kim służy tu wspólnocie złożonej z dziewięciu rodzin.

– Proszę wyobrazić sobie hordę północnokoreańskich żołnierzy wylewających się na ulice i biorących mieszkańców miasta za zakładników – dodaje 47-letni Kim, członek niewielkiej, ale oddanej sprawie grupki Koreańczyków z Południa od lat, a nawet dziesięcioleci, aktywnie poszukujących "tuneli inwazyjnych". Jak dotąd znaleziono tylko cztery takie tunele, wszystkie zresztą w latach 1974–1990 i bardzo blisko granicy. Od tego czasu nie wykryto już ani jednego, i to mimo tysięcy badań i odwiertów prowadzonych zarówno przez wojsko, jak przez ochotników takich jak Kim.
Choć "poszukiwacze tuneli" przez wielu uważani są za nieszkodliwych wariatów, ich obsesja dotyka tego, czego Koreańczycy z Południa najbardziej się obawiają: zamiłowania Północy do "schodzenia pod ziemię" i prowadzenia tam przygotowań do wojny. Taka strategia Korei Północnej wynika z faktu, że w czasie wojny koreańskiej w latach 1950–53 amerykańskie lotnictwo w krótkim czasie zrównało z ziemią większość północnokoreańskich instalacji wojskowych.

O "zagrożeniu spod ziemi" przypomniał w maju amerykański generał brygady Neil H. Tolley, dowódca sił specjalnych USA w Korei Południowej. W czasie konferencji na Florydzie powiedział on podobno, że Amerykanie podejrzewają Koreę Północną o zbudowanie tysięcy tuneli i innych podziemnych obiektów wojskowych. Jest wśród nich, jak mówił, 20 częściowo krytych lotnisk i tysiące doskonale zamaskowanych stanowisk artyleryjskich. Władze Korei Południowej twierdzą jednak, że choć nie ma pewności co do miejsc, w których prowadzono podziemne prace, tunele znajdują się tylko na terenie Północy.

Ministerstwo obrony Korei Południowej dodaje także, że wciąż poszukuje ewentualnych tuneli: prowadzi testowe wiercenia wzdłuż granicy i korzysta z zaawansowanych urządzeń do wykrywania dźwięku i drgań. – Nie ignorujemy żadnych, nawet najmniej prawdopodobnych informacji o nowych tunelach, bo ich wykrycie może zadecydować o losach ewentualnej wojny i przetrwaniu naszego kraju – odpowiedzieli przedstawiciele ministerstwa na nasze pytania dotyczące oskarżeń amatorskich poszukiwaczy tuneli. Dodali także, że z technicznego punktu widzenia wydrążenie tuneli sięgających tak daleko na południe, jak twierdzą ludzie pokroju Kima, jest po prostu niemożliwe. – Większość ludzi twierdzących, że odkryli tunele, używa kompletnie nienaukowych metod – podkreślali. – Jak dotąd wszystkie ich "odkrycia" okazały się pomyłkami.

Wśród "poszukiwaczy tuneli" są byli funkcjonariusze wywiadu wojskowego, chrześcijańscy pastorzy twierdzący, że lokalizację tuneli wskazał im sam Bóg, a nawet jeden na wpół ślepy katolicki ksiądz zarzekający się, że znalazł ich już 17 za pomocą różdżki – takiej, jakiej używają radiesteci.

"Tunelowa histeria" zaczęła się w roku 1974, kiedy patrol południowokoreańskiej straży granicznej zauważył smugę pary wydobywającą się spod ziemi. Przeprowadzone w tym miejscu wiercenia pomogły odnaleźć tunel sięgający około kilometra w głąb terytorium Korei Południowej. Północ do dziś wypiera się jakiegokolwiek związku z tego typu działaniami.

Koreańczycy z Południa utrzymują dwa ze znalezionych tuneli jako atrakcję turystyczną, mającą uzmysławiać kolejnym pokoleniom, że w 60 lat po zakończeniu wojny Korea Północna nadal jest poważnym zagrożeniem. "Słuchajcie uważnie!", mówi narrator w filmie wideo, który oglądają zwiedzający. "Może usłyszycie słaby odgłos silnika pracującego w ciemności? Dopóki zdarzają się takie prowokacje pod ziemią, nie będzie prawdziwego pokoju na powierzchni."

78-letni Li Dzong Czang, katolicki ksiądz i weteran w dziedzinie poszukiwania tuneli, wziął sobie te słowa głęboko do serca. – Robię to po to, aby zapobiec kolejnej wojnie, aby nikt już nie cierpiał i nie umierał – mówi.

Ksiądz Li opowiada, że kiedyś pomagał mieszkańcom wsi znajdywać wodę, posługując się różdżką, czego nauczył się od pewnego francuskiego misjonarza. W 1974 r. władze poprosiły jego i kilku innych cywili o pomoc w poszukiwaniu tuneli. W 1975 r. ksiądz Li znalazł drugi tunel, za co został uhonorowany medalem prezydenckim. Później setki razy wyruszał ze swoją różdżką na wyprawy na poszukiwanie tuneli – uznał to za misję od Boga. Władze kościelne miały na ten temat inne zdanie i w latach 1987–89 wysłały go na misje do Ekwadoru, ale to nie osłabiło jego determinacji.

Dziś ksiądz Li mieszka samotnie, cukrzyca sprawia, że powoli traci wzrok. Na podłodze jego mieszkania leżą dziesiątki map, na których widnieją ręcznie narysowane tunele rozgałęziające się pod terytorium Korei Północnej, pod Seulem. Niektóre z nich zatrzymują się pod szkolnymi boiskami, inne kończą się tuż przed ścianami tuneli metra – ostatnie kilka metrów ziemi, jak mówi ksiądz, będzie można szybko usunąć, kiedy Północ zdecyduje się na inwazję. – Za pomocą mojej różdżki widzę to, co jest pod ziemią, równie dobrze jak lekarz badający pacjenta za pomocą stetoskopu – przekonuje Li. – Niestety niektórzy ludzie, w tym także wojskowi, uważają, że jestem szalony…

Podejrzenia księdza Li i jemu podobnych podziela za to część uciekinierów z Korei Północnej. – Zawsze mówiono nam, że tunele są podstawową metodą infiltracji terytorium Południa – mówi Lim Czun Jong, który przez 16 lat służył w północnokoreańskich siłach specjalnych, a w 1999 r. uciekł na Południe. Kim Tae San, północnokoreański urzędnik, który uciekł z kraju w 2003 r., opowiada, jak jego krewni pracujący w wojskach inżynieryjnych mówili mu, że przekopanie się do tuneli seulskiego metra jest częścią planu inwazji na Koreę Południową.

Kaznodzieja Kim Dzin Czul żałuje, że Koreańczycy z Południa nie chcą dziś słuchać takich relacji. Dla młodszego pokolenia, mówi, tunele są co najwyżej reliktem Zimnej Wojny. – Moje wysiłki są jak rzucanie jajkiem o skałę – wzdycha, opowiadając o próbach zbierania funduszy na poszukiwania i nowe odwierty.

W ubiegłym roku na północ od Seulu odwierty prowadził za własne pieniądze pewien człowiek zaangażowany w poszukiwanie tuneli już od 20 lat. Jak dotąd bezskutecznie.

Zdarza się, że "poszukiwacze tuneli" zachowują się jak nałogowi hazardziści. Pożyczają na przykład duże sumy pieniędzy na finansowanie swojej pasji – czy też obsesji – a potem ukrywają się przed pożyczkodawcami, rozwodzą, mają poważne problemy.

Pastor Kim zaraził się "chorobą tunelową" (jak sam nazywa swoją pasję) w 2002 r., kiedy w jego mieście zaczął kopać inny poszukiwacz, niejaki Czung Dżi Jong. Kim poświęcił na poszukiwania pieniądze zaoszczędzone wcześniej na budowę nowego kościoła. Kiedy zaczynał pracę w Hwasong w 2000 r. jego zgromadzenie liczyło 80 osób. Dziś skurczyło się do 25.

– Czy mój Kościół jest w niebezpieczeństwie? – pyta retorycznie pastor Kim. I sam sobie odpowiada: – Być może, ale mojemu krajowi grozi większe niebezpieczeństwo. Tunele inwazyjne to ostatnia tajna broń Korei Północnej.
http://wiadomosci.onet.pl...-wiadomosc.html

jerzydom - 2012-07-14, 18:41

Dynamo - cudotwórca chodzący po wodzie
Mike Mulvihill / The Times

Potrafi latać, lewitować, chodzić po ścianach budynków i przechodzić przez szyby. Przeszedł też Tamizę – i zrobił to na piechotę. To człowiek, który umie chodzić po wodzie. Co jednak najbardziej imponujące: rozwiązuje krzyżówkę ”Timesa” w niecałe trzy sekundy.

Steven Frayne, znany też jako Dynamo, w dzieciństwie magią odpędzał swoich prześladowców. Dziś jest gwiazdą telewizji i Twittera.

Wiele trzeba, by zszokować mieszkańców Las Vegas. To w końcu miasto, w którym w jedno popołudnie można odwiedzić Wieżę Eiffela, Empire State Building, piramidy w Gizie i Plac Świętego Marka. Jednak gdy do miasta przybył Steven Frayne, nawet najbardziej zblazowani z lokalnych mieszkańców zdali sobie sprawę, że mają do czynienia z kimś wyjątkowym.
Frayne - lepiej znany pod pseudonimem Dynamo - jest brytyjskim iluzjonistą, który do perfekcji opanował sztukę zaskakiwania publiczności i na nowo odkrywa przed widzami uroki magii. Jest jak brytyjski David Blaine (z tą tylko różnicą, że nie zasiada w szklanej skrzyni obrzucanej jedzeniem przez pijanych londyńczyków) i pokazuje na ulicach sztuczki, które ludzi zadziwiają, szokują, a często też przerażają. Potrafi zamienić śnieg w diamenty a Fantę w Coca-Colę, potrafi ożywić papierowe motyle i stopić w rękach monety. Potrafi latać, lewitować, chodzić po ścianach budynków i przechodzić przez szyby. Przeszedł też Tamizę – i zrobił to na piechotę. To człowiek, który umie chodzić po wodzie. Co jednak najbardziej imponujące: rozwiązuje krzyżówkę ”Timesa” w niecałe trzy sekundy.

Jego magia oczarowała całą brytyjską publiczność. Pierwszy cykl programu ”Dynamo: Mission Impossible” okazał się wielkim hitem obejrzanym przez 1,7 miliona widzów i zdobył nominację do nagrody dla najbardziej popularnego programu rozrywkowego 2012 roku w brytyjskiej telewizji. Niedawno drugi rok z rzędu zdobył nagrodę za najlepszy program rozrywkowy Broadcast Digital Awards, co jest ogromnym wyróżnieniem dla programu nadawanego przez kanał Watch spoza oferty kanałowej Freeview. Wśród sławnych fanów Dynamo są Snoop Dogg, Rio Ferdinand, Tinie Tempah, Russell Brand i Gwyneth Paltrow.

Jednak siła Dynamo leży w serwisach społecznościowych. Ma przeszło 750 tysięcy fanów na Twitterze i tyleż samo przyjaciół na Facebooku, którzy stworzyli silnie związaną z nim aktywną grupę nazywającą się Dynamites. Niedawno zamieszczona na Twitterze wiadomość o jego planowanej wizycie w londyńskim centrum handlowym Westfield Stratford City spowodowała tak tłumne przybycie fanów, że trzeba było centrum zamknąć. Kiedy w zeszłym miesiącu pojawił się na festiwalu Whitehaven w Cumbrii, był zmuszony zmienić plany z obawy o swoje zdrowie i bezpieczeństwo, ponieważ na spotkanie z nim stawiło się 20 tysięcy ludzi. W XVII wieku pogromca czarownic Matthew Hopkins doprowadziłby do jego skazania przez powieszenie. W XXI wieku Frayne jest marzeniem marketingowców.

Teraz wraca do telewizji z drugim cyklem programów. Pokaże kolejne zdumiewające sztuczki w nowych egzotycznych miejscach, takich jak Rio de Janeiro, Wenecja, Los Angeles i Las Vegas. W tym ostatnim mieście dołączam do niego, by z bliska przyjrzeć się jego magii i porozmawiać z nim o jego błyskawicznej karierze.

Zasiadamy do lunchu w ekskluzywnym klubie Tao, wokół w najlepsze trwa impreza modelek ”Maxim”. Nie sposób nie myśleć z uznaniem o tym, jak daleko zaszedł Frayne od czasów swego trudnego dzieciństwa na osiedlu Delph Hill w Bradford, gdzie magia służyła mu za mechanizm obronny. 29-letniego dziś Frayne'a samotnie wychowywała matka. Ojciec stale wychodził z więzienia lub do niego wracał. Frayne przyszedł na świat z wrodzonym zapaleniem układu pokarmowego, tzw. chorobą Crohna.

Był niewielkim dzieckiem (nawet teraz ma niewiele ponad 152 cm wzrostu i 50 kg wagi) i stał się łatwym celem dla miejscowych łobuzów. - Dzieci dokuczały mi w szkole. Chłopaki mnie podnosili, wsadzali do śmietnika na kółkach i spuszczali go z góry – wspomina Frayne.
Szczęśliwie z pomocą pośpieszył jego dziadek Kenneth, który po II wojnie światowej pokazywał iluzjonistyczne sztuczki, by dostawać większe przydziały. Widząc, że jego 11-letni wnuk stale wraca do domu podrapany i posiniaczony, pokazał mu, jak odebrać ludziom siłę, tak by już nie mogli go podnieść (Frayne pokazał ją i mnie: w jednej chwili mogłem z łatwością go unieść, ale już w następnej przygwoździł mnie swoim przeszywającym spojrzeniem niebieskich oczu i nie mogłem go ruszyć. Dziwne uczucie).

- Już następnego dnia wypróbowałem to na chłopakach ze szkoły i żaden nie mógł mnie unieść. Trochę się przestraszyli i spanikowali, więc zaczęli opowiadać o mnie plotki w stylu ”Steven zwariował, ma nadludzkie moce”.
Zanim się obejrzał, z małego, prześladowanego dzieciaka stał się poważaną postacią. - Trochę się mnie bali, ale też fascynowało ich to, co robiłem. Każdy chciał, żebym na nim spróbował swoich sztuczek.

Frayne złapał iluzjonistycznego bakcyla i odkrył, że ma do magii naturalny dryg. Wraz z dziadkiem rozwijał pomysły i swoje umiejętności. Ponieważ dorastał na niebezpiecznym osiedlu mieszkań komunalnych i z obawy przed pobiciem nie mógł bawić się na podwórku, uciekał w świat swojej bujnej wyobraźni, spędzając godziny na samotnym doskonaleniu swojej sztuki.

Gdy opowiadam mu o słowach Malcolma Gladwella, który twierdzi, że aby zostać ekspertem w jakiejś dziedzinie, trzeba poświęcić 10 tysięcy godzin na ćwiczenia, z niedowierzaniem kręci głową i wybucha śmiechem. - 10 tysięcy godzin ćwiczeń? Ja poświęciłem setki tysięcy.

Niewątpliwie było warto, o czym przekonuję się na własne oczy, gdy ponownie ruszają zdjęcia do programu. Wielu ludzi, w tym także i ja, sceptycznie podchodzą do magii, przypisując jej widowiskowe efekty filmowej iluzji. Oglądanie występu Dynamo na żywo było więc dla mnie objawieniem. Na przyjęciu odbywającym się nad basenem w hotelu Venetian podszedł do pięciu dziewczyn świętujących wieczór panieński i poprosił jedną z nich o zdjęcie wisiorka. Wziął go, połknął i po minucie wyciągnął z boku brzucha.

Żadnych filmowych trików, przysięgam. Stałem tuż obok niego i na własne uszy słyszałem krzyki dziewczyn. Widziałem też, jak skołował graczy w pokera w kasynie Bellagio, klientów w restauracji Last Stop i parę biorącą ślub w Little White Chapel, która teraz zachodzi w głowę, jak to się stało, że Dynamo stoi na ślubnym zdjęciu pomiędzy nimi, skoro to on sam ich fotografował. Patrząc na jego występy z bliska, pamiętam o tym, że to nie może być prawda, ale nie potrafię wytłumaczyć, jak to robi. Praktyka rzeczywiście czyni mistrza.

Ma podpisany kontrakt ze stacją Watch (która wyłowiła go po występie na imprezie rozpoczynającej sezon UKTV) na ten i jeszcze jeden cykl programów. Jednak kanał nie będzie miał łatwego zadania, jeśli będzie chciał o niego później walczyć. Channel 4 i Sky1 od dawna już węszą, a też zapotrzebowanie na występy na żywo jest coraz większe. Co by się jednak nie działo, Frayne po prostu cieszy się sukcesem i życiem, jakie zawdzięcza magii.

- Może i nie miałem najlepszego dzieciństwa, ale za to dorosłe lata mam zupełnie niesamowite. Szczęśliwie pierwsza telewizyjna seria odniosła sukces, mnóstwo ludzi ją obejrzało i teraz dalej śledzi moje poczynania. Jako dziecko starałem się robić wiele rzeczy, ale nie miałem ojca, który by mnie akceptował, a w szkole byłem szykanowany. Wszyscy mówili: ”dziwny z ciebie dzieciak, nie powinieneś robić takich rzeczy, znajdź sobie normalną pracę” albo ”jesteś za mały, zawsze będą się ciebie czepiać”. Wszystko było na ”nie”. Ale ja wytrwałem pomimo przeciwności. Mam teraz swoją normalną rodzinę, a dodatkowo parę milionów ludzi w sieci, którzy interesują się moimi losami, i miliony, które oglądają mój program w telewizji. Czuję więc, że stworzyłem naprawdę wielką rodzinę i że wreszcie jestem trochę akceptowany.

Niestety sukcesami Frayne'a nie będzie już mógł cieszyć się jego dziadek, który zmarł w tym roku w wieku 84 lat. - Bez niego nie byłbym tu, gdzie jestem, więc wszystko, co od dziś zrobię, będę robić dla niego. Mam nadzieję, że w niebie mają telewizję i dziadek będzie mnie oglądał. Może razem z Houdinim. O, to byłoby coś!
http://strefatajemnic.one...44,artykul.html

jerzydom - 2012-07-14, 19:07

Cuda, nawrócenia i uzdrowienia :-D
Polacy szukają odnowy duchowej. Tysiące ludzi modlą się wspólnie z przyjeżdżającymi do nas charyzmatykami

Tego lata gości w Polsce kilku słynnych charyzmatyków. Prowadzą rekolekcje, modlitwy o uzdrowienie duszy i ciała. Na spotkaniach z nimi zawsze są tłumy, więcej jest chętnych niż miejsc. W przyszłym roku spotkanie z jednym z nich odbędzie się na Stadionie Narodowym w Warszawie.

W tym tygodniu nasz kraj odwiedza syryjska mistyczka i charyzmatyczka Myrna Nazzour. Była już w Gliwicach i Krakowie, sobotę spędzi w Mogilnie na Dniach Benedyktyńskich. Gościem honorowym będzie tam także kardynał Józef Glemp. Dominik Tarczyński, prezes stowarzyszenia Wspólnota Katolików Charyzmatycy.pl, na zaproszenie którego przyjechała do Polski, tłumaczy na portalu stowarzyszenia, że Myrny nie należy traktować jako uzdrowicielki, lecz świadka wiary. Przypomina, że w spotkaniach ruchów charyzmatycznych często odbywają się modlitwy wstawiennicze o uzdrowienie i „katolików nie dziwi, jeżeli Jezus Chrystus tych modlitw wysłuchuje".

Odzyskać zdrowie

Tak będzie zapewne także w ten weekend w Mogilnie. Spotkanie z Nazzour wypełnią modlitwy, śpiewy, droga krzyżowa ulicami miasta. Na stronie www.spotkajboga.pl można przeczytać o wcześniejszych spotkaniach z Nazzour: „Ludzie którzy modlili się z Myrną, odzyskiwali wzrok, chorzy na nowotwory odzyskiwali pełnię zdrowia, a nieuleczalne choroby dosłownie znikały... Wiele jeszcze innych cudów miało miejsce podczas spotkań modlitewnych".

– To nie są największe cuda, to dodatek. Największe cuda dzieją się wewnątrz człowieka. Cudem jest duchowe nawrócenie i uzdrowienie oraz uwolnienie od zniewoleń, dręczeń, opętań – mówi Gabriela Gulak z warszawskiej wspólnoty Jeshua oraz charyzmatycy.pl. I dodaje rzecz najważniejszą: – To Jezus uzdrawia, nie Myrna Nazzour czy inni charyzmatycy. To Jezus działa poprzez te osoby. A cuda dzieją się takie, jaka jest wiara osób uczestniczących w tych spotkaniach.

O innych uzdrowieniach mówią wpisy na portalach osób, które ich doznały: nawrócenie, przebaczenie, pojednanie, wyzwolenia z różnych nałogów: alkoholizmu, seksoholizmu, zakupoholizmu, uzależnienia od pornografii.

Myrna Nazzour należy do największych współczesnych mistyczek, stygmatyczek i charyzmatyczek. W ciągu 30 lat doznała kilku objawień Jezusa oraz Matki Bożej, wzywającej do jedności Kościoła, pojednania i pokoju między różnymi wyznaniami. Kilkakrotnie otrzymała stygmaty, czyli krwawe rany w miejscach ran Chrystusa. Jej charyzmatem jest modlitwa o uzdrowienie i uwolnienie. W listopadzie 1982 r. obrazek Maryi w domu Myrny wydzielał cudowny olejek i w tym czasie też po raz pierwszy osoba, nad którą modliła się Myrna, doznała uzdrowienia.

Niezwykli święci

Charyzmatykami byli o. Pio, który miał dar poznania rzeczy zakrytych (święty kapucyn widział grzechy skrywane przez ludzi) i Kanadyjczyk o. Emilien Tardiff, który otrzymał dar języków (spontaniczne wielbienie Boga), dar poznania i uzdrawiania poprzez modlitwę z chorób cielesnych i duchowych. – Charyzmatyk w sensie teologicznym to człowiek całkowicie prowadzony przez Ducha Świętego i wyposażony w jego dary. Charyzmaty są wolnym darem Boga, nie mamy na nie wpływu – mówi ks. Sławomir Płusa, pasterz Wspólnoty Dobrego Łotra i egzorcysta z diecezji radomskiej.

Dary nadzwyczajne Ducha Świętego, wyjaśnia ks. Płusa, to obok wspomnianych także m.in. dar proroctwa (czyli widzenie rzeczywistości w perspektywie duchowej), rozeznania (czy dane dzieło pochodzi od Boga, człowieka czy złego ducha), przepowiadania (czyli nauczania z mocą Ducha Św.).

Myrna Nazzour przyleciała do Polski na kilka dni. Ale tego lata przemierza Polskę kilku słynnych charyzmatyków, przez których dokonują się uzdrowienia i uwolnienia duchowe. Spotkania odbywają się w halach sportowych, widowiskowych, szkołach, kościołach. W rekolekcjach, które trwają trzy–cztery dni, uczestniczy zazwyczaj kilkaset osób i miejsc najczęściej brakuje. Na spotkania otwarte przychodzą tysiące ludzi.

Tak jest, gdy gdziekolwiek pojawia się o. John Bashobora z Ugandy, który bywał w Polsce wielokrotnie. W lipcu gości w Koszalinie, Kołobrzegu, Pionkach, Pile i Chojnicach. Natomiast w lipcu przyszłego roku o. Bashobora modlić się będzie na Stadionie Narodowym w Warszawie. Zapisy rozpoczną się niebawem na polskiej stronie internetowej charyzmatyka z Ugandy.
Swoją stronę ma w Polsce także o. James Manjackal z Indii, który w tym roku odwiedzi jeszcze m.in. Ostrołękę, Białystok, Stargard Gdański, Szczecin, Zduńską Wolę, Skarżysko-Kamienną. Inny charyzmatyk, również z Indii, o. Antoni Vadakkemury przewodniczył w czerwcu mszom świętym z modlitwą o uzdrowienie w Koninie, Toruniu, Chojnicach i Krakowie. Natomiast uczestnikami Pierwszego Ogólnopolskiego Kongresu Nowej Ewangelizacji w Kostrzyniu nad Odrą będą dwaj charyzmatycy z Brazylii: o. Henrique Porcu i o. Antonello Cadeddu (Sao Paolo).

W Polsce bywają także inni charyzmatycy: Helen Quinlan, Irlandka, która od 12 lat nie je i nie pije, a żyje wyłącznie komunią św., Maria Vadia, Kubanka żyjąca w USA, obdarzona darem przepowiadania, o. Jose Anthony Maniparambil oraz wielu innych. – Oni wszyscy pokładają nadzieję w naszym Kościele. Czują potencjał duchowy, czują, że po słowach Jana Pawła II na placu Zwycięstwa w Warszawie w 1979 roku powiał u nas duch wiary – mówi Gabriela Gulak – i widzą także, że w Polsce toczy się duchowa walka.

O. Boshobora, gdy zaczął przyjeżdżać do Polski, był zdziwiony, że w naszym kraju tak wielu katolików praktykuje okultyzm: korzysta z wróżek, tarota oraz bioenergoterapetów, co jest prostą drogą do duchowych zniewoleń. Dziś egzorcyści nie mają już wątpliwości, jak wielkim błędem i lekkomyślnością było dopuszczenie w latach 70. i 80. do kościołów bioenergoterapeuty Clive'a Harrisa. W spotkaniach z nim, które mogły być duchową inicjacją zniewoleń, uczestniczyło 9 mln Polaków.

Są także w Polsce

Przyjazd do Polski wielu charyzmatyków z zagranicy nie oznacza, że nie ma ich w kraju. Przeciwnie. – Wielu kapłanów posiada dar poznania, rozeznania, modli się wstawienniczo nad innymi, ale nie głoszą oni rekolekcji na tak szeroką skalę, dlatego są mniej znani – podkreśla Gabriela Gulak.

Rodzimi charyzmatycy nie głoszą rekolekcji na stadionach czy w halach sportowych, ale regularnie odprawiają msze święte z modlitwami o uwolnienie i uzdrowienie. Działają ciszej i skromniej. Może także dlatego, że nie wszystkie środowiska w Kościele patrzą z entuzjazmem, a wręcz czasem krytycznie na charyzmatyków. Rozwój, a właściwie powrót do życia w Kościele ruchów charyzmatycznych nastąpił bowiem dopiero po Soborze Watykańskim II. Wówczas powstała w Polsce Odnowa w Duchu Świętym, ruch Światło-Życie ks. Blachnickiego, a od niedawna Szkoły Nowej Ewangelizacji oraz wiele mniejszych lokalnych wspólnot modlitewnych. Wielu w tych ruchach widzi powrót do wiary pierwszych chrześcijan.

– Pierwsi charyzmatycy wyszli z Wieczernika w dzień zesłania Ducha Świętego – przypomina ks. Płusa. I wyjaśnia: – Pierwsi chrześcijanie wszyscy byli charyzmatykami. Chrzest ma bowiem głębszy sens niż uwolnienie od grzechu pierworodnego – jest to nowe przymierze z Bogiem w Duchu Świętym. Dziś natomiast chrześcijanie nauczyli się żyć bez darów Ducha Świętego i dlatego wiele tradycyjnych struktur Kościoła wymiera, brak jest powołań do kapłaństwa i życia zakonnego, co widać w wielu krajach Europy – mówi ks. Sławomir Płusa.
http://www.rp.pl/artykul/...zdrowienia.html
http://www.rp.pl/artykul/...sila-wiary.html

GrzegorzB - 2012-07-14, 19:24

Mam pomysł organizacyjny. Po co zamawiać na PBG klopy, zbiorniki z wodą i kucharza z grochówką? Może taniej będzie zamówić księdza i będziemy żyć przez te 3 dni Komunią Świętą? Skoro jakaś Irlandka od 12 lat może to pewnie my ze 3 dni też damy radę. Jak sądzę, nie ma wtedy potrzeby sanitariatów. Chyba że opłatek doznaje w jelitach nadmiernego cudownego rozmnożenia, jak to bywało z chlebem dotkniętym przez Boga, i nie strawi się do końca z racji ilości.

Mam tylko w całej tej historii jedna wątpliwość. Jak można żyć bez darów Ducha Świętego, a raczej jak można otrzymać od niego dary, skoro Duch Święty został "upodmiotowiony" dopiero w IV wieku wskutek soborów i kłótni teologicznych mających ustalić jedynie słuszne pojmowanie wiary chrześcijańskiej i istoty Boga?

No dobra. koniec żartów.
Zna ktoś jakąś dobrą modlitwę przeciw hemoroidom?

booros - 2012-07-14, 20:18

sa tematy z ktorych nie wypada kpic,

ogarnij sie czlowieku.

nie szanujac nic ani nikogo nie spodziewaj sie szacunku od innych.

jerzydom - 2012-07-14, 20:21

GrzegorzB ratuje Cię tylko pielgrzymka :lol:

Cytuję

Tak będzie zapewne także w ten weekend w Mogilnie. Spotkanie z Nazzour wypełnią modlitwy, śpiewy, droga krzyżowa ulicami miasta. Na stronie www.spotkajboga.pl można przeczytać o wcześniejszych spotkaniach z Nazzour: „Ludzie którzy modlili się z Myrną, odzyskiwali wzrok, chorzy na nowotwory odzyskiwali pełnię zdrowia, a nieuleczalne choroby dosłownie znikały... Wiele jeszcze innych cudów miało miejsce podczas spotkań modlitewnych".

Twoje hemoroidy to pryszcz, jeżeli nie będziesz nie dowiesz się ile w tym prawdy i dalej przypadłość ta będzie Cię gnębić.

To tak jak z naszym hobby, dopóki nie wykopiesz, nie wiesz co pod cewką piszczy :-D

Grzegorz tak na poważnie życzę Ci, abyś pozbył się tej dolegliwości. Moja żona miała z tym problem. Po zastosowaniu czopków Procto Hemolan od trzech lat ma spokój.

GrzegorzB - 2012-07-14, 20:30

Czopki czopkami, ale jakiś mistyczny dopalacz by nie zaszkodził :) Jak sądzę, w dzisiejszych czasach pewne rzeczy da się załatwić przez internet. A już szczególnie te niematerialne. Albo korespondencyjnie. Np mszę w intencji na jasnej Górze możesz zamówić korespondencyjnie. Piszesz w jakiej intencji, dokonujesz zapłaty z góry (ale nie wiem czy są różne warianty za różną siłę modłów), i masz!

Boros, masz rację, z pewnych rzeczy nie wypada kpić. I dlatego z pewnych rzeczy nie kpię :lol:

daro - 2012-07-14, 21:53

jerzydom napisał/a:


... Dominik Tarczyński, prezes stowarzyszenia Wspólnota Katolików Charyzmatycy.pl, na zaproszenie którego przyjechała do Polski, tłumaczy na portalu stowarzyszenia, że Myrny nie należy traktować jako uzdrowicielki, lecz świadka wiary. Przypomina, że w spotkaniach ruchów charyzmatycznych często odbywają się modlitwy wstawiennicze o uzdrowienie i „katolików nie dziwi, jeżeli Jezus Chrystus tych modlitw wysłuchuje".l


Dominik Tarczynski to moj sasiad z Polski i moj dobry kumpel od dziecinstwa. Wielokrotnie spedzalismy wspolnie swieta w Londynie bo tu wczesniej pracowal . Byl tez zalozycielem PRL - Polskie Radio Orla w Londynie. Kilka lat temu wrocil do Polski bo dostal propozycje pracy na stanowisku Dyrektora TV Kielce. Gosc z bogata osobowoscia, pomyslami nie z tej ziemi i niesamowitym darem przekonywania. Jakis czas temu "mocno sie nawrocil" , zalozyl strone: Charyzmatycy.pl i dobrze sie rozkrecil.
Glosno tez bylo ostatnio o jego filmie: " Kolumbia - swiadectwo dla swiata". Zajal pierwsze miejsce na festiwalu w Niepokalanowie i jezdzi z nim teraz po Polsce i swiecie z projekcja.
Tlumy ludzi na kazdym pokazie...
Swego czasu w Polsce wspolnie szukalismy skarbow wykrywaczami metali i ukrytych wejsc do podziemi pod naszym miastem. Prawie sie udalo. Prawie...bo zeszla do piwnicy wlascicielka domu i jak zobaczyla ze kujemy cos w scianie na najnizszym poziomie to nas wyrzucila na zbity pysk a naszemu koledze ktory wynajmowal od niej lokal na knajpe w ktorej bylo wejscie do 3 poziomowych starych piwnic kazala natychmiast zaplacic 3 miesieczny zalegly czynsz :lol:
Coz, zdazylem wykuc 2 kamienie (wpadly do srodka) w wyraznie zamurowanym wejsciu ze sklepieniem lukowym i wlozylem w dziure duza latarke. Dalej ciagnal sie dlugi korytarz...

Van Worden - 2012-07-14, 22:14

No daro nawijaj, nawijaj bo już okiem wyobraźni widzę dalszy ciąg tego tunelu no i wątku :lol:
GrzegorzB - 2012-07-14, 23:05

Ten facet, widać z opisu, to jest taki typ człowieka, którego "wszędzie pełno" i co by nie robił i nie zrobił, zawsze jest o tym dość głośno. Niektórzy tak mają. To bardzo cenna cecha przywódcy,
Ale - warto zwrócić uwagę, że to wcale nie oznacza iż głoszone przez nich idee i forsowane pomysły są każdorazowo warte uwagi, poparcia i zachwytu. Fajnie, jeśli tak jest. Ale jeśli nie jest, to może być szalenie niebezpieczne i destrukcyjne dla licznego grona podporządkowanych "wyznawców" takiej osoby i dla społeczeństwa w ogóle.

daro - 2012-07-15, 02:31

Van - Od tamtej pory juz tam nie bylem, ale wiem ze tunel istnieje bo go widzialem. Biegnie centralnie pod obecna ulica w kierunku ratuszu i zamku ktorego juz nie ma.


GrzegorzB napisał/a:
Ten facet, widać z opisu, to jest taki typ człowieka, którego "wszędzie pełno"


Cos w tym jest. No moze nie wszedzie chociaz widzialem jak z Kaczynskim tez sie "macali" ;-) .
Nie kazdy moze zbajerowac prezydenta Columbii i zwierzchnika sil zbrojnych tego kraju, dostac zaproszenie do palacu prezydenckiego, wikt, opierunek i ich zgode na wystapienie w jego filmie i wypowiedzi na temat swojej wiary. Na dokladke do wycieczek po kraju woz pancerny z szoferem i oddzial wojska uzbrojonego po zeby do eskorty.

Tu dwie fotki z prezydentem i szefem wojska:
Na tej pierwszej to wyszedl jakby chcial prezydenta nastraszyc albo jakby przedawkowal to czym kartele tam handluja a z czym wojsko walczy :lol: :lol:




jerzydom - 2012-07-15, 12:14

Ali Chamenei ostrzega przed końcem świata
Irański przywódca duchowy ajatollah Ali Chamenei wezwał Irańczyków do tego, aby przygotowali się do wojny i na nadchodzący koniec świata - czytamy na newsru.com.
Przesłanie to ajatollah zawarł w swoim ostatnim orędziu do mieszkańców Iranu. Chamenei powiedział również wiernym, aby oczekiwali na przybycie 12. ukrytego imama Mahdiego. W Iranie wierzy się bowiem, że ukryty imam jest zbawcą, który ma powrócić tuż przed końcem świata, aby wprowadzić na nim islamski porządek.

- Imam Mahdi ma ogromne znaczenie w nauczaniu naszej świętej religii - zaznaczył Ali Chamenei.
Duchowy przywódca powiedział również, że obowiązkiem Irańczyków jest przygotowanie się na przybycie wielkiego wodza (czyli imama - przyp. red.). - Jeśli myślimy o sobie, jak o wojownikach 12. imama, musimy być przygotowani do wojny - dodał.

- Za pomocą Boga cywilizacja islamska będzie dominować na świecie. Takie jest nasze przeznaczenie - powiedział ajatollah.

Jak donoszą irańskie media, władze rozpoczęły rozpowszechnianie broszury zatytułowanej "Ostatnie sześć miesięcy". Otrzymują ją żołnierze. Ma ona ich zachęcać do przygotowań na nadejście imama oraz do walki z Zachodem, który rośnie w siłę jeśli chodzi o broń jądrową.

Pod przewodnictwem Alego Chamenei w Iranie powstało kilka ośrodków badawczych, które zajmują się zbieraniem informacji na temat przyjścia imama. Co roku odbywają się również na ten temat konferencje.

(KK)
http://wiadomosci.onet.pl...,wiadomosc.html

GrzegorzB - 2012-07-15, 14:00

Wydaje mi się, że toksyczny wpływ religii na ludzkość ma 2 główne gałęzie, które oczywiście przeplatają się ze sobą.
Pierwsza, ta bardziej prosta i oczywista, to rywalizacja, czyj bóg jest lepszy. Jedno z wielu podłoży konkurencji miedzy plemionami/narodami, dodatkowo bardzo podatne na utożsamianie z polityką.
Druga, znacznie bardziej niebezpieczna i szkodliwa, bazuje na prehistorycznej bajeczce wymyślonej przez jakiegoś szamana przed tysiącami lat, że każdy ma w sobie ducha który po śmierci fizycznej żyje nadal i jest kontynuacja naszej osobowości. Czyli, w skrócie, człowiek jest nieśmiertelny tylko traci lub zmienia postać fizyczną.
Historyjka wymyślona w prostym celu, żeby oskubać wiernych z dóbr doczesnych sprzedając im komfort w zaświatach za (najlepiej) wszystko co mają, ma drugie, niezwykle niebezpieczne oblicze, które od zawsze wykorzystywały układy rządzące. Poświęć się, wręcz zgiń za wiarę, a dostąpisz zbawienia u boku boga. Zasiądziesz "po prawicy Ojca" jakby duchy miały zasiadać, albo dostaniesz sto dziewic, cokolwiek by mógł duch robić z tymi dziewicami.

Kontrolowanie tłumu. Panowanie nad masami. Wydymanie społeczeństwa dla realizacji swoich interesów. Doczesnych oczywiście. Władza, seks i pieniądze, jak zwykle. Nie ma to jak być boskim namiestnikiem na Ziemi, podlegającym boskim (czyli stanowionym przez siebie) prawom jedynie...

inquiz - 2012-07-15, 14:05

GrzegorzB napisał/a:
Kontrolowanie tłumu. Panowanie nad masami.

chociażby dlatego nie powinieneś narzekać. jak cię mało obchodzi w co kto wierzy i czy to ma sens to gdzie jest problem? myśleć każdy może swobodnie a do religijności nikt nie zmusza.

Van Worden - 2012-07-15, 14:25

GrzegorzB - czytając Twoje posty na temat religii przypominają mi się teksty Zenona Kosidowskiego, ciekawe ale jednak bardzo skrajne i sprowadzające wszystko właśnie do tezy, że religia to jedynie sprytny wybieg grup trzymających władzę mający na celu jeszcze większe jej utrzymanie ;-) Teza, której trzymali się głównie marksiści z wiadomych zresztą przyczyn, ale która jest dziś zwyczajnie przestarzała i odrzucana przez większość antropologów i badaczy kultury, socjologii itp. Prawda o religii jest o wiele bardziej złożona i pisanie o "jakimś szamanie" który to wymyślił to niezrozumienie niesamowicie spójnego zjawiska jakim był i jest szamanizm na całym świecie. Myślę, że temat zasługuje na zupełnie odrębny wątek bo w tym tasiemcu to za bardzo nie pogadamy a problem z pisaniem a nie rozmową polega na tym, że bardzo łatwo jest kogoś urazić i zostać zwyczajnie źle zrozumianym.
GrzegorzB - 2012-07-15, 15:34

inquiz napisał/a:
chociażby dlatego nie powinieneś narzekać. jak cię mało obchodzi w co kto wierzy i czy to ma sens to gdzie jest problem? myśleć każdy może swobodnie a do religijności nikt nie zmusza.

Bo mnie mało a raczej zupełnie nie obchodzi w co kto wierzy. Ale obchodzi mnie że, i w jaki sposób religie mają wpływ na może życie, wbrew mojej woli a nawet wbrew ustanowionym regułom. To obchodzi mnie nawet bardzo. Gdybym mógł się od pewnych zjawisk zupełnie odizolować, na pewno zrobiłbym to i nie zaprzątał sobie nimi nawet głowy, ale niestety nie da się.

Pojęcia szamana użyłem nie dosłownie i nie ma się co czepiać szczegółów. Religia (rozumiana jako wiara w cokolwiek) zawsze służyła miedzy innymi jako sposób na utrzymanie władzy. Można tylko dyskutować gdzie przebiegał podział i jakie powodował proporcje między religijnością i władzą.
Nie jestem teoretykiem żadnej filozofii i nie podpieram się z góry założonymi tezami oraz cudzymi przemyśleniami, tendencyjnymi lub nie. Obserwuję świat, czytam historię, i wyciągam wnioski na tej podstawie. Nie usiłuję wyprowadzać praw wiecznie prawdziwych, bo to są rzeczy bardzo zmienne w czasie. I to co pisze dzisiaj za pięć lat może stracić w znacznej mierze sens, również dla mnie.

Van Worden - 2012-07-15, 16:13

Ok, to skoro czytasz historię proponuję żebyś wrzuciłbyś sobie na ruszt np. "Bohatera o Tysiącu Twarzy" Campbella, czy "Szamanizm - Archaiczne Techniki Ekstazy" Mircea Eliade.
GrzegorzB - 2012-07-15, 16:54

Powtarzam, że słowa "szaman" użyłem jako narzędzia. Powinienem raczej użyć słowa "kapłan", ale to chyba mniej pasuje do początków kształtowania się społeczeństw. Miałem na myśli osobę będącą nośnikiem "prawd wiary", nie wnikając w inne funkcje.

W wolnej chwili, czemu nie :)

Van Worden - 2012-07-15, 17:18

Ano właśnie tu leży pies pogrzebany - szamanizm to po prostu sposób na pośredniczenie pomiędzy światem żywych a światem "duchowym" i jego zadaniem nie było nigdy zbudowanie hierarchii społecznych, ani tym bardziej ich sztuczne podtrzymywanie. Tego podejmowały się (i w tym celu zapewne powstały) zorganizowane systemy religijne takie jak chrześcijaństwo, judaizm czy islam. Choć w tych religiach widać gdzieniegdzie szczątkowe ślady po praktykach szamańskich to dość znamienne jest, że niemal wszystkie zorganizowane religie tępiły i walczyły z wciąż popularnymi w wielu kulturach praktykami szamańskimi. Jedną z podstawowych przyczyn jest to, że czynny szamanizm pozwala na bezpośredni kontakt z "drugą stroną" czy też jakąś formą boskości i samodzielne interpretowanie stanów duchowych. To oczywiście jest już anatema dla każdej typowej religii, w której to wyłącznie kapłani mają monopol na inerpretowanie kanonów swojej religii a wierny ma po prostu polegać na tym co kapłani mu przekazują.
jerzydom - 2012-07-15, 19:49

GrzegorzB społeczeństwo mądrzeje

Frommer Schein | Der Spiegel |
Niemiecki "Der Spiegel" pisze o kryzysie wiary w Polsce. "Kościół, który przed dwiema dekadami walnie przyczynił się do zwycięstwa nad komunizmem, dziś traci wiernych" - czytamy.
Podróżnym jadącym pociągiem na trasie Berlin-Warszawa Jezus ukazuje się tuż po przekroczeniu polskiej granicy: wysoki na 36 metrów i odlany z betonu stoi na specjalnie usypanym kopcu w małej miejscowości Świebodzin. Jego głowę zdobi pozłacana korona, wzrok patrzy w stronę fabryki foteli lotniczych Recaro, największego pracodawcy w regionie, i dalej ku zachodowi słońca. Ramiona rozpostarte, jak gdyby chciał przygarnąć do serca niewiernych z Zachodu. U stóp betonowego kolosa stoi tablica, na której jest napisane, że Chrystus jest prawdziwym królem Polski i że jego królestwo będzie trwało na wieki. Nie bez przyczyny Polska jest, w rozumieniu Kościoła, najbardziej katolickim krajem w Europie.

Dołącz do nas na Facebooku

Wielka figura Jezusa nie uczyniła ze Świebodzina celu pielgrzymek wiernych. - Statua nie wywołała jak dotychczas turystycznego boomu – mówi Waldemar Roszczuk, redaktor naczelny świebodzińskiej gazety lokalnej i wydawca regionalnego magazynu internetowego. Ku niezadowoleniu zwłaszcza księdza prałata Sylwestra Zawadzkiego, pomysłodawcy i inicjatora budowy tego monumentalnego pomnika. Tak przynajmniej twierdzi Roszczuk. Jednak w Świebodzinie królestwo Chrystusa niekoniecznie jest z tego świata: "Większość mieszkańców jest przeciwna temu pomnikowi, ale mało kto ma odwagę powiedzieć to głośno". W obawie przed odmową udzielenia sakramentu chrztu czy komunii świętej ich dzieciom. "Wolimy raczej nie wchodzić w konflikt z prałatem Zawadzkim".

Ciągle jeszcze 95 procent Polaków uważa się za katolików, nawet jeśli nie dochowują wierności Kościołowi. Konserwatywno-katolicki publicysta Tomasz Terlikowski ocenia liczbę prawdziwych "przyjaciół Boga" w społeczeństwie polskim na nie więcej niż 20 procent. - My Polacy chętnie przyznajemy się do katolicyzmu, jednak w praktyce wygląda to znacznie gorzej.

Obecnie tylko nieco ponad 44 procent młodych ludzi deklaruje udział w niedzielnej mszy świętej, podczas gdy w 1992 było ich jeszcze 62 procent. 42 procent przyznaje, że nie przestrzega wszystkich przykazań i nakazów, zwłaszcza zakazu współżycia przed ślubem. Liczba nielegalnych aborcji sięga rocznie setek tysięcy. Ponadto cztery piąte Polaków irytuje fakt, że Kościół wtrąca się regularnie w sprawy polityczne.

- Tym ogromnym pomnikiem w Świebodzinie miejscowi dostojnicy kościelni chcą tylko zatuszować fakt, że ich władza w rzeczywistości jest coraz słabsza – mówi Tadeusz Bartoś. - Nie jest wykluczone, że za 10 lat wpływ Kościoła będzie już marginalny – przekonuje ten habilitowany filozof, który sam był kiedyś zakonnikiem. Dawniej Kościół katolicki miał w Polsce wyjątkową pozycję – był patronem narodu. Zaczął ją budować po rozbiorach: w XVIII w. była rzeczpospolita szlachecka została podzielona między protestanckie Prusy, prawosławną Rosję i Cesarstwo Austro-Węgierskie. W tym okresie to właśnie wiara katolicka była elementem łączącym Polaków żyjących pod trzema zaborami, a Kościół pielęgnował ideę ponownego zjednoczenia kraju.

To okazało się możliwe dopiero w okresie międzywojnia. Tak zwana Druga Rzeczpospolita była tworem wieloreligijnym: zamieszkanym przez Żydów, protestantów i wyznawców prawosławia oraz tylko w 60 procentach przez katolików. I to właśnie w komunistycznej Polskiej Republice Ludowej, powstałej po roku 1945 dzięki staraniom wiarołomnego ucznia seminarium duchownego Józefa Stalina, obowiązywała zasada: każdy Polak jest katolikiem. Protestanccy Niemcy zostali wygnani po tym, jak nazistowski okupant doprowadził do prawie całkowitej zagłady ludności żydowskiej.

Do 1989 r. Kościół był narodowym bastionem w walce z uznawanym za "niepolski" komunizmem. To on współorganizował w latach 70. i 80. strajki pracowników stoczni, otaczał opieką dysydentów i stworzył w osobie księdza Jerzego Popiełuszki nowoczesnego męczennika: kapłan Solidarności i zaufany przywódcy strajków Lecha Wałęsy został uprowadzony i zamordowany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa w 1984 r. Związanego księdza wrzucili do zalewu na Wiśle.

Po 1989 r. o względy Kościoła zabiegali politycy wszystkich ugrupowań. Zabrane wcześniej Kościołowi dobra zostały zwrócone, episkopat przeforsował korzystne dla siebie przywileje podatkowe, a religia wróciła jako przedmiot nauczania do szkół. Jednak, jak twierdzi Tadeusz Bartoś, mimo dobrych warunków na starcie Kościół przegapił moment, kiedy należało się modernizować. Tę opinię podziela duża część jego rodaków. Po wejściu w struktury Unii Europejskiej Polska mocno – jak żaden inny kraj – zbliżyła się do Zachodu i przejęła zachodni styl życia. Polskie kobiety marzą obecnie o karierze, samorealizacji i dzieciach. Setki tysięcy młodych Polaków mieszkają dziś razem bez ślubu. Homoseksualne kobiety i mężczyźni żyją w dużych miastach, jak Poznań czy Warszawa, tak samo otwarcie jak w Berlinie czy Madrycie. - Coraz więcej tabu przestaje istnieć. A Kościół reaguje na to narzucaniem jeszcze większych ograniczeń – mówi Bartoś.

Ten upór Kościoła odczuł na własnej skórze. Mając lat 19 wstąpił do zakonu dominikanów, otrzymał święcenia kapłańskie i zaczął krytykować tę instytucję w swoich felietonach do uznawanej za nieprzyjazną jej "Gazety Wyborczej". Jest przekonany, że Kościół musi zmienić swoją hierarchię oraz zmiękczyć dogmatyczne stanowisko. Polacy, ponosząc duże ofiary, wygrali z komunizmem i wprowadzili gospodarkę rynkową, ale nie po to, by teraz niewiele wiedzący o świecie klerycy narzucali im swoje zasady. Także przymusowy celibat kleryków był wielokrotnie wyśmiewany: - Nawet wierzący Polacy śmieją się, kiedy księża ukrywają swoje konkubiny jako gospodynie na plebanii – mówi Bartoś.

W 2007 r. inaczej myślący mnich zrzucił habit. Dziś prowadzi wykłady na Uniwersytecie Warszawskim i mieszka w pieczołowicie wyremontowanym domu w prestiżowej dzielnicy Saska Kępa. - Polacy stali się odważniejsi i nie boją się już krytykowania kleru.

Na tym krytycznym stosunku do Kościoła zbija kapitał Janusz Palikot i jego partia. Początkujący polityk, rodzaj polskiego pirata (nawiązanie do niemieckiej Partii Piratów – przyp. Onet), zyskał w ostatnich wyborach parlamentarnych z miejsca 10 procent głosów. Wykorzystuje głównie fakt, że Kościół próbuje odgrywać dominującą rolę również w polityce. Wyborców przysporzyła mu także propozycja polskich biskupów pochówku prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął dwa lata temu w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem, na Wawelu w Krakowie. Bowiem Wawel jest miejscem wyjątkowym, gdzie spoczywają królowie i bohaterowie walk o wolność – i nie jest to miejsce dla głowy państwa z najnowszej historii i z raczej przeciętnymi dokonaniami na tym stanowisku.

Na wizerunku Kościoła katastrofalnie zaważyła także seria samobójstw wśród duchownych. Na południu kraju, w szczególnie pobożnej diecezji tarnowskiej, w ciągu minionych 6 lat ośmiu księży otruło się, powiesiło lub skoczyło z okna. Ostatni z nich odebrał sobie życie pod koniec kwietnia w Starym Sączu. Wygląda na to, że hierarchia kościelna nie jest w stanie zadbać o potrzeby duchowe jej własnych członków. Kościół nie może znaleźć odpowiedzi na wyzwania, przed jakimi staje w dynamicznie rozwijającym się kraju. Na szybkie zmiany na rynku pracy, na emigracje i powroty, a na stres i karierę księża reagują rutynowo: apelem o powrót do wcześniejszych, pobożnych czasów.

- W rzeczywistości większość kleryków jest uwikłana w wewnętrzne walki o władzę. Jeśli istnieje ktoś, kto szczególnie nie nadaje się, by uczyć ludzi etycznych zachowań, to jest to sam siejący intrygi przedstawiciel Kościoła – twierdzi Bartoś.
http://religia.onet.pl/pu...osci,44339.html

jerzydom - 2012-07-16, 06:05

Nie tylko w Polsce dzieją się cuda :-D
Baton Rouge, stolica amerykańskiego stanu Luizjana w USA, nieoczekiwanie stała się celem pielgrzymek wiernych. Wszystko za sprawą posągu Dziewicy Maryi, która zaczęła krwawić. W to, że to cud wierzą nie tylko okoliczni mieszkańcy, ale również wierni, którzy tłumnie przybywają na miejsce.
http://wiadomosci.onet.pl...,wiadomosc.html
Figurka Maryi zaczęła krwawić. Wierzą, że to cud - CNN
Pod linkiem filmik

jerzydom - 2012-07-16, 06:39

Kryzys wiary, kryzys prasy

W grudniu ukaże się ostatni numer „Przeglądu Powszechnego”. Poważne trudności finansowe przeżywają dwa inne miesięczniki

http://www.rp.pl/artykul/...ka-slabnie.html

jerzydom - 2012-07-19, 07:21

Będziemy bogaci :-D

Żona Zygmunta Starego, królowa Bona Sforza (Bona była nie tylko królową Polski, ale też księżną litewską i spadkobierczynią pretensji do Królestwa Jerozolimy... ), w XVI wieku pożyczyła 430 tys. dukatów w złocie hiszpańskiemu królowi Filipowi II. O odzyskanie "tej pożyczki" zabiegaliśmy bezskutecznie przez następne dwieście lat. Teraz złote dukaty powinien odzyskać rząd Donalda Tuska. Postuluje o to poseł Ruchu Palikota.
Zdaniem Marka Poznańskiego, Hiszpania miałaby z czego zwrócić ten dług, bo sama odzyskała niedawno siedemnaście ton srebrnych i złotych monet znalezionych nieopodal Gibraltaru. Jak ustalił portal tvp.info, poseł Ruchu Palikota wysłał do szefów resortu finansów i spraw zagranicznych interpelacje, w których domaga się podjęcia kroków prawnych w celu odzyskania długu królowej Bony.

Poznański przedstawił nawet odpowiednia wyliczenia. Jak donosi tvp.info, ministrowie Jacek Rostowski i Radosław Sikorski nie ustosunkowali się jeszcze do pomysłu posła. Ciekawe, kiedy to zrobią...

mg
http://politykier.pl/kat,...ml?ticaid=5ed4f

Van Worden - 2012-07-19, 12:25

:lol:
andrzejput - 2012-07-19, 15:42

Mi na wakacjach niemiec finki nie oddał jakieś 25lat temu to może p Palikot by zainterweniował i w mojej sprawie .Ladna była z lilijką i drewnianą rączką :mrgreen:
GrzegorzB - 2012-07-19, 15:44

Bardzo rozsądne. Hiszpania zagarnia znalezione skarby jako prawny spadkobierca imperialnej Hiszpanii z okresu podbojów nowego świata. Chociaż złoto pozyskiwane z wraków to złoto, mówmy wprost, zazwyczaj skradzione podbijanym ludom.
Polska tez jest prawnym spadkobiercą Rzeczypospolitej przedrozbiorowej. Jest dług, więc niech go oddadzą. Myślę, że obejdzie się bez odsetek za zwłokę ;)

andrzejput - 2012-07-21, 00:03

jeżydom napisał–( przekonuje ten habilitowany filozof, który sam był kiedyś zakonnikiem. )Czyżby Wan :?: :mrgreen:
jerzydom - 2012-07-24, 07:18

ROZM. JUAN ALDABALDETRECU, El País SL
Jezus był wywrotowcem!

Chrześcijaństwo i marksizm są dla mnie jednym i tym samym – mówi Ernesto Cardenal, nikaraguański poeta, ksiądz i filozof.
EL PAIS: W 2009 r. Nagroda Nerudy w kategorii poezji, a w maju br. Nagroda Królowej Zofii dla twórców poezji iberoamerykańskiej. Przyjemnie dostawać takie wyróżnienia?
Ernesto Cardenal: Pierwszym, jakie kiedykolwiek dostałem, była Nagroda Nerudy. Gdy wręczyła mi ją prezydent Chile w Palacio de la Moneda (siedzibie prezydentów Chile – przyp. FORUM), powiedziałem, że uważam się za najrzadziej nagradzanego poetę w świecie hiszpańskojęzycznym. Teraz mam już dwie nagrody. Nadal niezbyt wiele, ale zawsze coś…
To boli?
Nie, jest mi to obojętne. Nie interesują mnie hołdy.
Idąc na to spotkanie, myślałem sobie, ilu ludzi cierpi niedostatek i czy można im dać jakąś nadzieję na poprawę sytuacji. Jakiś pomysł?
Nadzieję taką dać może Ewangelia, zapowiedź przyjścia Królestwa Bożego. Przypominam też, co głosił marksizm: pojawienie się nowego społeczeństwa opartego na sprawiedliwości i pozbawionego klas. Nastanie idealnego społeczeństwa komunistycznego, które byłoby odpowiednikiem Królestwa Bożego na ziemi. Chrześcijaństwo i marksizm są dla mnie jednym i tym samym.
Czy marksizm nie ustrzegł się błędów? A raczej czy nie ustrzegli się ich ci, którzy próbowali go wprowadzać w życie….
Oczywiście, że mam świadomość popełnionych błędów. Chrześcijaństwo też ich ma sporo na koncie. Dość powiedzieć o okropnościach krucjat, inkwizycji, papieżach epok renesansu…
Tylko renesansu? A współczesnych?
Ci są tak samo źli, ale nie wszyscy, niektórzy.
A gdyby wybierać między mniej i bardziej złymi? Między Wojtyłą, który zrobił panu awanturę zaraz po wyjściu z samolotu podczas pielgrzymki do Nikaragui, a Ratzingerem?
Co tu dużo gadać, są tacy sami. Ratzinger kontynuuje politykę poprzednika. Taki sam jak Wojtyła albo gorszy.
Rewolucja, Bóg, poezja – są jednością? Czy raczej trzema przejawami istoty wyższej?
Są dla mnie jednością. Rewolucja jest tym, o czym nauczał Jezus. Są teolodzy, którzy twierdzą, iż Królestwo Boże, o którym mówił, jest bliskie współczesnej idei rewolucji. Rewolucji wywrotowej, która doprowadziła do śmierci Jezusa i niosła ze sobą zmiany polityczne i społeczne. Młodzi mówią dziś, że inny świat jest możliwy – i ja też tak sądzę. Podobnie uważał Jezus. Inny świat jest możliwy i konieczny. Jak mówi brazylijski biskup Pedro Casaldáliga, inny Kościół też jest możliwy. Niektórzy twierdzą, że nawet inny Bóg jest możliwy.
W tej wizji Bóg nie jest jednością, nieomylną, zamkniętą w sobie i niepodważalną…
Taki z pewnością nie jest.
Może jest ich kilku?
Być może. Ale można też w ogóle w Boga nie wierzyć. Ateiści nie różnią się zbytnio od pierwszych chrześcijan, którzy też byli ateistami.
Łatwo spotkać ludzi wierzących, którzy się zastanawiają, jak to jest, że skoro Bóg jest jeden, na świecie jest tyle zła.
Albowiem Bóg już dawno temu przestał być Bogiem! Oddalił się i zostawił nas, byśmy sami wprowadzali zmiany. Zostawił nam wolność i zniknął. Tym można by wyjaśnić Holocaust i inne barbarzyństwa rasy ludzkiej.
Mówiąc o Jezusie, używa ksiądz określenia „wywrotowiec”? Czy tego właśnie, wywrotowości, brakuje współczesnym społeczeństwom?
Oczywiście, że tak. Czytając Biblię, cały czas obcujemy z wywrotowym Bogiem. To samo dotyczy Jezusa z Nazaretu. Jesteśmy zobowiązani do wywrotowości. A wracając do podziału na wierzących i nie oraz do tego, co mówiłem o marksizmie i chrześcijaństwie: podobne wątki odnajdujemy w islamie. W XIII w. pewien suficki teolog pisał: „Wiele dróg prowadzi do Mekki; kiedy jesteśmy na południu, to Mekka jest na północy. Gdy mieszkamy na północy, do Mekki dotrzemy, udając się na południe”. Podobnie jest ze ścieżkami prowadzącymi do Boga – jest ich bardzo wiele.
Bunt, rewolucja, religia – elementy te składają się na doświadczenie, jakim było „El Evangelio en Solentiname” („Ewangelia w Solentiname” to literacki owoc kilkunastu lat spędzonych w chrześcijańskiej komunie na Wyspach Solentiname – przyp. FORUM). Czy coś zostało z tamtych dni, czy była to tylko utopia?
Solentiname stało się mitem, ale w istocie nie było niczym więcej jak maleńką komuną przypominającą zgromadzenia pierwszych chrześcijan. Jej członkowie byli chrześcijanami nawróconymi na teologię wyzwolenia, interpretującymi Ewangelię w duchu marksizmu.
Dlaczego Kościół tak nerwowo reagował na podobne inicjatywy?
Samozwańcza Matka Kościołów zdradziła Ewangelię. Watykan to coś zupełnie innego niż Kościół założony przez Chrystusa z garstką rybaków.
Czy idea rewolucji daje się jeszcze obronić w XXI wieku? Chodzi mi o taką prawdziwą rewolucję, która nie wyklucza przemocy…
Rewolucja nie musi wcale być gwałtowna, może być pokojowa. Ale czasami nie ma rady, trzeba sięgnąć po broń. Papież Paweł VI, który nie był żadnym ekstremistą, oświadczył swego czasu w Kolumbii, że w obliczu oczywistej i przedłużającej się tyranii walka zbrojna jest usprawiedliwiona. A i Gandhi mówił, że nie mógłby być pacyfistą w hitlerowskich Niemczech, i wzywał Hindusów, by wstępowali do armii brytyjskiej, żeby walczyć z faszyzmem.
Tyle tylko, że pokojowa rewolucja, taka, która polega na przekonywaniu, jest o wiele trudniejsza do przeprowadzenia… Jakie są księdza wspomnienia z okresu, gdy był członkiem sandinowskiego rządu w Nikaragui? Czy wolta, jakiej dokonał Daniel Ortega (były przywódca lewicowego Sandinistycznego Frontu Wyzwolenia Narodowego, który w 1979 r. obalił dyktatora Anastasio Somozę, obecny prezydent Nikaragui – przyp. FORUM) nie była wielkim rozczarowaniem?
Było to dla mnie bardzo bolesne. Nazwałem to „straconą rewolucją”, taki zresztą tytuł nosi trzeci tom moich pamiętników. Obecnie w Nikaragui nie mamy do czynienia z rewolucją ani z lewicą czy sandinizmem. To dyktatura Daniela Ortegi, jego żony i synów.
Czy nie dowodzi to tego, że długo sprawowana władza korumpuje?
Nie jest to nieuniknione, ale często się zdarza, a już z pewnością przytrafiło się Nikaragui.
Czym jest poezja? W jednym z księdza wierszy przeczytałem: „W mojej poezji mieści się wszystko”. Czyżby był to manifest przeciwko poezji elitarnej?
Wszystko bierze się z nauk Ezry Pounda, który był moją wielką inspiracją i wywarł ogromny wpływ na moją twórczość. W poezji, podobnie jak w prozie, wszystko się mieści i wszystko jest możliwe. Oryginalność moich wierszy zasadza się właśnie na tej prawdzie – starałem się w nich zawrzeć wszystko.
Czy poezja była dla księdza ucieczką, a może drogą do zbawienia?
Nigdy nie była ucieczką, raczej poszukiwaniem rzeczywistości.
A mimo to ksiądz nie czyta już wierszy, twierdząc, że nie odnajduje w nich nowych głosów. Woli naukę. Dlaczego?
Już José Martí (XIX-wieczny kubański poeta i pisarz, bohater ruchu niepodległościowego – przyp. FORUM) wolał czytać dzieła naukowe niż poezję. Ja też bardziej lubię czytać o odkryciach, które zmieniają nasze życie. Książki te otwierają mi oczy na rzeczywistość, a ta jest przecież coraz bardziej tajemnicza. Ostatnie odkrycie: widzimy zaledwie maleńki wycinek wszechświata, jakieś dziewięć procent, o ile dobrze pamiętam.
Czy to nie wspaniała odtrutka na przekonanie o własnej wszechmocy wielu potężnych ludzi oraz wiary, że człowiek kontroluje wszystko, zawsze i wszędzie?
Tak, i to zarówno dla tych wielkich, jak i maluczkich. Dla każdego z nas.

Ernesto Cardenal (ur. w 1925 r.), nikaraguański poeta i duchowny. Jeden z głównych ideologów teologii wyzwolenia łączącej chrześcijaństwo z elementami marksizmu. Papież Jan Paweł II oficjalnie potępił ją podczas swojej pielgrzymki do Meksyku w 1979 r. W latach 60. Ernesto Cardenal założył owianą legendą komunę chrześcijańską na jednej z wysp archipelagu Solentiname, gdzie spędził 12 lat (1965–1977).
Po zwycięstwie sandinistów i obaleniu dyktatury Anastasia Somozy w 1979 r. przez kilka lat pełnił funkcję ministra kultury w lewicowym rządzie Daniela Ortegi. Rozczarowany swoim dawnym towarzyszem porzucił politykę, wystąpił z partii sandinowskiej i poświęcił się poezji oraz działalności społecznej. Był nominowany do literackiego Nobla. Po polsku ukazały się jego dzieła „W hołdzie dla Indian amerykańskich” (1969), „Pieśń narodu” (1973), „Przepowiednia o Managui” (1973), „Życie utracone” (1999).

http://www.polityka.pl/sw...ywrotowcem.read

jerzydom - 2012-07-26, 05:44

http://wiadomosci.wp.pl/g...ie,galeria.html :-D :lol:
andrzejput - 2012-07-26, 10:48

a ze 30 lat temu w jednej z podwarszawskich miejscowości też sie pojawiło coś na drzewie byłem tam z matką i dużo ludzi było lecz nie pamiętam żebym coś widział porucz drzewa :mrgreen:
jerzydom - 2012-08-15, 11:35
Temat postu: Klątwa królewskiego grobu
Klątwa królewskiego grobu
W ciągu 10 lat od otwarcia grobu Kazimierza Jagiellończyka na Wawelu, aż 15 osób z ekipy archeologów straciło życie. Tak objawiła się klątwa króla, który w swej krypcie kazał napisać: „Niszczyciel dzieła będzie przeklęty!” oraz „Czyż nie wiesz, że ręce królów sięgają daleko?”.

Zdarzenie, które wstrząsnęło Polską w 1973 roku, określa się jako polską wersję klątwy Tutenchamona. W tym przypadku również zemścił się monarcha, któremu zakłócono wieczny spokój.
Kto pierwszy zejdzie
Prace archeologiczne, mające na celu zbadanie miejsca pochówku króla Kazimierza, były prowadzone w Katedrze Wawelskiej w latach 1972 – 1973. Grupa naukowców, po 500 latach, otworzyła grobowiec, by badać znajdujące się tam szczątki króla Kazimierza Jagiellończyka. Choć marzyli o rozpoczęciu tak ważnych badań, ogarniał ich lęk przed wejściem do grobowca monarchy. W końcu nikt nie otwierał tego miejsca od momentu pochówku króla. Każdy bał się iść do sarkofagu pierwszy, a w uszach dźwięczało im powiedzenie „kto pierwszy wejdzie, ten pierwszy zejdzie”.

Wina króla
Nie bez znaczenie w tej historii jest moment śmierci Kazimierza Jagiellończyka. Umarł nie w Krakowie, jak chciał, ale w Grodnie. Było to 7 czerwca 1492 roku. Monarcha miał 65 lat. Upalna pogoda utrudniała przetransportowanie zwłok do oddalonego o kilkaset kilometrów Krakowa. Trzeba to jednak było zrobić szybko, ponieważ coś złego zaczynało się dziać przy martwym ciele króla. Z sosny wykonano trumnę – dłubankę. Włożono do niej nagie zwłoki króla i przykryto bardzo drogim materiałem - karmazynowym altembasem. Przed rozkładem i jego skutkami na otoczenie chronić miało zalanie ciała niegaszonym wapnem. Całość mocno zamknięto i owinięto kilkakrotnie tkaniną nasyconą żywicą, co miało gwarantować szczelność. Transport trwał miesiąc. Króla pochowano 11 lipca w kaplicy Świętokrzyskiej na Wawelu. Przypuszcza się, że w tym czasie trumna i jej zawartość mogły się stać „bombą biologiczną”, która wybuchła po upływie 500 lat.

Ręce królów sięgają daleko
Otwarcie grobu Kazimierza Jagiellończyka dało początek legendzie o klątwie króla. Według niej, każdego, kto ośmielił się zakłócić spokój monarchy, czeka szybki i smutny koniec. Legenda żywa była od dziesięcioleci. Zapewne dlatego, że na ścianie krypty Jagiellończyka na Wawelu widnieje napis – „An nescis regibus longas esse manus?”, co oznacza „Czyż nie wiesz, że ręce królów sięgają daleko?”. Mówiło się też, że w pobliżu zwłok Kazimierza zmarło wcześniej kilka osób. Po badaniach trumny króla, w kaplicy Świętokrzyskiej, w 1972 roku, pierwszą ze zmarłych osób był architekt Feliks Dańczak. Mężczyzna dostał wylewu krwi do mózgu, w rok po otwarciu grobowca. Pozostałe osoby umierały głównie na skutek udarów i zawałów. Kilkanaście osób, które uczestniczyły w badaniach, zmarło na chorobę nowotworową. Wśród nich kolejni pracownicy Muzeum Wawelskiego.
Trudno się dziwić, że tajemniczą serię zgonów skojarzono z podobnymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w Egipcie, po otwarciu grobowca faraona Tutenchamona. W tamtym przypadku wszyscy biorący udział w badaniach uczeni, również zmarli po kilku latach od rozpoczęcia badań.

Zniszczone próbki
Po latach stwierdzono, że przyczyną tajemniczych zgonów był rakotwórczy grzyb, który znajdował się w grobowcu - kropidlak żółty (Aspergillus flavus) oraz produkt jego przemiany materii - aflatoksyna. Grzyb ten wytwarza jad komórkowy gliotoksynę, który stanowi często przyczynę astmy oskrzelowej oraz pierwotną przyczynę alergii pokarmowej. Najprawdopodobniej grzyb był przyczyną śmierci samego króla. Z kości kolanowej monarchy pobrano wycinki, w których znalazły się zabójcze związki. Po badaniach próbek zniszczono je, w obawie przed rozprzestrzenieniem się epidemii. Jednak, jak widać, groźny grzyb zdążył zadziałać. Zachował się w grobowcu od czasów średniowiecza, a otwarcie grobowca pozwoliło mu się uaktywnić.
http://niewiarygodne.pl/k...gajticaid=6efdb

jerzydom - 2012-09-03, 19:02

Apokalipsa rozpocznie się w październiku. To nie żart
Pora przygotować się na Armageddon. Tym razem przed apokalipsą przestrzegają nie samozwańczy profeci, ale ekonomiści, którzy twierdzą, że wydarzenia najbliższych tygodni po prostu trudno sobie wyobrazić. Już w październiku na rynkach finansowych ma dojść do wielkiego trzęsienia ziemi, które doprowadzi do krachu nieporównywalnie większego, niż to, które w 2008 r. zapoczątkowało kryzys gospodarzy o zasięgu globalnym.

Popularny amerykański inwestor, Jim Rogers, podczas jednego z niedawnych wywiadów udzielonych stacji CNBC powiedział wprost, że w ciągu najbliższych tygodni dotknie nas coś, co można zdefiniować dwoma słowami - "finansowy Armageddon". Przekroczenie masy krytycznej oraz "implozja" nastąpić mają tuż po nadchodzących wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Ekspert stwierdził, że świat obecnie tonie w długach.

Zdaniem Rogersa, przyczyna wszystkich kłopotów, z jakimi teraz będzie musiał zmierzyć się świat, leży w niefortunnych decyzjach polityków, którzy nadużywali swoich praw. Szczególną odpowiedzialność za kłopoty ponoszą rządy Stanów Zjednoczonych oraz krajów europejskich. To właśnie decydenci odpowiadający za te gospodarki podejmowali nieroztropne decyzje, na mocy których odbywał się np. masowy dodruk pieniędzy. W samych tylko Stanach Zjednoczonych wartość długu podskoczyła już do astronomicznych 16 bilionów dolarów. Oznacza to, że w przeliczeniu na jednego obywatela obecne zadłużenie wynosi ponad 50 tysięcy dolarów - włączając także dzieci.

"Oni muszą przestać wydawać pieniądze, których nie mają" - powiedział Jim Rogers. "Recepta na zbyt wysokie zadłużenie to po prostu więcej się nie zadłużać. To, co mogłoby mnie teraz mocno podekscytować to sytuacja, w której kilka osób z rządu też by zbankrutowało".

Rogers w swoim wywodzie pozwolił sobie jednak też na zarzuty bardziej personalnie. Jego zdaniem, szczególną winą za kłopoty, których apogeum dopiero nadejdzie, należy obarczyć dwóch polityków - prezydenta USA, Baracka Obamę, a także kanclerz Niemiec, Angelę Merkel. To oni doprowadzili do sytuacji, w której wiele ludzi zaczęło funkcjonować w rzeczywistości pełnej iluzji. Kierując się swoim partykularnym interesem, mamili obywateli, zapewniając ich, że w chwili obecnej światowa gospodarka opiera się na stabilnych fundamentach.
Symptomów nadchodzącego, gigantycznego krachu jest jednak znacznie więcej. Jak zauważają ekonomiści, największe instytucje finansowe w Europie zaczęły wysyłać sygnały ostrzegawcze, świadczące o powadze sytuacji. Wartość ubezpieczenia długu największych europejskich banków osiągnęła poziom astronomiczny, jakiego nie notowano nawet podczas poprzedniego kryzysu zainicjowanego w 2008 r. przez ogłoszenie upadłości przez bank Lehman Brothers.

"Problemem jest brak płynności - to jest to, co wywołuje kłopoty banków. Wygląda to tak samo jak w 2008 r." - powiedział cytowany przez dziennik "The Daily Telegraph" przedstawiciel jednego z londyńskich banków. "Myślę, że zmierzamy w kierunku prawdziwego wstrząsu na rynku, który może nadejść we wrześniu lub październiku. Jego rozmiary trudno porównać do tego, co widzieliśmy kiedykolwiek przedtem".

Według analityków, finansowy Armageddon uderzy też z wielkim impetem w Australię. Wszystko z powodu coraz gorszej sytuacji na tamtejszym rynku nieruchomości, gdzie przez lata pompowano balon spekulacyjny, twierdząc, że ceny domów, ze względu na duże zapotrzebowanie oraz stosunkową niewielką podaż, cały czas będą "szły" w górę (skąd my to znamy?). Teraz przedstawiciele branży sami przyznają, że ceny są niedostosowane do rynku.
http://niewiarygodne.pl/k...,wiadomosc.html

GrzegorzB - 2012-09-03, 19:33

Należy te rewelacje rozpatrywać w świetle nadchodzących wyborów prezydenckich. Australia i Merkel przewijają się po to, żeby uwiarygodnić wizje autora, który krytykuje prezydenturę Obamy.
jerzydom - 2012-09-03, 19:51

MICHAEL T. KLARE, Asia Times

Nadejdą głodowe wojny?

Idą gorące czasy na naszej, coraz gorętszej planecie. Wzrost światowych cen żywności wskutek suszy może mieć nieobliczalne skutki.
Żywność – dostępna, możliwa do kupienia żywność – ma podstawowe znaczenie dla przetrwania i dobrego samopoczucia społeczeństw. Gdy jej brakuje, ludzi najpierw ogarnia niepokój, potem desperacja i gniew. Jak wiemy z historii, rosnące ceny podstawowych produktów spożywczych prowadzą do niepokojów społecznych, a wreszcie do gwałtownych konfliktów.
Wielka Susza 2012 roku jeszcze się nie zakończyła, ale już wiadomo, że jej skutki będą bardzo poważne. Ponad połowa amerykańskich okręgów uznano za regiony dotknięte klęską żywiołową, zbiory kukurydzy, soi i innych podstawowych upraw w 2012 r. na pewno będą znacznie mniejsze, niż prognozowano. To spowoduje wzrost cen żywności, zarówno w Stanach Zjednoczonych jak i za granicą, prowadząc do dalszego ubożenia osób o niskich przychodach i rolników, dotkniętych klęską nieurodzaju. Także ubogie warstwy społeczeństwa w krajach regularnie importujących zboże ze Stanów Zjednoczonych znajdą się w jeszcze trudniejszej sytuacji niż obecnie. A to dopiero pierwsze skutki. Podwyżki cen żywności mogą również prowadzić do zamieszek i brutalnych starć na całym świecie.
W USA wydatki na żywność stanowią jedynie 13 proc. budżetu przeciętnego gospodarstwa domowego, czyli stosunkowo małą część, toteż podwyżki cen prawdopodobnie nie będą zbyt dotkliwe dla większości rodzin o średnich lub wysokich przychodach. Mogą jednak oznaczać poważne trudności dla biednych i bezrobotnych Amerykanów. – Mówimy tu o realnym uszczerbku w budżetach rodzinnych – przestrzega Ernie Gross, ekonomista z Uniwersytetu Creightona w Omaha. Może się to przyczynić do narastającego niezadowolenia społeczeństwa, już dziś wyczuwalnego w regionach dotkniętych kryzysem i bezrobociem.
Najpoważniejsze skutki Wielka Susza najprawdopodobniej będzie jednak miała na arenie międzynarodowej. Ponieważ tyle krajów jest uzależnionych od importu ziarna z USA, którym uzupełniają swoje własne zbiory, a susze i powodzie niszczą plony również w innych regionach, należy się spodziewać, że światowe zasoby żywności się skurczą, a jej ceny na całej planecie wzrosną.
– To, co się dzieje z zasobami żywności w USA, ma ogromny wpływ na sytuację na całym świecie – mówi Robert Thompson, ekspert ds. żywności z Chicago Council on Global Affairs. Według niego, w miarę jak rośliny uprawne, które najbardziej ucierpiały wskutek suszy – kukurydza i soja – będą znikać ze światowych rynków, ceny wszystkich zbóż, w tym pszenicy, prawdopodobnie wzrosną. Będzie to oznaczało ogromne kłopoty dla tych, których już dziś ledwo stać na kupno wystarczającej ilości żywności, by wykarmić rodzinę.
Poszło o cenę bochenka chleba
Nie sposób przewidzieć, jak rozwinie się sytuacja, ale jeśli odwołać się do wydarzeń z niedawnej przeszłości, sprawy mogą przybrać bardzo nieciekawy obrót. W latach 2007–2008, kiedy to ceny ryżu, kukurydzy i pszenicy wzrosły o 100 procent lub nawet więcej, ten skok cen żywności – zwłaszcza chleba – doprowadził do protestów głodowych w ponad 20 krajach, m.in. w Bangladeszu, Kamerunie, Egipcie, Haiti, Indonezji, Senegalu, Jemenie. Na Haiti rozruchy były tak gwałtowne, a obywatele do tego stopnia stracili wiarę w kompetencje władz, że tamtejszy Senat odwołał premiera Jacques’a-Edouarda Alexisa. W innych krajach dochodziło do starć z wojskiem i policją, w których zginęło dziesiątki ludzi.
Powszechnie uważano, że przyczyną podwyżek cen w latach 2007–2008 były w dużej mierze rosnące ceny ropy naftowej, które podniosły koszty produkcji żywności (ropy i jej pochodnych używa się przy pracy w polu, nawadnianiu, do transportu żywności i produkcji pestycydów).
Kolejna podwyżka cen w latach 2010–2011 była już ściśle związana ze zmianami klimatycznymi. Latem 2010 r. intensywne susze objęły znaczne obszary wschodniej Rosji, przez co zbiory pszenicy w tym rolniczym regionie zmniejszyły się o jedną piątą, a Moskwa musiała wstrzymać eksport pszenicy. Susze miały również negatywny wpływ na zbiory zboża w Chinach, podczas gdy intensywne powodzie zniszczyły znaczną część upraw pszenicy w Australii. W połączeniu z innymi skutkami ekstremalnych zjawisk atmosferycznych, te klęski spowodowały wzrost cen pszenicy o ponad połowę, a cen większości produktów żywnościowych – o ponad 30 procent.
Po raz kolejny wzrost cen żywności zaowocował powszechnym niezadowoleniem społecznym i zamieszkami w północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie. Najwcześniejsze protesty przeciw podnoszeniu cen podstawowych produktów żywnościowych wybuchły w Algierii, a potem w Tunezji, gdzie – nie przez przypadek – punktem zapalnym było samospalenie, którego dokonał młody sprzedawca Mohamed Buazizi, prześladowany przez władze.
Głodna arabska wiosna
Wściekłość wywołana rosnącymi cenami żywności i paliw w połączeniu z od dawna narastającym niezadowoleniem, wywołanym represjami i korupcją władz, dały początek arabskiej wiośnie. Rosnące ceny podstawowych produktów żywnościowych były także powodem zamieszek w Egipcie, Jordanii i Sudanie. Inne czynniki, przede wszystkim wrogość wobec autokratycznych reżimów, również odegrały bardzo istotną rolę, ale jak twierdzi autor książki „Tropic of Chaos” (Zwrotnik chaosu) Christian Parenti: „Jeśli prześledzić ten ruch do samych jego początków, okaże się, że u podłoża leży cena bochenka chleba”.
Analitycy już dziś ostrzegają, że obecna susza może doprowadzić do destabilizacji w Afryce, gdzie kukurydza jest podstawowym produktem żywnościowym, a także do rosnącego niezadowolenia w Chinach, gdzie spodziewany jest wzrost cen żywności w czasach, gdy ogromna liczba obywateli o niskich przychodach, wędrownych robotników i biednych rolników ma coraz większe kłopoty. Wyższe ceny żywności w USA i Chinach mogą także spowodować spadek konsumpcji innych towarów, przyczyniając się do dalszego spowolnienia globalnej gospodarki i jeszcze większej biedy na całym świecie, co wywołałoby trudne do przewidzenia skutki. Jakie?
Klimatolodzy przestrzegają, że wraz z podnoszeniem się temperatury na świecie fale upałów, jak ta obecna w USA, będą przybierać na sile i występować coraz częściej. Z analizy naukowców z Uniwersytetu Columbia wynika, że jeśli prognozy dotyczące zmian klimatu się sprawdzą, to wskutek ekstremalnych upałów zbiory w USA mogą w przyszłości być niższe o 30 procent. Świat musi się przygotować na poważne zmiany. W niektórych regionach plony będą niższe, gdzie indziej wzrosną. I tak np. zimna i nieurodzajna Skandynawia przekształci się prawdopodobnie w potężny spichlerz. Po stronie przegranych znajdą się dotychczasowe centra produkcji rolnej, takie jak południowa Hiszpania. Zmieni się również sytuacja w Afryce: Sahara się zazieleni, zaś na południu kontynentu będą panować susze.
Gdyby chodziło tylko o jedne gorsze zbiory w jednym tylko kraju, świat niewątpliwie poradziłby sobie z wynikającymi z tego niedostatkami i można by się spodziewać, że w nadchodzących latach wahadło odbije w drugą stronę. Coraz wyraźniej jednak widać, że Wielka Susza w 2012 roku to nie pojedynczy incydent w jednym, dużym kraju, ale nieunikniony skutek globalnego ocieplenia, które będzie przybierać na sile. W rezultacie możemy się spodziewać nie tylko pojedynczych chudych, skrajnie upalnych lat. Takie lata będą jeszcze trudniejsze, gorętsze i coraz częstsze - nie tylko w USA, ale na całym świecie, i to przez trudny do przewidzenia czas.
Przegrzana planeta
Do niedawna wielu naukowców niechętnie przypisywało winę za huragany czy susze globalnemu ociepleniu. Teraz jednak coraz więcej badaczy twierdzi, że między tymi zjawiskami często istnieje wyraźny związek. Przykładem mogą być wyniki jednego z przeprowadzonych ostatnio badań, dotyczących przede wszystkim ekstremalnych zjawisk atmosferycznych w 2011 r. Eksperci z Amerykańskiej Narodowej Służby Oceanicznej i Meteorologicznej oraz ze Służby Meteorologicznej Wielkiej Brytanii wykazali, że to na skutek zmian klimatu spowodowanych działalnością człowieka znacznie częściej niż kiedykolwiek zdarzają się dziś intensywne fale upałów, takie jak ta, która miała miejsce w Teksasie w 2011 r.
Wyniki opublikowane przez Amerykańskie Towarzystwo Meteorologiczne świadczą o tym, że wskutek globalnego ocieplenia prawdopodobieństwo wystąpienia takich zjawisk jak fala upałów w Teksasie jest dziś 20-krotnie większe niż w 1960 r. Podobnie wyjątkowo wysokie, ponadnormatywne temperatury, jak te, które odnotowano w Wielkiej Brytanii w listopadzie ub.r., występują dziś 62 razy częściej – właśnie z powodu globalnego ocieplenia.
A czego możemy oczekiwać w przyszłości, kiedy zmiany klimatyczne nabiorą rozpędu? Gdy myślimy o zmianach klimatycznych (jeśli w ogóle się nad tym zastanawiamy), wyobrażamy sobie coraz wyższe temperatury, przedłużające się susze, gwałtowne huragany, szalejące pożary lasów i coraz wyższy poziom mórz. Skutkiem tych zjawisk może być m.in. zniszczenie infrastruktury i znaczne zmniejszenie zasobów żywności. A to są dopiero rezultaty ocieplenia w świecie fizycznym - a nie na poziomie społecznym, na którym wszyscy przebywamy, a od którego również zależy nasze przetrwanie i dobrobyt. Czysto fizyczne skutki zmian klimatycznych bez wątpienia będą katastrofalne, ale jeszcze bardziej dramatyczne mogą się okazać konsekwencje społeczne, jak zamieszki spowodowane niedostatkiem żywności, masowy głód, upadek rządów i państw, masowe migracje i różnego rodzaju konflikty, przeradzające się czasem w regularną wojnę,
Miliony zrozpaczonych
W cieszącej się niezwykłym powodzeniem powieści dla młodzieży „Igrzyska śmierci”, autorstwa Suzanne Collins, która przyciągnęła miliony czytelników – a także w filmie na jej podstawie – widzimy obraz postapokaliptycznej, zubożałej i pozbawionej środków do życia Ameryki Północnej. Każdy z „dystryktów”, które w przeszłości zorganizowały powstanie, musi co roku przeznaczać po dwoje nastolatków do transmitowanego przez telewizję czegoś w rodzaju turnieju gladiatorów, kończącego się śmiercią wszystkich młodych uczestników – z wyjątkiem jednego.
Głodowe Igrzyska mają być rekompensatą za zniszczenia, jakich doznała zwycięska stolica państwa ze strony mieszkańców zbuntowanych dystryktów. Collins daje do zrozumienia, że to zmiany klimatyczne są w dużej mierze odpowiedzialne za głód, który kładzie się cieniem na przyszłości całego kontynentu. Dlatego też, wyznaczając gladiatorów, burmistrz 12 dystryktu mówi: Klęski żywiołowe, susze, huragany, pożary, podnoszący się poziom mórz pochłonęły wielkie połacie ziemi - a o tę niewielką cząstkę, która pozostała, toczy się brutalna wojna.
Collins okazała się wizjonerką, nawet jeśli jej specyficzny obraz świata opartego na przemocy to tylko fantazja. Prawdopodobnie nigdy nie obejrzymy głodowych igrzysk w takiej wersji, ale nie ma wątpliwości, że jakaś ich odmiana wkrótce się pojawi: przyszłość przyniesie nam wojny głodowe. Może to być wariacja na temat śmiertelnych rozruchów, które doprowadziły do upadku rządu na Haiti w 2008 r., lub gwałtownych starć między protestującymi masami i siłami bezpieczeństwa w Kairze podczas arabskiej wiosny, albo też etnicznych wojen o zbiory i źródła wody, za sprawą których gazety na całym świecie wielokrotnie donosiły na pierwszych stronach o rzeziach w Darfurze, czy wreszcie nierównego podziału ziemi rolnej, który leży u podłoża powstań chłopskich w Indiach pod wodzą naksalitów, czyli tamtejszych maoistów.
Wędrówki głodnych ludów
Oprócz tych konfliktów mogą pojawić się także inne zagrożenia: susze i głód skłonią miliony ludzi do porzucenia rodzinnych ziem i ucieczki do obskurnych dzielnic biedoty i rozrastających się slumsów wokół wielkich miast, gdzie będą budzić niechęć i wrogość dotychczasowych mieszkańców. Do takiej tragicznej w skutkach sytuacji doszło w ubogich dzielnicach Johannesburga w 2008 r., kiedy to zdesperowani, biedni i głodni nędzarze z Malawi i Zimbabwe byli bezlitośnie ścigani, bici, a czasem nawet podpalani żywcem przez miejscową biedotę. Pewna przerażona kobieta z Zimbabwe, która schroniła się przed goniącym ją tłumem na komisariacie policji, mówiła że wyruszyła ze swego kraju, „bo tam nie ma pracy i nie ma co jeść”. Możemy być pewni, że w nadchodzących dziesięcioleciach kolejne miliony, uciekając przed klęskami żywiołowymi, począwszy od susz i powodzi aż po podnoszący się poziom wód, będą wędrować do innych krajów, wywołując tam jeszcze większą wrogość.
Wszyscy skupiają się dziś, co zrozumiałe, na bezpośrednich skutkach tegorocznej Wielkiej Suszy: na zniszczonych zbiorach, kurczących się plonach i rosnących cenach żywności. Nie należy jednak lekceważyć społecznych i politycznych konsekwencji, jakie niewątpliwie dadzą o sobie znać na poziomie krajowym i międzynarodowym dopiero pod koniec tego roku, a może nawet w roku 2013. Zaś nadchodzące dziesięciolecia przyniosą nam wojny wywołane głodem, coraz wyższe temperatury, przedłużające się susze, niedobory żywności - i miliony głodujących, zdesperowanych ludzi.

Autor jest wykładowcą na wydziale badań nad pokojem i bezpieczeństwem w Hampshire College (Amherst, Massachusetts). W Polsce ukazała się jego książka „Krew i nafta. Niebezpieczeństwa i konsekwencje rosnącej zależności Ameryki od importowanej ropy naftowej”.
http://www.polityka.pl/sw...dowe-wojny.read

jerzydom - 2012-09-19, 10:19

Następny zlot może w kraterze :-D

W najbliższych dniach "świat może zostać wywrócony do góry nogami"
Zaprezentowane właśnie informacje mogą mieć niebagatelny wpływ na światową gospodarkę, ale w niedalekiej perspektywie także na układ sił na świecie. Zgodnie ze źródłami rosyjskimi, w jednej z wyrw na Syberii znajduje się gigantyczne złoże diamentów. Jest ich podobno tak dużo, że są w stanie zaspokoić światowe potrzeby na te kamienie na ok. 3 tysiące lat!
O tym, że takie złoże istnieje, Kreml doskonale wie podobno już od lat 70. XX w. Po dokonaniu odkrycia władze postanowiły trzymać jednak tę informację w tajemnicy. Dopiero teraz zdecydowano się upublicznić informację. W czasie spotkania naukowców z Instytutu Geologii w Nowosybirsku oraz przedstawicieli rządu, które odbyło się w miniony weekend, ci pierwsi otrzymali zapewnienie, że wreszcie będą mogli zacząć dokładnie badać dobra ukryte w kraterze. W związku z tym, że diamenty są dwukrotnie twardsze niż normalnie, świetnie się będą nadawać m.in. do celów badawczych - poinformował dziennik "Daily Mail", powołując się na agencję ITAR-Tass.
Zdaniem naukowców, w kraterze Popigaj, który ma średnicę ok. 90 kilometrów, znajdują się diamenty, których masę można liczyć w bilionach karatów. Wyrwa powstała prawdopodobnie w wyniku uderzenia asteroidy.
Jak się okazuje, zasoby diamentów, które znajdują się w okolicach koła podbiegunowego nie były dotąd praktycznie wykorzystywane. Wcześniej niewielkie ilości kamieni wydobywali stamtąd tylko więźniowie znajdujących się w strefie krateru Popgaj łagrów. Ale dotąd niewiele osób wiedziało, że złoża są tak olbrzymie. Za czasów ZSRR nastawiono się bowiem przede wszystkim na produkcję kamieni syntetycznych - przypomniał dziennik "Daily Mirror".

"Mówimy o bilionach karatów, o złożach większych niż wynoszą wszystkie światowe rezerwy razem wzięte" - powiedział naukowiec Mikołaj Pokhilenko.
Oczywiście wciąż otwarte pozostaje pytanie, jak zagra teraz Rosja i w jaki sposób wpłynie to choćby na ceny diamentów. Zgodnie z odwiecznym prawem popytu i podaży, ceny tych szlachetnych kamieni powinny teraz polecieć na łeb, na szyję.

"Diamenty te mogą wywrócić do góry wszystko i tak naprawdę nie jest w tej chwili jasne, co się stanie z cenami na rynku" - stwierdził Gienadij Nikitin. "Ich wartość może być jednak większa dla przemysłu niż dla branży jubilerskiej".
Szacuje się, że krater Popigaj, gdzie znajdują się złoża diamentów, ukształtowany został ok. 35 milionów lat temu w wyniku uderzenia meteoru o średnicy ok. 5-8 kilometrów.
http://niewiarygodne.pl/k...gajticaid=6f322

GrzegorzB - 2012-09-19, 15:14

Taki sobie news, "religijny" :lol:
http://wiadomosci.onet.pl...ortaz-duzy.html

Bob - 2012-09-19, 17:18

Co kraj to obyczaj... Pedofilska mafia, pedofilskie obyczaje... również wzwód księdza na tej fotce :evil:



jerzydom - 2012-09-20, 07:18

Rosja: rewelacje o olbrzymich syberyjskich złożach diamentów w Popigaju

Rosja ujawniła po raz pierwszy szczegóły dotyczące olbrzymich złóż diamentów znajdujących się o 2 000 km na północ od Krasnojarska, które powinny wystarczyć na 3 000 lat i których istnienie za czasów ZSRR było utrzymywane w ścisłej tajemnicy.

Ukrywana w czasach zimnej wojny "rezerwa strategiczna" ZSRR w postaci odkrytego w pustkowiach wschodniej Syberii, około 1970 roku, złoża nazwanego Popigaj znajduje się o 400 kilometrów od najbliższej zamieszkanej miejscowości Katinga w obwodzie krasnojarskim.

Instytut Geologii i Minerałów im. Sobolewa w Nowosybirsku ogłosił w tym tygodniu kilka nieznanych informacji dotyczących tej kopalni usytuowanej w kraterze o średnicy stu kilometrów, jaki powstał ok. 35 milionów lat temu, po upadku na ziemię asteroidy.
Fala uderzeniowa powstała w momencie upadku asteroidy przeobraziła w jednej chwili grafit zawarty w syberyjskim gruncie w maleńkie diamenty występujące w promieniu kilkunastu kilometrów od miejsca jej upadku.

Są to głównie diamenty przemysłowe o średnicy od 0,5 do 2 milimetrów i wyglądzie szarych, błękitnych lub żółtych ziarenek - wyjaśnił dyrektor Instytutu Nikołaj Pochilenko.

Liczona w karatach rezerwa tych diamentów, wykorzystywanych głównie do produkcji instrumentów precyzyjnych i w przemyśle lotniczym, jest 110 razy większa niż znane dotąd światowe zasoby diamentów - twierdzą eksperci Instytutu cytowani przez agencję AFP.

Radzieccy specjaliści wiedzieli, że diamenty z kopalni Popigaj są bardziej wytrzymałe niż wytwarzane syntetycznie, ale w czasach ZSRR "woleli budować fabryki sztucznych diamentów" - powiedział Pochilenko.

Kopalnia w Popigaju została porzucona i zapomniana przez prawie 30 lat, aż Instytutu Sobolewa zaczął w 2009 r. interesować się nią na nowo. W czasach chaosu gospodarczego i politycznego, które nastąpiły po rozpadzie ZSRR w 1991 r., kopalnia prawie nie budziła zainteresowania Moskwy.

"Dotychczas zbadano 0,3 proc. powierzchni krateru. Ta jego część może zawierać 147 miliardów karatów, podczas gdy światowe rezerwy diamentów oceniano dotąd na 5 miliardów karatów", co daje wyobrażenie o zasobach, jakie kryje krater - powiedział dyrektor Instytutu Sobolewa.

"Przy obecnym zużyciu diamentów przemysłowych rezerwy złóż w Popigaju wystarczą na 3 000 lat" i mogą "wywołać rewolucję przemysłową" na świecie, zwłaszcza w dziedzinie produkcji samochodów i samolotów - ocenia Pochilenko.

Według rosyjskich specjalistów eksploatacja rezerw diamentów w Popigaju może jednak okazać się ogromnie kosztowna. Złoża znajdują się na obszarze wiecznej zmarzliny, w rejonie pozbawionym dróg, do którego nie sposób dotrzeć inaczej jak śmigłowcem.
http://wiadomosci.onet.pl...,wiadomosc.html

jerzydom - 2012-09-22, 19:16

Roman Frister

Wojna prewencyjna Izraela z Iranem to nie science fiction

Dziurawe niebo

Oto scenariusz fikcji, która już jutro może stać się rzeczywistością: Izrael uderza na Iran, dopóki nie jest za późno. Armia odnosi sukces, za który naród płaci cenę.
Podrywają się z lotnisk w północnym i środkowym Izraelu, biorą kurs na Damaszek i lecą prosto na Iran. Sparaliżowana wielomiesięczną rebelią syryjska obrona przeciwlotnicza może się tylko bezradnie przyglądać, jak ponad setka samolotów bojowych F-15 i F-16 z gwiazdą Dawida wymalowaną na skrzydłach mknie najkrótszą drogą ku precyzyjnie wyznaczonym celom: głęboko zakopanym irańskim instalacjom nuklearnym. Piloci ćwiczyli tę operację wielokrotnie, najpierw nad Turcją, a po pogorszeniu się stosunków z Ankarą – nad Włochami i Grecją. Ale teraz to już prawdziwy atak, a każda bomba jest na wagę złota.
Pentagon odmawia bowiem dostarczenia swoich potężnych, naprowadzanych laserowo bomb GBU-28, które demolują betonowe schrony ukryte nawet 60 m pod powierzchnią ziemi. Amerykanie zakładają, że embargo na „niszczycieli bunkrów” uniemożliwi Izraelowi prowadzenie wojny zaczepnej z Iranem bez wyraźnej zgody USA. Ale nie przewidzieli, że izraelski przemysł zbrojeniowy w dość krótkim czasie zdoła wyprodukować własną broń niszczącą podziemne schrony. Izraelskie bomby są znacznie mniejsze niż GBU-28, nazywają się MPR-500, na dodatek nie wypróbowano ich dotąd w warunkach bojowych, a ich liczba jest nadal bardzo ograniczona.
Choć irańska obrona przeciwlotnicza wie o ataku od chwili, gdy odrzutowce przekroczyły granicę izraelsko-syryjską, to niewiele może zrobić. Baterie rakiet S-300 produkcji rosyjskiej potrafią zlokalizować nieprzyjaciela znajdującego się w odległości 144 km i na pułapie 27 tys. m, ale irańskie siły zbrojne nie mają ich wiele. Po dostarczeniu trzech kompletów Moskwa – podporządkowując się międzynarodowym sankcjom uchwalonym przez Radę Bezpieczeństwa – zaprzestała dalszej sprzedaży wyrzutni. Wprawdzie Gwardii Rewolucyjnej udało się nabyć jeszcze dwa dodatkowe zestawy na Białorusi i jeszcze dwa w innym, niezidentyfikowanym kraju, ale wszystkie razem nie wyrządzają poważnych szkód nadlatującym eskadrom, udaje im się strącić tylko dwa F-15.
Reszta obrony przeciwlotniczej jest przestarzała, na czele z pochodzącymi jeszcze z czasów sowieckich rakietami S-75, podobnymi do tej, która 1 maja 1960 r. zestrzeliła nad Swierdłowskiem amerykański samolot rozpoznawczy U-2. Iran posiada również 200 zestawów brytyjskich rakiet ziemia–powietrze typu Rapier, zamówionych wprawdzie za panowania szacha Rezy Pahlawiego, lecz dostarczonych znacznie później. Cała reszta, oprócz pięciu baterii S-75 z dostaw libijskich, to eksponaty niemal muzealne. Rozrzucone w granicach całego państwa, a więc na obszarze 1,6 mln km kw., w krytycznej chwili nie zdają się na wiele.
Gotowe do startu irańskie samoloty bojowe nie opuszczają pasów startowych. Dowódcy sił powietrznych zdają sobie sprawę, że nie mają szans w starciu z izraelskimi lotnikami, zwłaszcza że spora część irańskich maszyn pochodzi z lat 80. i jest chińską wariacją sowieckiego samolotu MiG-21, który przestano w Rosji produkować już na początku lat 90. Co prawda irańskie lotnictwo bojowe ma jeszcze do dyspozycji kilkadziesiąt samolotów MiG-29, ale wiele do życzenia pozostawiają kwalifikacje zawodowe pilotów – to skutek konfliktu w rejonie cieśniny Ormuz, który zmusił Iran przede wszystkim do rozbudowy marynarki wojennej kosztem lotnictwa.
W podziemnym bunkrze sztabu w Tel Awiwie generałowie i pułkownicy niecierpliwie czekają na pierwsze sygnały nieuchronnego odwetu. Wywiad wojskowy doskonale zna możliwości wroga. Tylko ludność cywilna żyje w przekonaniu, że nikt nigdy nie rzuci Izraela na kolana. Hasło „nie będzie drugiego Holocaustu”, jak pacierz powtarzane przez premiera i nagłaśniane przez telewizję, odnosi skutek. Sondaże opinii publicznej wskazują, że 40 proc. Izraelczyków pragnie frontalnego starcia z Iranem, a 70 proc. jest przekonanych o szybkim zwycięstwie bez wielkich ofiar.
Oficerowie sztabowi dobrze znają prawdę: nie ma darmowych obiadów. Największe zagrożenie stanowią 16-tonowe rakiety balistyczne Szahab-3B, oparte na udoskonalonej technologii koreańskich Taepodong. Każdą wyposażono w głowicę zawierającą kilkuset kilogramów konwencjonalnego materiału wybuchowego. Zasięg tych rakiet umożliwia uderzenie w każdą instalację wojskową na terenie państwa żydowskiego, a w razie potrzeby nawet znacznie dalej. Podczas ostatnich irańskich manewrów nazwanych Wielki Prorok 7 rakiety te spadały na wybrane obiekty z wysokości 16 tys. m, z szybkością 7 km/sek. Oko ludzkie nie jest w stanie za nimi nadążyć. Według Mosadu Iran dysponuje obecnie pięcioma lub sześcioma wyrzutniami dostosowanymi do rakiet tego typu oraz 20 gotowymi do odstrzału pociskami. W zaawansowanym stadium produkcji są także modele Szahab-4 i Szahab-5. Ich zasięg obejmuje każdy obiekt w Europie.
Kilka minut po wykryciu nadlatujących izraelskich eskadr Iran odpala pierwsze dwie rakiety typu Szahab, które jednak nie są precyzyjne w osiąganiu zamierzonych celów. To właśnie, o paradoksie, stanowi największe zagrożenie: nie uderzają w doskonale chroniony reaktor atomowy w północnej części pustyni Negew, ale powodują spustoszenie w pobliskim miasteczku Dimona zamieszkanym wyłącznie przez ludność cywilną. Nie rujnują zakładów zbrojeniowych Rafael w zatoce w Hajfie, uderzają za to w gęsto zaludnione centrum miasta. W ciągu kilku sekund całe dzielnice mieszkalne obracają się w perzynę. W pierwszych godzinach nie sposób policzyć ofiar, ale z całą pewnością szybko braknie zarówno miejsc na cmentarzach, jak i łóżek w szpitalach.
Praktycznie żadne miasto – ani nowoczesny Tel Awiw, ani otoczona historycznymi murami Akka – nie mogą być pewne jutra. Może tylko w Jerozolimie można będzie swobodnie oddychać. Ale jej ochroną nie są nowoczesne systemy antyrakietowe, lecz słynny meczet Al-Aksa, druga po Mekce najświętsza ze świętych świątynia muzułmańska. Zburzenie jej, nie przez pomyłkę, nie wchodzi dla Irańczyków w rachubę. Świat islamski nigdy by im tego nie wybaczył.
Izraelska tarcza ochronna przed pociskami balistycznymi opiera się na amerykańskich Patriotach. Już wiele lat temu, za panowania Saddama Husajna, nie zdały egzaminu: ustawione na telawiwskiej plaży nie strąciły ani jednej rakiety wystrzelonej na Izrael z Iraku. Drobne usprawnienia nie czynią z nich skutecznej osłony przed potężnym Szahabem. Zdaniem ekspertów wymagają poważnych zmian, aby mogły się skutecznie zmierzyć z nowymi zagrożeniami.
Izraelscy konstruktorzy, współpracujący z ekspertami producenta, amerykańską firmą Raytheon, pracują obecnie nad ich dostosowaniem do nowych warunków walki, ale nawet najwięksi optymiści nie przewidują zakończenia prac przed 2014 r. Sporo nadziei pokłada się w rakietach balistycznych własnej produkcji: Jerycho-3 ma zasięg 11,5 tys. km i wyposażona jest w głowicę nuklearną o wadze 750 kg. Ale znów – sprawdzona w ćwiczeniach, nie zdała jeszcze egzaminu w wojnie atomowej z prawdziwego zdarzenia, no i w konwencjonalnym starciu jest na razie nieprzydatna.
Jeszcze zanim wzniosą się dwa kolejne pociski typu Szahab-3B, izraelskie odrzutowce zwalniają pierwszą serię bomb kruszących beton. Piloci meldują centrali: cele trafione. Ale dopiero w dalszej przyszłości Tel Awiw będzie wiedział, czy bomby krajowej produkcji na pewno dokonały planowanego dzieła zniszczenia i czy podziemne zakłady nuklearne zostały uszkodzone w takiej mierze, że irański wyścig do bomby atomowej opóźni się o kilka lat. Jeśli okaże się, że tak nie jest, cała ta wyprawa wojenna była po nic.
Wielką niewiadomą są irańskie możliwości ataku chemicznego. Już we wrześniu 2000 r. wicedyrektor CIA Norman Schindler informował komisję bezpieczeństwa amerykańskiego Senatu o irańskich wysiłkach mających na celu szybkie wyprodukowanie głowic wyposażonych w materiały paraliżujące system nerwowy, powodujące niewydolność dróg oddechowych oraz parzących ciała ludzkie. Zdaniem CIA, Chiny i Rosja są głównymi dostawcami zarówno chemikaliów, jak i niezbędnej technologii. Niektóre surowce nabywane są legalnie na Zachodzie, ponieważ służą także do celów leczniczych.
Izrael posiada równie groźną broń, ale wątpić należy, aby zechciał jej kiedykolwiek użyć: w instytucie medycznym w Nes Cyjona, małej osadzie położonej 25 km na południe od Tel Awiwu, pod przykrywką eksperymentów naukowych produkuje się broń biologiczną. Tajemnica nigdy nie zostałaby ujawniona, gdyby nie aresztowanie dyrektora instytutu, profesora Markusa Klingberga, który okazał się sowieckim szpiegiem. Po odsiedzeniu kilkuletniej kary więzienia wyemigrował do Francji, gdzie w 2007 r. opublikował książkę „Ostatni szpieg”, niepozostawiającą żadnego szczegółu domysłom.
Jest też niemal pewne, że w przypadku wojny przywódca szyickiej organizacji bojowej Hassan Nasrallah, wierny sojusznik Teheranu, ściągnie charakter starcia z nieba na ziemię. Hezbollah w południowym Libanie dysponuje setkami wyrzutni rakietowych ziemia–ziemia typu Grad i Kassam, rozmieszczonych na północ od rzeki Litani, 40 km od granicy z państwem żydowskim. Latem 2006 r., podczas zainicjowanej przez Izrael kampanii mającej na celu wyparcie terrorystów ze strefy przygranicznej, spadło na Galileę i Hajfę kilkaset takich pocisków, dokonując poważnego spustoszenia wśród ludności cywilnej. Szkody materialne wyceniono wówczas na kilkaset milionów dolarów. Skonstruowana ostatnio tarcza ochronna Kipat Barzel (żelazny parasol) stanowi dzisiaj skuteczną odpowiedź na atak takich pocisków. Ale sam fakt walki na dwóch frontach stanowiłby trudne wyzwanie, ponieważ do zniszczenia odległych baterii Hezbollahu również niezbędne jest lotnictwo.
Niebo nad całym niemal Izraelem wydaje się dziurawe. Nawet jeśli armia odniesie sukces i atak opóźni o kilka lat możliwość produkcji broni jądrowej w Iranie, cenę sukcesu w dużej mierze zapłaci ludność cywilna. Wprawdzie w północnej części pustyni Negew otwarto niedawno szkołę obrony przeciwlotniczej, a były szef Szin Betu, izraelskiego wywiadu, Avi Dichter został pod koniec sierpnia mianowany ministrem ochrony cywilnego zaplecza, czyli ministrem bezpieczeństwa wewnętrznego, ale nawet dziecko rozumie, że decyzje administracyjne nie mogą zastąpić rzeczywistej ochrony przed zagrożeniami nowej generacji.
Nie rozwiążą problemu także ostrzeżenia wysyłane esemesem do telefonów komórkowych wszystkich obywateli. Media hebrajskie pytają, co przeciętny Izraelczyk ma uczynić po otrzymaniu alarmującej wiadomości o nadlatującej rakiecie, skoro schrony publiczne, budowane podczas wojny sześciodniowej, a więc przed ponad 40 laty, nie dają już skutecznego zabezpieczenia, a w większości nowoczesnych wieżowców brak pomieszczeń, których Szahab-3B nie mógłby skruszyć w ciągu jednej sekundy. Nikt też nie wie, czy rozdawane ludności maski gazowe stanowią skuteczną ochronę przed irańską bronią biologiczną.
***
Wszystko to razem brzmi jak rozdział z powieści science fiction, ale stanowić może realną rzeczywistość w przypadku, gdy Beniamin Netanjahu przekona swoich ministrów o konieczności wojny prewencyjnej z Iranem. Buńczuczne przemówienia Ahmadineżada, zapowiadające wymazanie państwa żydowskiego z mapy Bliskiego Wschodu, nawet jeśli nie są niczym innym jak czczą pogróżką stosowaną na wewnętrzny użytek, stanowią wodę na młyn ambitnych i niebezpiecznych dążeń izraelskiego premiera szermującego groźbą drugiego Holocaustu. A także trudny do odparcia argument w dyskusji z tą częścią dowództwa armii, która sprzeciwia się zaatakowaniu Iranu bez zgody i bez pomocy Stanów Zjednoczonych.
Na zgodę taką nie liczy nikt, kto realnie ocenia stanowisko Baracka Obamy, wciąż jeszcze wierzącego w skuteczność sankcji gospodarczych i finansowych: najpierw odmówił dostaw bomb kruszących beton podziemnych instalacji nuklearnych, a we wrześniu odwołał dawno ustalone wspólne amerykańsko-izraelskie manewry wojskowe.
„Mitt Romney by nam tego nie zrobił” – powiedział Ehud Barak, izraelski minister obrony i zwolennik uderzenia na Iran. Jego rozgoryczenia nie zmieniła decyzja Senatu, który przyznał ostatnio armii izraelskiej 90 mln dol. na otarcie łez. A w wywiadzie dla dziennika „Haaretz” Eliahu Winograd, były przewodniczący Sądu Najwyższego i przewodniczący komisji badającej błędy popełnione przez armię podczas starcia z Hezbollahem, ostrzega premiera i jego otoczenie: „zastanówcie się nad tym, co robicie, bo w jeden dzień możecie zburzyć wszystko, co zbudowaliśmy w ciągu 65 lat”
http://www.polityka.pl/sw...ce-fiction.read

jerzydom - 2012-09-29, 13:48

Ziemia pęka? Zaskujące odkrycie geologów
Seria potężnych trzęsień ziemi, które w kwietniu tego roku nawiedziły okolice indonezyjskiej Sumatry, doprowadziły do rozłamu indoaustralijskiej płyty tektonicznej. Zdaniem geologów skutki tego zdarzenia mogą być katastrofalne i w przyszłości doprowadzić do gigantycznych wstrząsów ziemi na całym świecie. (TR)
Pod linkiem film
http://wiadomosci.onet.pl...ow,95559,w.html

GrzegorzB - 2012-09-29, 14:13

Skorupa jest w ciągłym ruchu:
http://www.google.pl/sear...iw=1280&bih=848

jerzydom - 2012-10-02, 06:54

Przeszczep duszy
Wyobraź sobie taką sytuację. Jesteś śmiertelnie chory i z nadzieją czekasz na przeszczep serca. Po udanej operacji czujesz się jak nowonarodzony, ale nagle okazuje się, że ulubiona wcześniej pizza pepperoni, nie sprawa ci już radości. Ni stąd, ni zowąd zaczynasz przechodzić na wegetarianizm i świetnie jeździć na nartach. Zaniepokojony tym odszukujesz rodzinę swojego dawcy. Okazuje się, że była nim wegetarianka, zawodowo uprawiająca narciarstwo alpejskie. Tego typu historii jest znacznie więcej. Czy choć w jednej z nich kryje się ziarno prawdy, a narządy faktycznie gromadzą w sobie pamięć po wcześniejszym właścicielu?

Serce samobójcy

Była jesień 1995 roku. Pięćdziesięcio siedmioletni Sonny Graham od dłuższego czasu cierpiał na skomplikowaną niewydolność serca. Bez znalezienia dawcy, lekarze dawali mu najwyżej sześć miesięcy życia. Kiedy Sonny stracił już nadzieję, ze szpitala uniwersyteckiego w Południowej Karolinie zadzwonił telefon. "Proszę się natychmiast spakować, mamy dla pana serce" – powiedział lekarz. Przeprowadzona jeszcze tego samego dnia operacja okazała się sukcesem. Niestety, jak w wielu tego typu przypadkach, za szczęściem jednej osoby, stała tragedia drugiej. Jak się później okazało, przeszczepiony organ należał do młodego mężczyzny, który z niewiadomych przyczyn popełnił samobójstwo strzelając sobie w głowę we własnym garażu. Nieświadomy tego Sonny szukał rodziny dawcy, aby podziękować jej za zgodę na transplantację. Po dwuletniej wymianie listów z Cheryl, wdową po mężczyźnie, którego serce biło teraz w piersi Grahama, umówili się na spotkanie i z miejsca zakochali. Sonny długo się nie zastanawiał i niemal natychmiast zadecydował o przeprowadzce do Georgii, w której mieszkała jego przyszła żona wraz z czwórką dzieci z wcześniejszego związku. Za zgromadzone oszczędności wspólnie zakupili dom, a w 2003 r. postanowili się pobrać.
Zaraz po ślubie zainteresowanym całą sprawą mediom Cheryl wyznała: "Kiedy poznałam Sonny'ego poczułam wielką ulgę. Cieszę się, że coś tak dobrego mogło wyniknąć z tak strasznej historii". Niestety, po kilku latach udanego małżeństwa, niczym klątwa powtórzył się ten sam scenariusz. Bez wyraźnych sygnałów ani śladów depresji, mężczyzna targnął się na swoje życie w sposób niemal identyczny jak jego "poprzednik". Wszyscy, którzy znali Sonny'ego, nie mogli w to uwierzyć. "Był typem faceta, do którego idziesz, jak coś się zepsuje. Zawsze wszystkim pomagał i był uśmiechnięty" – opowiadał po zdarzeniu jeden z przyjaciół.

"Danny, moje serce należy do ciebie"

Przez lata podobnych przypadków zdarzyło się znacznie więcej, a każdy z nich brzmi bardziej nieprawdopodobnie od poprzedniego. Wierzący w możliwość transferu osobowości pomiędzy dawcą a biorcą prof. Gary Schwartz z Uniwersytetu w Arizonie w swojej karierze zgromadził i udokumentował ponad 70 tego typu historii. W jednej z nich osiemnastolatek, który zginął podczas wypadku samochodowego, przed swoją śmiercią nagrał piosenkę pod tytułem "Danny, moje serce należy do ciebie". Kiedy rok po tragedii rodzice własnym kosztem wydali płytę z jego nagraniami, uderzyły ich słowa utworu. Po poszukiwaniach osoby, do której trafił organ, okazało się, że otrzymała go młoda Danielle, która po odsłuchaniu nagrania stwierdziła, że brzmi "dziwnie znajomo", umiała również bezbłędnie powtórzyć wszystkie słowa
Choć to zdarzenie można z dużym prawdopodobieństwem nazwać przedziwnym zbiegiem okoliczności, prof. Schwartz na poparcie swojej tezy wyciąga jeszcze bardziej spektakularne przypadki. Tak oto mężczyzna w średnim wieku po przeszczepie nagle zapałał nieprzejawianą wcześniej miłością do muzyki klasycznej. Jakie było jego zdziwienie, kiedy okazało się, że serce otrzymał od 17-letniego skrzypka, który zmarł podczas ulicznej strzelaniny. Innym razem 29-letnia lesbijka, uwielbiająca mięso i fast-foody, z dnia na dzień po operacji przeszła na wegetarianizm i zmieniła orientację seksualną, a niedługo potem wyszła za mąż. Serce, które jej przeszczepiono, należało wcześniej do 17-letniej heteroseksualnej wegetarianki.

Podobne doświadczenie przydarzyło się Amerykance Claire Sylvii, która po skomplikowanym przeszczepie płuc i serca w pierwszych słowach po wybudzeniu z narkozy zażądała butelki piwa, choć wcześniej nie przepadała za alkoholem. Po operacji zaczęła dodatkowo szaleć za smażonym kurczakiem i zielonym pieprzem. Z niepokojem stwierdziła też, że choć nie przejawia zainteresowania tą samą płcią, niektóre kobiety zaczynają się do niej zalecać. I ta historia ma podobny do poprzednich finał. Dawcą okazał się młody piłkarz, który lubił wypić, a jego ulubionym przysmakiem był… kurczak z zielonym pieprzem właśnie.
Gdzie mieszka dusza?

Choć większość naukowców zbywa tego typu opowieści machnięciem ręki, geneza upatrywania w ciele siedliska duszy jest starsza niż nam się wydaje. Już Arystoteles twierdził, że jest ona formą ciała i wraz z jego śmiercią, sama ulega zniszczeniu. Inni greccy filozofowie, utrzymywali natomiast, że dusza składa się z występujących w całym organizmie atomów, oraz że można ją porównać do oddechu, przenikającego całego człowieka. Jako jeden z pierwszych, istotę duszy umieścił w sercu rzymski poeta i myśliciel Lukrecjusz, który odróżniał duszę biologiczną, od mieszczącej się w sercu duszy subtelnej, będącej centrum poznawczym i emocjonalnym człowieka. Co ciekawe, z koncepcji tej czerpał Jung, formujący swoją psychoanalizę.

Nieco inaczej kwestię tą postrzegano w Chinach, gdzie twierdzono, że to wątroba, jako o wiele bardziej skomplikowany organ, jest siedzibą naszych emocji i pamięci. Choć dziś wydaje nam się oczywiste, że świadomość człowieka generowana jest przez mózg, przez wiele stuleci nazywany
był on przez naukowców "zbiornikiem śluzu", czy "miską twarogu". Problem tożsamości osoby po przeszczepie nie jest jednak banalizowany w środowisku medycznych oraz wśród psychologów. Głośnym echem obił się w tym kontekście przypadek Clinta Hallama, który 1998 r. został pierwszym pacjentem, który otrzymał przeszczep dłoni z przedramieniem. Nie mogąc jednak zaakceptować tej części ciała jako swojej, po trzech latach poprosił o jej chirurgiczne usunięcie.
Co na to nauka

Pomimo tego, że przytoczone wcześniej opowieści są prawdziwe, kubeł zimnej wody na głowy wielbicieli medycznych sensacji wylewa jednak sama statystyka. Badania przeprowadzone przez lekarzy Uniwersyteckiego Szpitala w Wiedniu na grupie 47 pacjentów będących dwa lata po operacji wskazują, że aż 79% z nich nie zauważyło żadnej zmiany w swoim charakterze. Pacjenci, których charakter uległ zdecydowanej zmianie, stanowili jedynie 6% badanych. Pozostałych 15% uważa, że przeszczep mocno na nich wpłynął, ale jedynie w kwestii lęku o własne życie i niepewności związanej z pomyślnością zabiegu.
Nie zraża to jednak wielu badaczy, którzy za wszelką cenę starają się dowieść prawdziwości tezy o istnieniu pamięci zapisanej w naszym ciele. Np. prof. Candace Pert twierdzi, że pamięć jest utrwalana dzięki peptydom – krótkim łańcuchom aminokwasów, obecnym w całym ciele. Dzięki temu wspomnienia mają być rozproszone równomiernie w całym ciele, a mózg nie ma na nie prawa wyłączności, choć nimi steruje. Inni zwolennicy hipotezy pamięci narządów wskazują na istnienie autonomicznych układów nerwowych. Dr Ming He-Huang twierdzi, że odkrył jeden z nich i znajduje się on w… sercu. Występujące w nim specjalne komórki, których istnienie wykryto do tej pory tylko w mózgu, reagując na oddziaływanie elektromagnetyczne, mają z nim bezpośredni kontakt. Są też i tacy specjaliści, jak akupunkturzysta Attilio D'Alberto, którzy fenomen ów tłumaczą modnym w latach 70. połączeniem tradycyjnej chińskiej medycyny z fizyką kwantową.

Zapytany o te kwestie wywiadzie dla Onetu dr Karol Wierzbicki, kardiochirurg z Kliniki Chirurgii Serca, Naczyń i Transplantologii w Szpitalu im. Jana Pawła II w Krakowie odpowiada: - Mówienie o czymś takim jak "pamięć narządów" to science-fiction. Każda komórka ma swój kod genetyczny, różny u dawcy i biorcy, ale nie ma w niej miejsca na magazynowanie cech charakteru czy pamięci. Za to przecież odpowiadają neurony w mózgu. – Dr Wierzbicki cały ten fenomen proponuje wyjaśnić prościej. – Proszę zwrócić uwagę na czynnik ludzki. Pacjenci przed operacją często są w depresji, przez długi czas wyczekują na przeszczep, mają znacznie obniżone samopoczucie. Po udanej transplantacji i spontanicznej poprawie zdrowia nagle zmienia im się optyka, inaczej podchodzą do życia. – Zaraz po tym wspomina jeszcze o ważnej kwestii farmakologicznej. – Osobnym czynnikiem mogą być też leki immunosupresyjne, podawane po operacji, które silnie oddziaływają na układ nerwowy, ale bardziej w sposób fizjologiczny.

Faktycznie, specyfiki takie jak np. takrolimus czy cyklosporyna mogą powodować wzmożoną nerwowość, niekiedy wzrost masy ciała poprzez zatrzymanie wody w organizmie, zaburzenie cyklu miesięcznego oraz chroniczne zmęczenie. Jeśli połączymy wszystkie wymienione wcześniej czynniki, nie będą nas dziwiły opisane na początku artykułu przypadki. Ponad wyjaśnieniami medycznymi, przeciwko istnieniu pamięci narządów przemawia również sama logika. Jeśli przeszczep wątroby, serca czy ręki z przedramieniem może spowodować, że osobowość dawcy przeniknie do ciała biorcy, dlaczego mechanizm ten nie działa w odwrotną stronę? Równie dobrze wraz z amputacją kończyn, powinniśmy tracić część naszej osobowości. Na szczęście nic takiego się nie dzieje, a jedyne o czym musimy pamiętać to fakt, że przeszczepy ratują ludzkie życie. I to jest w tym wszystkim najważniejsze.
http://ciekawe.onet.pl/sp...30,artykul.html

jerzydom - 2012-10-09, 07:39

Niezwykłe znalezisko w azteckiej świątyni. To cmentarzysko czaszek
Na niezwykłe znalezisko natrafili archeolodzy z Meksyku. Podczas prac prowadzonych w jednej z dawnych, azteckich świątyń odnaleźli mogiłę, w której znajdowało się ok. 50 czaszek. W kontekście dokonanego właśnie odkrycia, jak bumerang powracają pytania o legendarny skarb Azteków.
To najokazalsze w historii odkrycie tego typu - obwieścili naukowcy, którzy twierdzą, że nigdy wcześniej podczas przeczesywania obiektów stanowiących dziedzictwo prekolumbijskiej cywilizacji nie udało im się znaleźć jednorazowo tak wielu czaszek - poinformowała agencja Associated Press.
Fragmenty szkieletów znaleziono na kamieniu ofiarnym, który umieszczony był wewnątrz Templo Mayor, jednej z najważniejszych azteckich świątyń, zbudowanej w XIV w. w stolicy państwa Azteków, Tenochtitlan. Jej pozostałości znajdują się dziś w stolicy Meksyku.
Wszystkie czaszki złożone były w jednym miejscu. Większość z nich znajdowała się na tzw. kamieniu ofiarnym. Pięć znajdowało się tuż pod nim. Archeolodzy ustalili, że czaszki znajdujące się poza kamieniem posiadały otwory po obu stronach i zawieszone były na specjalnych stelażach.

Zdaniem ekspertów, którzy zabrali głos w sprawie dokonanego właśnie odkrycia, czaszki były wykorzystywane prawdopodobnie podczas rytualnych obrzędów, realizowanych w świątyni. W Templo Mayor odbywały się najważniejsze ceremonie, które miały miejsce pomiędzy 1325 a 1521 r.
Raul Barrera, ekspert z Narodowego Instytutu Antropologii i Historii w Meksyku, powiedział, że 45 czaszek złożonych na odkrytym właśnie kamieniu wyglądało tak, jakby ktoś je na niego rzucił.
Aztekowie, którzy zamieszkiwali teren prekolumbijskiego Meksyku, uznawani są za jedną z najbardziej krwawych cywilizacji. Niewykluczone, że w ramach rozmaitych brutalnych rytuałów w państwie Azteków mogło ginąć nawet 50 tysięcy ludzi rocznie. Popularne były obrzędy, podczas których żywcem wyjmowano ludziom serca bądź składano w ofierze niemowlęta. Często ku czci boga Słońca.

Z azteckimi czaszkami wiąże się do dziś wiele niezwykłych historii. Stanowiły one ważny motyw w kulturze i sztuce nie tylko Azteków, ale także Majów. W połowie tego roku serwisy prasowe szumnie informowały o zniszczonej "czaszce Majów", zagadkowej czaszce z kryształu górskiego, będącej w rzeczywistości czaszką Cuauhtémoca. Ten zaś był ostatnim władcą Tenochtitlanu, legendarnej stolicy państwa Azteków. Był też siostrzeńcem i zięciem Montezumy. Z jego postacią związana jest, jak nietrudno się domyśleć, legenda o ukrytym złocie Azteków, które zrabowali konkwistadorzy Hernana Corteza. To właśnie spisek przeciwko Hiszpanowi i próba zdobycia informacji o zrabowanym z państwa Azteków złocie, stały się bezpośrednim powodem śmierci azteckiego władcy.
http://niewiarygodne.pl/k...gajticaid=6f4ff

GrzegorzB - 2012-10-10, 16:34

Omal z krzesła nie spadłem, normalnie... :lol:
"Dwie główne chrześcijańskie telewizje w USA przygotowują się do relacjonowania na żywo przyjścia Mesjasza – donosi huffingtonpost.com. Rozstawiły już sprzęt w miejscu, w którym zgodnie z biblijnym przekazem ma się pojawić Chrystus. "
http://wiadomosci.onet.pl...,wiadomosc.html

pulkownikL - 2012-10-10, 17:18

Typowe dla nich,jak ten ich cały wrestling,szopa na całego :-? ,ale coż.niech każdy kieruje się swoją logiką bo to co widzę jest poniżej poziomu,klapki na oczy i do ubojni,ale żeby TV była aż tak naiwna :566:
ps.może będę potępiony ale jakoś mnie to bardzo nie boli :-D

GrzegorzB - 2012-10-10, 18:30

No właśnie. To, że się maluczkim robi wodę z mózgu, z mniejszym czy raczej większym sukcesem, to rzecz normalna od kiedy istnieje zinstytucjonalizowany handel i religia.
Ale że telewizje się tam instalują?
Są dwie opcje. Albo właściciele są nie mniej porąbanymi idiotami niż ich widzowie, albo konkurencja i walka o oglądalność przeniosła się na grunt izraelski. I w przerwach w oczekiwaniu na "Przyjście Pana" będą sprzedawali odpusty zupełne i częściowe, maście na odpędzenie Szatana i drzazgi ze Świętego Krzyża oraz sproszkowane suszone pchły z siennika Św. Józefa, na wszelkie choroby :)

Van Worden - 2012-10-10, 19:50

A czy to przypadkiem nie okaże się, że mesjaszem będzie Felix Baumgartner, który spadnie na nich ze stratosfery? :lol:
tudek - 2012-10-10, 20:51

Cytat:
A czy to przypadkiem nie okaże się, że mesjaszem będzie Felix Baumgartner, który spadnie na nich ze stratosfery? :lol:


Zaklep mi proszę miejscówkę w otchłaniach piekła... :mrgreen:

jerzydom - 2012-10-15, 21:31

Życie po śmierci istnieje. Naukowiec przedstawia dowody
Czy życie po śmierci istnieje? Pewien znany naukowiec, który na co dzień wykłada na Harvardzie, nie miał żadnych wątpliwości - od dawna uważał, że życie pozagrobowe to wytwór ludzkiej wyobraźni, inspirowanej strachem, że wszystko ogranicza się do tego, co tu i teraz. Naukowcy w większości kurczowo trzymają się podobnej linii. Badacz ze słynnej amerykańskiej uczelni musiał jednak zmienić swój światopogląd. Wszystko przez doświadczenie, które stało się jego udziałem. Mężczyzna otarł się o śmierć i w czasie balansowania na granicy życia i śmierci doznał czegoś, co określić można mianem przeżycia mistycznego.

Kwestia życia po śmierci to problem wiary. Polemika ocierająca się o to zagadnienie zawsze wywołuje co niemiara emocji i prowadzi do konfliktów. Niektórych z pojawiających się świadectw dotyczących tej sfery nie sposób jednak bagatelizować. Tak jest właśnie i tym razem.
Doktor Eben Alexander, neurochirurg z Uniwersytetu Harvarda, na co dzień sceptycznie podchodził do zagadnień dotyczących spraw wiary i religii. Uważał, że po śmierci nie czeka nas nic. Potem jednak wszystko się zmieniło. W 2008 r. Alexander ciężko zachorował na zapalenie opon mózgowych - poinformował dziennik "The Daily Telepgraph".

Rokowania dotyczące jego dalszych losów były bardzo złe. W pewnym momencie przestała funkcjonować ta strefa jego mózgu, która odpowiedzialna jest za wyrażanie emocji oraz procesy myślowe. Ale dr Alexander twierdzi, że w tym samym czasie, kiedy lekarze zdiagnozowali u niego ten ciężki stan, on doznał czegoś, co potem kazało mu całkowicie zmienić sposób myślenia.

Naukowiec, który na temat swoich doświadczeń napisał książkę pt.: "Proof of Heaven", uważa, że balansując na granicy życia i śmierci, otrzymał dowody naukowe na to, że człowiek wcale nie traci swojej świadomości wraz z nadejściem momentu śmierci fizycznej.

Niedawno na łamach amerykańskiego "Newsweeka" ukazał się esej, którego autorem jest dr Alexander. Neurochirurg utrzymuje w nim, że w tamtym przełomowym momencie, kiedy lekarze przypuszczali, że go utracą, jego punkt widzenia zmienił się o 180 stopni. Twierdzi, że na granicy życia i śmierci ujrzał piękną, błękitnooką kobietę, a miejscu, w którym się znalazł, było pełno wielkich, puszystych obłoków. Widział też tajemnicze istoty, które określił mianem "migoczących".

"Ptaki? Anioły? Te słowa zarejestrowałem na później. Na czas spisywania moich rekolekcji. Ale użycie któregokolwiek z tych słów nie byłoby sprawiedliwe dla tych bytów, które były po prostu całkowicie inne od tego, co wcześniej widziałem na tej planecie. To były dalece bardziej zaawansowane, wyższe formy" - powiedział dr Eben Alexander.

Wykładowca twierdzi, że kiedy "tam" był, widział chorał zstępujący z wysokości i słyszał cudowne dźwięki. Widział też tajemniczy deszcz, który spadał na niego, nie czyniąc go jednak mokrym.
Amerykański neurochirurg przyznał, że w czasie swojej kariery naukowej wielokrotnie spotykał się z pacjentami, którzy opowiadali o podobnych doświadczeniach. Zawsze traktował je jednak w kategoriach pobożnego życzenia ludzi, którzy rozpoczęli schyłkowy okres swojej ziemskiej egzystencji. Ale potem sam otarł się o śmierć i cały jego wcześniejszy światopogląd legł w gruzach.

Naukowiec przyznał, że ma pełną świadomość, jak może zostać odczytana jego spowiedź. Wie, że to wszystko brzmi niewiarygodnie. Mało tego, podkreślił, że gdyby w przeszłości jakiś lekarz, nawet najwybitniejszy specjalista, powiedział mu to, co teraz mówi on, uznałby to za jego złudzenie albo halucynacje.
"To, co mnie spotkało, było jednak odległe od urojenia. To było tak realne albo nawet bardziej realne od czegokolwiek, co spotkało mnie w normalnym życiu, włączając nawet dzień mojego ślubu czy narodziny moich dwóch synów" - powiedział dr Alexander.

Dr Eben Alexander jako klasowej sławy specjalista pracował dotąd w wielu prestiżowych placówkach badawczych w kraju i poza Stanami Zjednoczonymi. Wcześniej był zwolennikiem teorii, zgodnie z którą to mózg i kora mózgowa generują ludzką świadomość. "Teraz ta teoria legła zniszczona u naszych stóp" - dodał.
http://niewiarygodne.pl/k...gajticaid=6f59d

pulkownikL - 2012-10-15, 21:40

Nie wiem jak się do tego odnieść,ja podczas sytuacji określanej przez medyków jako godzina "Zero" (śmierć kliniczna) nic nie zaobserwowałem,może 7 min.to trochę za mało :-D ,choć nie powiem,żona twierdzi że nie jestem już tym człowiekim co kiedyś, :566:
GrzegorzB - 2012-10-15, 21:45

jerzydom napisał/a:
Niedawno na łamach amerykańskiego "Newsweeka" ukazał się esej, którego autorem jest dr Alexander. Neurochirurg utrzymuje w nim, że w tamtym przełomowym momencie, kiedy lekarze przypuszczali, że go utracą, jego punkt widzenia zmienił się o 180 stopni. Twierdzi, że na granicy życia i śmierci ujrzał piękną, błękitnooką kobietę, a miejscu, w którym się znalazł, było pełno wielkich, puszystych obłoków. Widział też tajemnicze istoty, które określił mianem "migoczących".
No! Dowód, jak cholera. Któregoś dnia się schla na jakiejś imprezie i powstanie kolejny esej :lol:
emes - 2012-10-15, 21:50

Hmm...szkoda,że ta błękitnooka blondynka była według pana profesora jakiąś wyższą,zaawansowaną formą - ja osobiście preferuję dziewczyny bardziej przystępne i otwarte :-D
pulkownikL - 2012-10-15, 22:05

emes napisał/a:
Hmm...szkoda,że ta błękitnooka blondynka była według pana profesora jakiąś wyższą,zaawansowaną formą - ja osobiście preferuję dziewczyny bardziej przystępne i otwarte :-D

Ale jest nadzieja że po Drugiej Stronie cię ta błękitnooka wykorzysta :-D

Van Worden - 2012-10-16, 11:38

A jednak warto zauważyć, że opisuje to wybitny neurochirurg, który do tej pory był ultrasceptykiem i który jak mało kto wie co to są halucynacje i jakie procesy zachodzą w mózgu w momencie śmierci klinicznej.. Odważyć się na tak spektakularne spieprzenie swojej kariery i renomy, można tylko w momencie gdy postradało się zmysły lub jest się absolutnie przekonanym o autentycznosci swoich doznań. Chętnie przeczytałbym pełne uzasadnienie jego "wizji" a nie tylko taką medialną interpretację.
Taktyk - 2012-10-16, 12:30

Witam,

Przecież wszystko co dzieje się po śmierci już dawno zostało opisane w Tybetańskiej księdze umarłych. Jest tam opisany każdy poziom, stan pośredni tzw. bardo. Dodatkowo buddyzm tybetański posiada nawet pewne narzędzie, które pozwala przenieść świadomość po śmierci.

Dla przeciętnego europejczyka to szok. Dla zwykłego mnicha, który na swojej ścieżce doświadczył wiele to normalność, po prostu życie, śmierć i kolejne życie..

Natomiast taki trochę ponad przeciętny europejczyk jak np. Carl Gustaw Jung czerpał z tej materii inspiracje a Albert Einstein stwierdził nawet, że jeżeli istnieje w ogóle religia, która może sprostać wymaganiom współczesnej nauki, to jest nią buddyzm.

Droga jest otwarta...

Pozdrawiam
Taktyk

jerzydom - 2012-10-21, 12:39

Zamek w Niedzicy i tajemnica skarbu Inków
Lata płyną, świadkowie odchodzą. Czy wraz z nimi odejdzie historia Inków, którzy próbowali uchronić swoje życie i - być może - przechować skarby na zamku w Niedzicy? Ile w tej historii jest prawdy, a ile legendy?

Zamek dawniej zwany "Dunajec" wznosi się nad jeziorem Czorsztyńskim u podnóża Pienin. W dali widać szczyty Tatr. Świetnie zachowana imponująca kamienna budowla to jedna z największych atrakcji turystycznych Małopolski.

Irena Szydlak pracuje tu jako przewodnik muzealny. Często odpowiada na pytania turystów o tajemnicę inkaskiego skarbu, ukrytego podobno na zamku. O klątwę ciążącą ponoć nad tymi, którzy skarbu będą szukać. O tajemnicze i tragiczne wypadki, którym ulegali ci, co skuszeni legendą szukali skarbu, lub nawet byli tylko świadkami poszukiwań.

Pani Irena niezbyt chętnie odpowiada turystom na pytania, a to z jednego powodu: aby rzetelnie przytoczyć historię, fakty i teorie na temat obecności Inków na zamku w Niedzicy, potrzeba wielu godzin. Podczas oprowadzania turystów nie ma takiej możliwości. A przewodniczka nie chce tej historii spłycać, czy skracać. Jest z nią bowiem osobiście związana…
Irena Szydlak na zamkowym dziedzińcu. Historię Inków na zamku zna z opowieści świadka - swojego ojca Franciszka Szydlaka

Historia Inków na zamku w Niedzicy bierze swój początek w XVIII wieku. Wtedy to Sebastian Berzeviczy – potomek właścicieli niedzickiego zamku – wyruszył w świat. Przeżywał wiele dramatycznych przygód – jak podają niektóre źródła, przebywał wśród Kozaków, walczył w Indiach z angielskimi kolonizatorami po stronie powstańców, uprawiał korsarstwo, w końcu zapłynął do Ameryki Południowej.

Ożenił się tam z Indianką szlacheckiego rodu. Mieli córkę Uminę. W roku 1781 w Peru wybuchło powstanie Indian pod wodzą Tupaca Amaru przeciwko Hiszpanom. Córka Sebastiana Umina poślubiła w tym czasie Andreasa - syna wodza powstańców Tupaca Amaru.

Powstanie upadło, a Tupac Amaru i jego bliscy oraz poddani zginęli z rąk Hiszpanów. Krwawe egzekucje miały wyjątkowo brutalny przebieg. Mąż Uminy Andreas po śmierci ojca został zatem pretendentem do tronu Inków. Prześladowany przez Hiszpanów uciekł z Uminą i synkiem do Włoch. Tam został zamordowany przez depczących mu po piętach prześladowców.

"Trop w trop za uciekinierami podąża oddział dobrze wyszkolonych komandosów. Inkaska grupa została dobrze prześwietlona. Dzięki uzyskanym wiadomościom ci, którzy kierują operacją, dowiadują się, że znajdująca się wśród uchodźców z Peru kobieta z niemowlęciem, to żona zasztyletowanego przewodnika grupy – bratanka Tupaca Amaru. Teraz ona i jej synek zajmują pierwsze miejsce na liście do likwidacji" – pisze Aleksander Rowiński - dziennikarz i badacz, który 30 lat życia poświęcił na zgłębianie tej historii.

Owocem jest wiele publikacji, w tym książka "Przeklęte łzy słońca", poświęcona tematowi Inków w Polsce. Sebastian Berzeviczy chcąc chronić życie córki Uminy i wnuka Antonia ukrył ich na zamku w Niedzicy. Niestety tutaj Umina miała zostać zasztyletowana przez podążających ich śladem Hiszpanów.

Według wiedzy Rowińskiego, ocalały synek Antonio to jeden z dwóch pozostałych przy życiu potomków królewskiej dynastii Inków Tupac Amaru.

"Juan Bautista (jeden z żyjących członków rodziny królewskiej – przyp. red.) ma lat sześćdziesiąt i żyje na hiszpańskiej uwięzi, Antonio ma niespełna 2 lata i wpisany zostaje, jako ostatni, na hiszpańską listę «znienawidzonej rodziny» do zlikwidowania" (Przeklęte łzy słońca, Aleksander Rowiński).

Sebastian wraz z radą emisariuszy Inków miał spisać akt adopcji małego Antonia, by wywieźć dziecko z niedzickiego zamku, ukryć je i w ten sposób uratować mu życie. Małego Inkę adoptowała rodzina Beneszów z Moraw… Zaś złoto Inków – owe łzy słońca - ukryto ponoć w jeziorze Titicaca, a ich część w zatoce Vigo u wybrzeży Hiszpanii. Oraz – jak głosi legenda – na zamku w Niedzicy lub w jego pobliżu nad rzeką Dunajec.
Lipiec 1946 roku. Na dziedziniec niedzickiego zamku zajeżdża samochód. Wysiada z niego wysoki postawny mężczyzna. W asyście milicji, straży granicznej i sołtysa Pukańskiego (obecnie już nieżyjącego) rozbito stopień zamkowych schodów i wykopano spod niego ołowianą tubę. Z wewnątrz wydobyto naręcze rzemieni powiązanych w węzełki.
Było to kipu - inkaskie pismo węzełkowe. Na trzech złotych blaszkach splecionych z rzemieniami widniały napisy: "Vigo", "Titicaca", "Dunajecz". Mężczyzna przedstawia się jako Andrzej Benesz, potomek Tupaca Amaru adoptowanego przez rodzinę Beneszów. Co do tożsamości mężczyzny nikt nie ma wątpliwości – Andrzej Benesz jest znanym powojennym działaczem politycznym Stronnictwa Demokratycznego.

Wskazówki dotyczące miejsca, w którym ukryte było kipu, były ponoć zapisane w jego akcie adopcyjnym spisanym przez Sebastiana i radę emisariuszy Inków. Andrzej Benesz miał odnaleźć dokument w Krakowie, w kościele pw. Świętego Krzyża. Fotografie z wydobycia kipu można oglądać w książce Aleksandra Rowińskiego "Przeklęte łzy słońca".

Irena Szydlak tamto zdarzenie zna z opowieści świadka – swojego ojca. Franciszek Szydlak od lat niemal dziecięcych związany był z niedzickim zamkiem, gdzie pracował. Jako kustosz zamku uczestniczył w wydobywaniu ołowianej tuby z kipu.
– Andrzej Benesz powiedział, że będzie próbował odszyfrować pismo, że zawiezie je do Ameryki Południowej. Nikt więcej pisma nie widział. Później ojciec widział się jeszcze z Andrzejem Beneszem. Ten prosił go, by nie opowiadać o tej historii, by nie nagłaśniać jej, bo rodzina jego ma dosyć już zainteresowania wokół tego tematu – opowiada pani Irena.

Gdzie kończy się historia, a zaczyna legenda? Pani Irena nie ma wątpliwości, że mówimy o faktach, nie o legendzie. Niestety, kipu zaginęło. Podczas wydobycia tuby z pismem węzełkowym spisano protokół. Przechowywany był na posterunku milicji w Niedzicy.

– Podczas pożaru spłonął – mówi pani Irena. W 1976 roku Andrzej Benesz, wówczas wicemarszałek sejmu, zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Wątki rwą się, historia nie ma dalszego ciągu.

Aleksander Rowiński podczas wielu lat reporterskiej pracy nad rozwiązaniem zagadki dotarł do świadków i wielu dokumentów. Rzetelnie spisany stań badań nie wystarczył pisarzowi. Dlatego rozpoczął współpracę z Fundacją Instytut Badań Komplementarnych – Tajemnice Wieków, która w ramach realizacji projektu "Inkowie w Polsce" zwróciła się z prośbą o pomoc w rozwiązaniu do… medium.
- Jeszcze przed pierwszym wyjazdem do Niedzicy, który miał miejsce wczesną wiosną 2006 roku, medium po długich przygotowaniach udało się nawiązać kontakt z zachowaną energią księżniczki Uminy – czytamy w opisie projektu zawartym na oficjalnej stronie Fundacji Instytut Badań Komplementarnych – Tajemnice Wieków (www.instytutbadan.com.pl).
- Dla osób, które nigdy nie miały okazji obserwować medium przy pracy brzmi to niewiarygodnie, ale faktem jest, że uzyskane informacje, pozwoliły nam ustalić chronologiczny przebieg wydarzeń i zrekonstruować całą okrutną historię księżniczki, w której uczestniczyła jej rodzina (...)

Jak opowiada pani Irena Szydlak, w latach 90. Franciszka Szydlaka na zamku odwiedził Krzysztof Benesz, syn tragicznie zmarłego Andrzeja Benesza. – Chciał rozmawiać z ojcem. Za zgodą dyrekcji udostępnione im zostały na rozmowę komnaty zamkowe. Rozmawiali chyba ze dwie godziny. Potem zapytałam tatę, o czym rozmawiali. Nie chciał mówić, uciekał od tematu. W końcu powiedział: "wiesz, chyba zamknąłem w sobie tę historię".

- Rozmawiali o zamku, o całej tej historii, i o skarbie. Pan Krzysztof zapytał tatę, czy jego zdaniem może on być ukryty na zamku. Ale przecież to niemożliwe - zamek tyle razy był rozkopywany, prowadzone były tu badania archeologiczne. Na pytanie pana Krzysztofa ojciec odpowiedział: jeśli nie tu – to tam.

"Gdzie?" – zapytał pan Krzysztof. "Będzie się moczyć w jeziorze" – odpowiedział mój ojciec. A były to lata, gdy kończono pracę nad budową zapory nad Dunajcu – opowiada Irena Szydlak. Tama zaczęła spiętrzać wody Dunajca właśnie w tym czasie. Dolina Dunajca została zalana i zapora zaczęła działać w 1997 roku.

Obecnie pan Franciszek – świadek tamtych wydarzeń – ma 88 lat. To, co widział, opowiedział córce.

Ile w historii Inków na niedzickim zamku jest prawdy, ile legendy? Czy zamek Dunajec był świadkiem dawnych dramatycznych wydarzeń, w których brali udział Inkowie? Wyobraźnię łatwo rozpalić, trudniej zebrać fakty. Jednak te, które są znane, jeszcze bardziej wyobraźnię pobudzają…
http://poznajpolske.onet....nkow,49738.html

Van Worden - 2012-10-21, 16:49

Kiedyś sporo interesowałem się tą sprawą i zastosowałem wobec niej zasadę, którą kieruję się zawsze przy poszukiwaniach konkretnych skarbów, rozwiązywaniu jakichś zagadek historii itp., a która brzmi - jeśli nie można sobie udowodnić, że dany skarb/tajemnica NIE ISTNIEJE lub nie miała miejsca, to warto się zabrać za taki projekt. W przeciwnym wypadku szkoda mojego czasu. W tym przypadku cała opowieść o niedzickim skarbie ma więcej dziur niż ser szwajcarski :-o Czytałem sporo, korespondowałem nawet z historykami z Ameryki Południowej, specjalizującymi się w powstaniu Tupaca Amaru itd., i doszedłem do wniosku, że cała historia została zręcznie wymyślona coś a'la "skarb Graala i Jezusa" z Rennes le Chateau we Francji.. Teraz mamy jeszcze przekaz medium :lol:
Zainteresowanym polecam książkę (właściwie książeczkę) "Kipu" Jana Józefa Szczepańskiego.

GrzegorzB - 2012-10-21, 17:29

No cóż,. Pozostaje wynająć medium, podłączyć do prądu, do drugiego gniazdka pamięć USB, poczekać i sprawdzić co se zapisze. Może skalibrowana mapa w dobrej rozdzielczość?
:lol:

GrzegorzB - 2012-11-13, 19:22

Jezus się znowu ukazał.
A na sąsiednim piętrze Jego matka:
http://wiadomosci.onet.pl...ortaz-maly.html
Media nie wspominają o ojcu, co był nie był dopuszczon. Sprawdzili parter? ;)

Uff, jeszcze tylko 1,5 miesiąca... :-)

jerzydom - 2012-11-15, 07:22

:lol: http://religia.onet.pl/ra...ejmu,51041.html
uben - 2012-11-19, 17:22

Cytat:
Paranormal Research Society z uniwersytetu Penn State bada prawdziwe historie. Rocznie otrzymuje setki doniesień o zjawiskach paranormalnych. Analizuje najpoważniejsze...
Gdy Ryan był dzieckiem kontakty z siłami nadprzyrodzonymi przerażały go. Od tego czasu szuka odpowiedzi. W trakcie studiów na uniwersytecie Penn State pojął, że nie jest sam. Założył Paranormal Research Society, stowarzyszenie pomagające ludziom nawiedzonym. Tworzę je studenci, badacze i wojownicy. Gdy komuś pomagają, czują, że są o krok bliżej prawdy.
Program "Zjawiska nadprzyrodzone" to propozycja dla widzów o mocnych nerwach. Chce poznać świat, który do tej pory okryty był tajemnicą? Oto najbardziej przerażające zjawiska nadprzyrodzone.

W tym odcinku:
Shannon ma wrażenie, że nękają ją siły nadprzyrodzone, co rzutuje na całe jej życie. Mieszka w budynku, który kiedyś był szkołą. Słychać tam stukanie, walenie, pojawiają się zjawy i głosy. Czy to zwykłe nawiedzenie?

http://vod.pl/zjawiska-na...163,w.html#play

jerzydom - 2012-11-21, 07:07

Jak przeżyć koniec świata?

Budują schrony, zbierają zapasy, kupują latarki na korbkę i zapałki wodoodporne. Są gotowi na suszę, huragan, hiperinflację, III wojnę, a niektórzy nawet na koniec świata, który już za miesiąc – 21 grudnia. Kim są polscy preppersi?
Wiosną zeszłego roku gazety donosiły, że Białoruś znalazła się na krawędzi katastrofy gospodarczej, a jej mieszkańcy biją się o walutę, cukier, mąkę i kaszę. Po drugiej stronie globu, kiedy Japonia ledwo otrząsnęła się po trzęsieniu ziemi, mieszkańców Tokio ogarnia panika przed radioaktywną chmurą. Ludzie histerycznie wykupują świeczki, paliwo, żywność, śpiwory i radia. Lęk udziela się nawet Szwedom, którzy szturmują swoje apteki, domagając się jodku potasu, który ma chronić przed skutkami napromieniowania. Ponad rok później tłumy Greków, w obawie przed krachem swojego państwa, wyciągają oszczędności z banków. Rośnie zagrożenie paniką bankową. Tymczasem w pobliskim Izraelu ludzie masowo wykupują maski gazowe przed zbliżającą się wojną z Iranem. Niedługo potem świat obiegają zdjęcia przerażonych Amerykanów, setki tysięcy nowojorczyków są pozbawione elektryczności, a prezydent ogłasza stan wyjątkowy. Brzmi przerażająco? Nie dla wszystkich.

Są tacy, którzy są gotowi. Nazywają się preppersami (z ang. prepare – przygotowywać) i jest ich coraz więcej. W USA już 3 miliony. Przygotowują się na powódź, suszę, huragan, hiperinflację, wojnę, atak nuklearny. Nawet i na koniec świata. - Na koniec świata jaki znamy, czyli taki, w którym w gniazdku jest prąd, w kranie woda, w sklepie pełne półki, a w pracy sielanka i dwa etaty w każdej rodzinie – tłumaczy Krzysztof Lis, preppers prowadzący bloga domowy-survival.pl.
Władcy much

Grupa młodych hipisów mieszkujących w domu na przedmieściach Nowego Jorku spędza czas na uprawianiu jogi, seksu, zażywaniu narkotyków i ekologicznym gotowaniu. Pewnego mroźnego dnia budzą się i odkrywają, że nie ma prądu, a nad miastem unoszą się kłęby dymu. Wkrótce małe stare radio, ich jedyny kontakt ze światem, przestaje odbierać. Ich dotychczasowe zasady i przyzwyczajenia muszą się nagle zmienić, a przetrwanie staje się jedynym celem. Tak rozpoczyna się film „Pierwsza zima” Benjamina Dickinsona. Kilka miesięcy po jego światowej premierze, w Nowy Jork uderzył huragan Sandy, a kłopoty bohaterów fikcji stały się w chwilę realnymi problemami Amerykanów.

Chociaż od publikacji słynnej powieści „Władca much” Wiliama Goldinga minęło wiele lat, lęk przed powrotem do darwinistycznego barbarzyństwa wskutek katastrofy wydaje się dzisiaj zagadnieniem szczególnie aktualnym. Bo dziś, bardziej niż kiedykolwiek, jesteśmy uzależnieni od elektryczności, sieci, komputerów i innych zdobyczy cywilizacji. I chociaż Polakom nie grożą ani cyklony tropikalne, ani wielkie trzęsienia ziemi, preppersi przekonują, że jest się do czego przygotowywać. Czego się obawiają?

- Przede wszystkim kryzysu gospodarczego albo energetycznego. Ten pierwszy może spowodować inflację, ale równie dobrze i zamieszki na ulicach. Ten drugi spowoduje wzrost cen paliw i nośników energii, i nagle okaże się, że mało kogo stać na jazdę samochodem do pracy, czy ogrzanie swojego domu. Nie wspominając o możliwości wyłączenia prądu. Bo co ma zrobić mieszkaniec bloku w wielkim mieście, który ma kuchenkę na prąd, a przy braku prądu nie będzie mieć też wody w kranie i działającego ogrzewania? – zauważa Krzysztof. Każdego dnia dziennikarze dostarczają informacji, które utwierdzają preppersów w przekonaniu, że czas najwyższy szykować się na najgorsze. Szczególną rolę odegrał tu kryzys, z którym świat zmaga się od 2009 roku.
- Kapitalizm sam siebie zniszczy. Stopa zysku jest coraz mniejsza, a rośnie koncentracja i centralizacja kapitału. Od kilkudziesięciu lat świat żyje na kredyt, którego już nikt nie jest w stanie spłacać. Jak to może dobrze działać, skoro suma wszystkich niespłaconych kredytów wynosi w USA kilkaset procent PKB? Jak może nie być inflacji, skoro Amerykanie dodrukowali 2 bln dolarów od 2009 roku? – pyta Grzegorz, preppers, który obawia się, że jego pieniądze mogą już niedługo być nic niewarte. A nawet skupowanie złota mija się z celem, bo nim przecież nie można się najeść. Preppersi przygotowują się na nadejście czasów, w których najważniejszym zadaniem będzie dożyć do następnego dnia. - Ludzie są naiwni, nie myślą o tym, że rząd im nie pomoże jak przyjdzie co do czego, przynajmniej na początku. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce – mówi.

Polaku, uratuj się sam

Przygotowania można podzielić na te mające na celu zapewnienie żywności, wody, energii, bezpieczeństwa oraz schronienia. - Jeśli chodzi o żywność, przygotowania polegają przede wszystkim na kupowaniu zapasów żywności o możliwie długim terminie przydatności. Ot, przy każdej wyprawie do marketu kupujemy dodatkowo 1 kg ryżu, jakąś puszkę z mięsem albo 1 litr oleju. Te zapasy później wykorzystujemy do codziennych posiłków, gdy kończy się ich termin przydatności – mówi Krzysztof i radzi, że można też na działce samemu hodować jedzenie. Kolejny problem to woda. Tu preppersi radzą napełnić nią butelki i trzymać np. pod łóżkiem albo przeprowadzić się bliżej naturalnych ujęć wody, ale w tym przypadku będziemy musieli taką wodę potem filtrować. W ostateczności możemy zbierać deszczówkę. Najlepiej mieć zapasy wody i żywności na 90 dni, a co najmniej na tydzień. Niektórzy amerykańscy preppersi mają zapasy na kilkadziesiąt lat.

A co z energią? - Jeśli w domu mamy kuchenkę elektryczną, warto kupić turystyczną kuchenkę gazową i kilka butli. Jest to kluczowe zwłaszcza dla rodziców niemowląt i dzieci. Najtrudniej jest z awaryjnym ogrzewaniem mieszkania w bloku. Bo kto ma miejsce i pieniądze, by zrobić odpowiednio duży zapas paliwa do tzw. biokominka spalającego spirytus – zauważa Krzysztof. - Jak ktoś ma dom, niech kupi agregat prądotwórczy. Chociaż jest to spory wydatek, warto go mieć, bo bywa przydatny przy każdej przerwie w dostawie prądu, a nie tylko podczas apokalipsy – radzi Artur.

Ale to nie wszystko. Można też zakupić odpowiedni sprzęt, najlepiej w specjalistycznym sklepie przeznaczonym dla preppersów. Tu znajdziemy prawdziwe cuda, takie jak wyprodukowane dla niemieckiej armii worki z wodą, które zachowują ważność przez pięć lat, soczewki Fresnela do rozniecania ognia, latarki na korbkę lub z panelami słonecznymi, przenośny kartonowy klozet składany w wodoodporną torbę niewielkich rozmiarów, maski chroniące przed radioaktywnymi cząsteczkami, gwizdki i lustra sygnalizacyjne do wzywania pomocy, zapałki sztormowe, karta survivalowa czyli miks piły i zegara słonecznego, maczeta, podręczny zestaw dentystyczny, wodoodporny notatnik, nożo-długopis, kombinezon na gigantyczne mrozy oraz zbilansowane posiłki dla rozbitków morskich dobre do spożycia przez 7 lat.

Jeśli jednak mamy naprawdę mało miejsca w domu, preppersi radzą zaopatrzyć się w niezbędne minimum, czyli pojedyncze pudełko na konserwę o wymiarach 11 cm x 7 cm x 2 cm, w której zmieszczono nieprawdopodobną wręcz ilość przedmiotów: kompas, drut, podpałkę, pudełko zapałek, przewód, 4 wodoodporne zapałki, żyłkę, zupę w proszku, herbatę, cukier, 2 antyseptyczne chusteczki, żyletkę, taśmę klejącą, lustro sygnalizacyjne, bandaże, wodoszczelną zasuwaną torebkę, 2 gwoździe, 2 pineski, 2 haczyki wędkarskie, gwizdek sygnalizacyjny, gumę do żucia, igłę, cukier energetyzujący, papier, długopis i podręcznik przetrwania.

Ale jak zapewnić sobie przetrwanie w przypadku ataku? Amerykańscy preppersi budują masowo schrony. Dla Polaka byłby to olbrzymi wydatek, a schrony które niegdyś wybudowano dla ludności cywilnej, dziś są w opłakanym stanie. - Schronów w Polsce w zasadzie nie ma, ale są miejsca, w których można zgromadzić ludzi, gdyby coś się działo, np. w Warszawie są to tunele metra. U nas nie ma takiego zagrożenia, żeby była potrzeba budowy takich obiektów – tłumaczy Paweł Kowalski, ekspert ds. bezpieczeństwa wewnętrznego i prawnik z SWPS. - Dzięki obecności w strukturach międzynarodowych nasza pozycja jest komfortowa – dodaje. Rajem dla preppersów wydaje się Szwajcaria, której większość obywateli ma zapewnione miejsce w schronie przeciwatomowym.
Dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa w postapokaliptycznym świecie niektórzy preppersi zbroją się po zęby. I znów Amerykanie mają z górki ze względu na łatwiejszy dostęp do broni. W Polsce zgromadzenie arsenału w łazience, nie wzbudzając podejrzeń, jest niemałym wyzwaniem.

Noe w XXI wieku

Preppersi zwykle nie znajdują zrozumienia w swoim otoczeniu, chyba że swoją pasją zarażą najbliższych, a nieczęsto się to udaje. - Moja rodzina chyba nie do końca podziela moje zapatrywania na przyszłość, ale powoli chyba zaczyna się do nich przekonywać. Nigdy nie usłyszałem z ich strony, że to, co robię, jest szalone albo niemądre – opowiada Krzysztof. Wielu preppersów obawia się jednak ostracyzmu i uznania swoich obaw za obsesję i nie opowiada publicznie o swoich przygotowaniach. - Znam ludzi. Do momentu, w którym nie będą mieli co włożyć do garnka, będą cię wyzywać od świrów – skarży się Artur. - Większość osób nie wie czym się zajmujemy, nie rozumie, że to nasze hobby – mówi, ale przyznaje też, że wśród nich są i tacy, którzy wierzą w przepowiednie i są przekonani, że koniec jest blisko. I budują swoją arkę.

Według Pawła Kowalskiego za popularyzację preppingu w dużej mierze odpowiadają media. - Pokazywanie codziennie w telewizji katastrof powoduje, że ludzie się boją. A przecież te katastrofy wcześniej też miały miejsce. Do tego dochodzi mowa o niestabilności gospodarczej – tłumaczy ekspert. - Całkiem niedawno mogliśmy zaobserwować w Polsce co się dzieje, kiedy pojawia się informacja o wzroście cen cukru. Przed sklepami ustawiały się kilometrowe kolejki. W przypadku osób starszych, ten strach jest wyniesiony jeszcze z poprzedniego ustroju, a młodzi temu ulegają.

Jak zauważa Krzysztof, większość preppersów to właśnie ludzie w wieku ok. 30 lat. - To dziwi, bo przecież to ludzie pokolenia naszych rodziców pamiętają czasy niedoborów prądu, żywności, paliw. Im się chyba nie mieści w głowie, że gorsze czasy mogą wrócić – mówi. A czy rzeczywiście mogą? Ekspert uspokaja. - Nie mamy wulkanów, nie mamy fal tsunami. Jedynym kataklizmem, który nam grozi, są powodzie. Głównie z tego powodu, że nie posiadamy zbiorników retencyjnych, które z resztą chroniłyby nas również przed suszami. Powinniśmy inwestować w budowę tego typu obiektów – radzi Kowalski i zauważa, że niebezpieczne mogą okazać się także awarie zasilania. - W tej kwestii powinniśmy polegać na rozwiązaniach zachodnich i udoskonalać centralne zarządzanie – dodaje.
http://biznes.onet.pl/jak...81,1,news-detal

jerzydom - 2012-11-22, 13:42

Tajemnica Lodowej Przełęczy. Dlaczego zaczęli umierać?
Do dziś niewyjaśnione są okoliczności jednej z najbardziej tajemniczych tragedii tatrzańskich. Latem 1925 roku z Lodowej Przełęczy do Doliny Jaworowej w załamaniu pogody zaczęła schodzić rodzina Kaszniców – mąż, żona i syn, wraz z taternikiem Ryszardem Wasserbergerem. Dlaczego nagle, wszyscy z wyjątkiem kobiety, zaczęli umierać?

Był 3 sierpnia 1925 roku. W schronisku Téryego, w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich, rodzina Kaszniców jadła śniadanie przed wyruszeniem w góry. 46-letni warszawski prokurator Kazimierz Kasznica, jego żona Waleria oraz 12-letni syn postanowili wracać do Zakopanego przez Lodową Przełęcz. Czekała ich długa droga: najpierw podejście na wysokogórską przełęcz, a potem zejście długą i pustą Doliną Jaworową do Jaworzyny Spiskiej i na Łysą Polanę. Pokonanie przełęczy latem dla sprawnego turysty nie nastręcza trudności, mimo że znajduje się ona dość wysoko: na 2372 m.n.p.m. Obecnie jest to standardowe przejście, popularne wśród turystów tatrzańskich. Prokurator niepokoił się jednak. Jego niepokój spowodowany był załamaniem pogody oraz długością planowanej tury, a także faktem, że szlak pokonać miał z żoną oraz dzieckiem. Sam nie był doświadczonym turystą. Mimo, że był początek sierpnia, warunki panowały jesienne: było zimno, wilgotno i wietrznie. Rano padał mokry śnieg, następnie – deszcz.
Prokurator wypytywał o trasę poznanych w chacie Téryego polskich taterników. Był to zespół doświadczonych wspinaczy: Jan Alfred Szczepański, Alfred Szczepański, Stanisław Zaremba, oraz 21-letni wówczas Ryszard Wasserberger. Oni również postanowili ze względu na złe warunki pogodowe, wracać do Zakopanego przez Lodową Przełęcz. W przypadku tej ekipy przejście trasy nie nastręczało żadnych problemów.
- Starszy Kasznica wypytywał Wasserbergera o drogę przez Lodową Przełęcz i - widać niezbyt pewny swej samodzielności turystycznej - prosił, by przejście odbyć wspólnie. Uczynny, zawsze gotów do opiekowania się słabszymi Wasserberger zgodził się bez namysłu. Około godziny wpół do dwunastej obie partie wspólnie wyruszyły ze schroniska – czytamy w relacji Wawrzyńca Żuławskiego („Tajemnica Doliny Jaworowej”). - Towarzysze Wasserbergera nie byli zachwyceni tym, że przypadek kazał im odbywać drogę w towarzystwie mało zaawansowanych turystów. Z Kasznicową i jej synem nie mieli na razie kłopotu. Gorzej było ze starszym Kasznicą. Deszcz zalewał mu okulary, bez których, jako krótkowidz, nie mógł się obejść. Co chwila trzeba było zatrzymać się i czekać na niego marznąc na wietrze. Nic dziwnego, że ten powolny pochód nużył taterników, którzy chcieliby jak najszybciej przebiec tę niezbyt ciekawą dla nich drogę. Tylko Wasserberger pozostawał w tyle, pomagając cierpliwie Kasznicom. Czuł się widać odpowiedzialny za połączenie tych niedobranych zespołów. Powyżej Lodowego Stawku, tam gdzie szlak biegnie w górę wprost na przełęcz, bracia Szczepańscy i Zaremba zbuntowali się. Odwołali na bok Wasserbergera i oświadczyli, że uważają za zbędne eskortowanie Kaszniców przez całą czwórkę. Wystarczy w zupełności jeden z nich do czuwania, by nie zbłądzili. Reszta pobiegnie naprzód. Zaremba zaproponował, aby wylosować tego jednego. Wasserberger zgodził się z rozumowaniem przyjaciół, odrzucił jednak pomysł losowania. On zostanie z Kasznicami. To on przecież jest do pewnego stopnia „sprawcą” tej wspólnej wycieczki (Wawrzyniec Żuławski).
Zatem trójka taterników w szybkim tempie ruszyła na Lodową Przełęcz. Po południu byli na Łysej Polanie, wieczorem w Zakopanem. Tymczasem Kasznicowie z Wasserbergerem dotarli na przełęcz dopiero po ok. 3 godzinach marszu od chaty Tery’ego! Dodajmy, że według przewodników czas przejścia na tej trasie, dla turystów średniozaawansowanych, wynosi 1 godz. 15 minut (według przewodnika „Tatry Słowackie”, Józef Nyka).

Gdy Kasznicowie ze swoim opiekunem osiągnęli Lodową Przełęcz, nastąpiło całkowite załamanie pogody. Zaczęło się gradobicie, wicher wzmógł się, co zresztą jest typowe na grani. Taternik pospieszał ich, mając nadzieję, że po drugiej stronie grani, poniżej przełęczy, wiatr osłabnie i warunki będą bardziej znośne.
Najpierw zaczęli schodzić, potem nagle – umierać.
- W trakcie zejścia młody Kasznica począł się skarżyć, iż traci oddech. Matka wzięła od chłopca plecak, a Wasserberger pomagał mu iść. Tak doszli około godziny czwartej w pobliże Żabiego Stawu Jaworowego. Wydało się, że najgorsze mają już za sobą, gdy nagle starszy Kasznica usiadł na głazie ze słowami: „Jestem bardzo zmęczony... Dalej iść nie mogę...” Pierwszym odruchem Kasznicowej było zwrócić się o pomoc do Wasserbergera, jako najsilniejszego i najbardziej doświadczonego w zespole. I wówczas usłyszała przerażającą, niezrozumiałą wprost odpowiedź: „Czuję się także bardzo słaby…” (Żuławski).
Kobieta zaprowadziła syna i Wasserbergera za głaz, dający nieco osłony od wiatru. Dała im trochę koniaku, a synowi również czekolady. Wróciła po męża, który był w bardzo złym stanie. Jemu również podała odrobinę koniaku. Kasznica nie miał siły, by dojść do głazu, z którym znaleźli schronienie syn i taternik. - Wróciła do nich. Byli umierający. Wasserberger majaczył coś gorączkowo, wspominał matkę. Próbował wstać, iść. Kasznicowa prawie siłą zmusiła go do pozostania na miejscu, a następnie powróciła do męża. Był martwy... Z rozpaczą podbiegła do syna. Leżał sztywny, nieruchomy, a kilka kroków niżej - trup Wasserbergera, który widać w agonii zdołał porwać się, przejść parę metrów - potem padł nieżywy, kalecząc się w rękę i głowę...” (Żuławski). Jak wynika z sekcji zwłok, taternik złamał wówczas rękę.

Waleria Kasznicowa, której poza wyczerpaniem fizycznym i psychicznym, nic nie dolegało, przesiedziała przy zwłokach 37 godzin. 5 sierpnia zeszła Doliną Jaworową na Łysą Polanę. Tam spotkała generała Mariusza Zaruskiego, naczelnika Pogotowia Tatrzańskiego. Zaruski, słysząc nieprawdopodobną historię, natychmiast wysłał w miejsce tragedii ratowników. Pozostało im już tylko znieść ciała z gór. Można sobie wyobrazić, w jakim stanie psychicznym musiała być Waleria po dramacie, jaki rozegrał się w górach.
Do dziś nie wiadomo, dlaczego chłopiec i 2 mężczyzn, w tym młody taternik pełen sił, zmarli nagle, w tym samym czasie.
Podejrzewano, że przyczyną był koniak, który wypili wszyscy trzej, kobieta zaś go nawet nie tknęła. Na Walerię Kasznicową padło nawet podejrzenie zatrucia mężczyzn oraz syna. Dlaczego i po co jednak miałaby to robić? Poza tym chłopiec i taternik poczuli się słabo zanim wypili koniak. Snuto nadal dywagacje: chłopiec miał duszności, skarżył się na trudności w oddychaniu. Czy zatem przyczyną nagłej śmierci mogła być próżnia, wytwarzająca się czasem po jednej stronie grani, przy silnym wietrze? Dlaczego jednak nie zabiła ona kobiety? Podobnie – gdyby przyczyną śmierci miało być załamanie pogody i silny wiatr, który wiejąc w twarz, również może bardzo utrudniać oddychanie – dlaczego zmarli mężczyźni, w tym pełen sił młody taternik, a kobieta przeżyła, nie doznając nawet dolegliwości, na które skarżyli się mężczyźni?
Sekcja zwłok wykazała obrzęk płuc i zatrzymanie akcji serca z nieznanych przyczyn. Dodatkowo u Kazimierza Kasznicy ujawniono wadę serca oraz zwapnienie żył mogące w trudnych dla serca warunkach (np. podczas dużego wysiłku) prowadzić do zawału. Co więcej, początki tego samego schorzenia stwierdzono u jego syna. Wasserberger jednak – jak wykazała sekcja – był zdrowy. Co więcej, miał do czynienia ze znacznie trudniejszymi warunkami w górach. Postępowanie w tej sprawie umorzono. Dywagacje, jakie snuto w tej sprawie, były bardzo różne. Jedna z teorii podaje, że koniak był zatruty, jednak nie zatruła go Waleria. Być może Kazimierz Kasznica – człowiek wysoko postawiony, prokurator, naraził się komuś i otrzymał zatruty koniak „w prezencie”?

Informacje źródłowe, jakie się w tej sprawie ukazały, przytacza Michał Jagiełło w najnowszym, tegorocznym wydaniu książki „Wołanie w górach”. Pamiętajmy jednak, że wszelkie opisy i dywagacje, jakie się w tej sprawie ukazały, oparte są na zeznaniach jedynego świadka, jakim była Waleria.

Tajemnica tragedii, jaka rozegrała się w Dolinie Jaworowej, do dziś pozostaje nierozwiązana.
http://poznajpolske.onet....erac,51425.html

jerzydom - 2012-11-23, 07:07

Krew i łzy Jezusa, mleko Najświętszej Marii Panny, ząb mleczny Zbawiciela, pępowina, a nawet Jego napletek. To tylko część kontrowersyjnych relikwii, jakie pozostały nam po średniowiecznej manii kolekcjonowania szczątków. Czy w XXI wieku popyt na relikwie powrócił?
http://religia.onet.pl/pu...iach,51028.html :-D

Van Worden - 2012-11-23, 09:34

Kilka relikwii mogłoby stanowić podstawy ciekawego projektu poszukiwawczego. Np., relikwia "krzyża świętego", zaginiona od XIII wieku..
GrzegorzB - 2012-11-23, 12:19

Ostatnie zdjęcie USG sprzed Niepokalanego Poczęcia oraz otwieracz do piwa i konserw należący do Jana Chrzciciela odstąpię za rozsądną cenę.
Oferty z ceną kierować na adres:
Warszawa, ul. Nowowiejska 27 bud. C

andrzejput - 2012-11-23, 14:10

Ja posiadam pukiel włosów z klaty osobnika wymienionego jw . cena5.000euro
Van Worden - 2012-11-23, 16:09

No dobra, pożartować zawsze można w końcu relikwie (i religia) to łatwy cel, ale warto pamietać o tym, że z poszukiwawczego punktu widzenia to też bardzo pożądany cel z powodu umieszczania relikwii w niezwykle cennych i pięknych relikwiarzach. Relikwie po przede wszystkim zabytki i jako takie są naprawdę fascynujące. "Drzewo Krzyża Świętego" uczestniczyło w tak niezwykłych wydarzeniach historycznych, że jego odkrycie byłoby absolutną sensacją.
jerzydom - 2012-11-30, 05:44

Na podst. Spiegel Online, Planet Wissen, www.oddee.com1

Fenomen teorii spiskowych

Niektóre teorie spiskowe są tak piękne, że aż chce się w nie uwierzyć.

1. Właściwie mamy obecnie rok 1715. Wczesnego Średniowiecza tak naprawdę nie było, Karol Wielki i Karolingowie – to wytwór fantazji. Okres 614 – 911 został zmyślony przez średniowiecznych kronikarzy, zapewne na polecenie cesarza Ottona III, który chciał sobie upiększyć drzewo genealogiczne. Z tą teorią wystąpił niemiecki historyk Heribert Illig w roku 1991. Oparł się on głównie na tym, że ze wspomnianego okresu nie zachowały się prawie żadne zabytki ani teksty. To, co przetrwało – to zdaniem Illiga falsyfikaty.
2. Reptilianie są wśród nas! To inna rasa, o cechach gadzich (reptile- to z ang. gad), która tylko umie dla zmyłki przybierać ludzką postać. Reptilianie wysysają nasza energie, a i krwia nie pogardza. Przybyli na Ziemię z Gwiazdozbioru Smoka. Chyba byli tu od dawien dawna, są dowody, bo już na starozytnych rzeźbach nie brak bogów o wężowych glowach. Niestety, reptilianie – osobniki zimne i wyrachowane, w odróżnieniu od ludzi – łatwo robią polityczne kariery. Podejrzewano, że np. cała rodzina Bushów – to reptilianie. A kumpela księżnej Diany słyszała od niej kiedyś, już po rozwodzie z księciem Karolem, że do tego gadziego gatunku należy cała brytyjska rodzina królewska.
3. Johna Lennona tak naprawdę zamordował słynny autor horrorów, Stephen King. Pisanina po prostu już mu nie wystarczała, przeszedł od słów do czynów. Rzekomy sprawca Mark David Chapman, to podstawiony kozioł ofiarny.
4. Wirus HIV został skonstruowany w tajnych laboratoriach CIA, aby wytępić czarnych za granicą, a w USA zdziesiątkować Afroamerykanów oraz gejów.
5. Przebieg wielu zaskakujących wydarzeń dowodzi, że jakieś tajne siły – czy to wolnomularze, iluminaci, Rotschildowie, czy Bilderberg – dążą do przejęcia władzy nad światem i wprowadzenia nowego ładu. O istnieniu tych sił można się przekonać, chociażby przygladając się tajemniczej symbolice na banknocie dolarowym. Widnieje tam oko w trójkącie nad nieukończoną piramidą. Ta pogańska piramida – to niechybnie ów nowy, złowieszczy ład.
Historycy na usługach rządzącego układu tłumaczą nieudolnie, że rysunek figuruje na oficjalnej pieczęci Stanow Zjednoczonych (a więc i tam spiskowcy dotarli!). Piramida w budowie – to budowa nowego państwa. Oko – to nie symbol masoński, a rzekomo od czasów baroku symbol Trójcy Świętej. Akurat.
6. W lipcu 1947 na ranczu blisko bazy lotniczej rozbiło się UFO. Żołnierze z bazy uprzątnęli szczątki. US Air Force zamiotło sprawę pod dywan. Nie wiadomo, co się stało z załogą UFO. Według niektórych relacji, jeden z kosmitów ocalał z katastrofy, ale był ciężko ranny i nie dało się go uratować. Inne, bardzo wiarygodne źródła mówią o kosmicie, żyjącym do tej pory w niewoli w jednej z baz. Pentagon oczywiście mataczy, twierdząc, że to, co spadło, to był balon meteorologiczny.
7. W Stambule przechowuje się mapę sporządzoną przez kosmitów, na której widać kontury kontynentów widziane z kosmosu, ale sprzed epoki zlodowacenia. Są tam zarysy Antarktydy bez lądolodu.

8. Zamordowanie prezydenta Johna F. Kennedy’ego to dzieło amerykańskich służb specjalnych, KGB,mafii, lub emigrantów kubańskich – do wyboru. Rola Lee Harveya Oswalda zostala zdecydowanie przereklamowana. Jest to jedna z najbardziej rozpowszechnionych i kontrowersyjnych tez spiskowych, która znalazła wyraz w wielu książkach i w filmie Olivera Stone’a „JFK”.
9. Czy ktoś widział złoto, przechowywane w skarbcu w Fort Knox? Jeśli nie widział – to już nie zobaczy. Zostało zrabowane! A przecież do przewiezienia całego złota, zmagazynowanego w tej masywnej budowli, trzeba byłoby 500 wagonów towarowych!
W Forcie Knox znalazło się niegdyś całe zloto ściągnięte z terytorium USA, gdy w roku 1933 wprowadzono tam zakaz posiadania złotych monet i sztabek przez osoby prywatne – obywatele musieli je oddać za odszkodowaniem. Ale po latach, jak głosi uporczywa plotka, ze skarbu zostało niewiele. Wyprowadzali je stopniowo prezydenci Johnson i Nixon - i sprzedawali po dumpingowych cenach w Europie. Człowiekiem, który poznal tajemnicę pustego Fortu Knox, był szef MFW Dominique Strauss-Kahn. Przyszło mu za to drogo zapłacić: zapudłowali go na lotnisku, rzekomo za zgwałcenie pokojówki, i to był koniec jego kariery.
10. Renomowany amerykański Stanford Research Institute znalazł człowieka, którego cialo świeci w nocy. Wariant tej teorii: były wypadki samozapłonu ludzi. Taki czlowiek momentalnie, z nieznanego powodu stawał w płomieniach, a po chwili zostawała po nim tylko garstka popiołu.
11. Jitzhak Rabin – premier Izraela i laureat (wraz z Arafatem) pokojowej nagrody Nobla wiedzial, że wrogowie czyhają na jego życie. Dlatego na wszelki wypadek nakazał, by pistolety jego oficerów ochrony były naładowane ślepymi nabojami. Jednak Szimon Peres – minister spraw zagranicznych, także laureat Nobla – kazał zamienić ślepe naboje na prawdziwe. Był spiskowcem, czy chciał dobrze? Nie wiadomo. Ale w ten sposób w 1995 r. zamach na Rabina się powiódł.
12. Dopiero z wysokości co najmniej kilkudziesięciu metrów widać, że zagadkowe linie, zachowane od wieków na płaskowyżu Nazca w Peru, układają się w kształt różnych zwierząt – np. małpy, ptaka lub pająka. To dlatego, że płaskowyż służył niegdyż jako lądowisko kosmitów, dla których były to znaki orientacyjne. Z ziemi przecież tych rysunków nie widać.
13. Lady Diana Spencer została wraz z narzeczonym, Dodim Al Fayedem, zamordowana w paryskim tunelu Alma przez brytyjskie tajne służby. Wypadek w tunelu był wyreżyserowany – kierowcę Mercedesa, jakim jechali narzeczeni, oślepiono znienacka prosto w oczy snopem jaskrawego światła. Służby działały na rozkaz brytyjskiej rodziny królewskiej: Windsorowie dowiedzieli się, że Diana jest w ciąży, i nie chcieli dopuścić do tego, by przyszły król Anglii miał przyrodnie arabskie rodzeństwo. Jest to „w 99,9 proc. pewne” – jak twierdzi ojciec Dodiego, zamieszkały w Londynie arabski milioner Mohammed Al Fayed
14. Kto podkopał firmę Opel, niszcząc popularność lubianego modelu Opla Manta? Konkurencja! To firma Porsche nie mogła znieść faktu, że Manta wyglądała jak rasowy wóz sportowy, a kosztowała niewiele. Takiego parweniusza trzeba było zniszczyć śmiechem! I koncern Porsche wynajął komika, który za pieniądze wymyślił 100 dowcipów na temat debili za kierownicą Manty i puścił je w obieg… Na przykład takie: Po czym poznać, że dana Manta ma automatyczną skrzynie biegów? Po tym, że kierowca wywiesza za okno lewą nogę. Albo: Francuz. Rosjanin i kierowca Manty idą na 10 lat do więzienia. Mogą wyrazić jedno życzenie. Francuz chce zabrać za kratki kobietę, Rosjanin 20 skrzynek wódki, kierowc a Manty – 20 kartonów Marlboro. Po 10 latach wychodzą na wolność. Francuz ma 10 dzieci, Rosjanin zatacza się, a kierowca Manty z papierosem w ustach pyta: czy ktoś nie ma ognia? Albo: Manta staje na światłach obok wózka inwalidzkiego. Kierowca Manty wychyla się z okna. Ty, ile koni ma twoja bryka? - Góra jednego! Odpowiada inwalida. –Ty idioto, to równie dobrze mógłbyś chodzić piechotą!
Po latach okazało się, że teorię o intrydze koncernu Porsche wymyślili i puścili w obieg dwaj studenci szkoły filmowej. Potem obawiali się nawet, że koncern oskarży ich o pomówienie…
15. Paul McCartney tak naprawdę nie żyje, zastępuje go sobowtór. Można to poznać po tym, że na okładce albumu „Sgt. Pepper” ten sobowtór nosi naszywkę z literami OPD. A to przecież używany w Kanadzie skrót od „officially pronounced dead” – „oficjalnie uznany za zmarłego”.
16. Romans prezydenta Billa Clintona z ciemnowłosą stażystką Monicą Lewinsky w Białym Domu, to w istocie rzeczy „spisek amerykańskiej prawicy”. Taki pogląd wyraziła kiedyś żona prezydenta, Hillary Clinton, w wywiadzie dla „NBC Today”. W myśl tej teorii, rzekomo zakochana stażystka Monica miała uwieść oralnie Clintona, by można było go szantażować i wymuszać pożądane decyzje. Argument zwolenników teorii spiskowej: która zakochana dziewczyna, choćby nawet bardzo sentymentalna albo nieco niechlujna, nie daje do prania niebieskiej sukienki ze zdradzieckimi śladami spermy, tylko zachowuje je na pamiątkę?
17. W tajnym, nie figurującym na mapach ośrodku na Syberii Rosjanie szkolą dzieci o zdolnościach paranormalnych. Takie dzieci potrafią czytać w cudzych myślach, poruszać przedmioty nie dotykając ich, a nawet – jeśli tylko się należycie skoncentrują - zabić wskazanego wroga na odległość, samą siłą myśli.
18. Żydzi w Izraelu sprzedają palestyńskim dziewczętom gumę do żucia z afrodyzjakiem, by sprowadzić je na drogę grzechu.
19. Ku-Klux-Klan skrycie podporządkował sobie koncern tytoniowy Philip Morris, a już na pewno markę Marlboro. Dla spostrzegawczych, dociekliwych umysłów nie jest to żadna tajemnica. Wystarczy zauważyć, że czerwone płaszczyzny na pudełku Marlboro – z przodu, z tyłu i z boku – przypominają ksztaltem trzy litery K. Jest więc de facto udowodnione, że koncern tytoniowy – tak jak Ku -Klux –Klan – stawia sobie za cel świat wolny od Żydów, kolorowych, katolików i komunistów. A kto potrzebuje jeszcze dodatkowych dowodów, powinien w nazwie Marlboro zakryć wszystko poza pionowymi liniami liter M, l i b. Gdy będzie o północy wpatrywał się dość długo w te litery, najlepiej przez mgłę lub dymek z jakichś palonych ziół, powinien – jeśli nie jest kompletnie tępy – zauważyć, że te linie układają się w rysunek jednego stojącego, i jednego powieszonego Czarnego.
20. Kto ponosi winę za niszczycielski huragan Sandy? Już wiadomo: Barack Obama. Ustalił to na sto proc. amerykański kaznodzieja John McTernan. Jego stronę w internecie odwiedza 300 000 gości. Zdaniem natchnionego McTernana, karę na Stany Zjednoczone ściągnął mianowicie Obama swoim tolerancyjnym stosunkiem do homoseksualistow. „Kiedy naród legalizuje grzech, spada na niego wyrok Boży. Bóg nie niszczy jednak narodu od razu, ale najpierw go ostrzega”. Takim ostrzeżeniem był właśnie „Sandy”.
Zdaniem psychologów, w przypadku katastrof szczególnie silnie zaznacza się odczuwana przez ludzi potrzeba racjonalizacji, wyjaśnienia przyczyn, a zwłaszcza wskazania winnych. Wtedy wszystko staje się zrozumiale i proste. Niegdyś składano ofiary przebłagalne, palono czarown ice. Odkąd moda na stosy przeminęła, powstałej luki nie bardzo jest kim zastąpić – choć oczywiście starania trwają.

http://www.polityka.pl/sw...spiskowych.read

jerzydom - 2012-12-02, 11:55

Podglądanie nieba
Leslie Kaufman / The New York Times

Kiedy lekarze przez tydzień walczyli o jego życie, on w tym czasie przeżywał niezwykłą podróż we wnętrzu swego umysłu. Widział ogromną otchłań, czarną jak smoła, a jednocześnie pełną światła. To światło pochodziło od Boga – uważa dziś mężczyzna, który wyzdrowiał i opisał swoje mistyczne przeżycia w książce mającej dowodzić istnienia Nieba.

Przez całe lata dr Eben Alexander III odrzucał teorię, że opisywane przez wielu ludzi doświadczenia ”z pogranicza życia i śmierci” mogą być objawieniami Boga czy wizjami Nieba. Dowodził, że można je wyjaśnić procesami elektrycznymi zachodzącymi w mózgu w tych wyjątkowych sytuacjach. Wiedział, co mówi: bądź co bądź był neurochirurgiem, doskonałym specjalistą w swojej dziedzinie.

Ale w 2008 r. dr Alexander zachorował na bakteryjne zapalenie opon mózgowych. Śmiertelnie niebezpieczna infekcja zaatakowała jego mózg i sprawiła, że zapadł w śpiączkę.
Lekarze przez tydzień walczyli o jego życie, a on sam, jak twierdzi, przeżywał w tym czasie niezwykłą podróż we wnętrzu swojego umysłu. W tych snach stał się kawałkiem kleistej substancji przypominającej galaretę – i w tej postaci podążał w stadzie motyli za ”piękną dziewczyną o wydatnych kościach policzkowych i głębokich, błękitnych oczach” aż do ”ogromnej otchłani, czarnej jak smoła, a jednocześnie pełnej światła”. Światło promieniowało z kulistego bytu, który Alexander zinterpretował jako miłującego Boga.

To doświadczenie tak zmieniło 58-letniego lekarza, że postanowił napisać o nim książkę ”Proof of Heaven” (dosł. ”Dowód na Niebo”). Zdawał sobie sprawę, że kładzie na szali swoją zawodową reputację. Miał jednak nadzieję, że jego wiedza i wykształcenie pomogą przekonać sceptyków – zwłaszcza sceptyków związanych ze światem medycyny, takich jak on sam kiedyś – aby otworzyli się na możliwość istnienia innej rzeczywistości.

Dr Alexander zdaje sobie sprawę, że opowieści o doświadczeniach ”z pogranicza śmierci”, w których jasne światło prowadzi człowieka do nowego świata pełnego miłości i dobra, są stare jak świat i współczesnemu człowiekowi wydają się banalne. Przyznaje też, że jego ”wersja” jest jeszcze bardziej psychodeliczna. Nie wie, skąd wzięły się motyle, wie natomiast, że to, co widział, to była jego ”brama do Nieba”, a nie samo Niebo.

W rozmowie ze sceptykami Alexander wyciąga swoją kartę atutową: jest lekarzem, neurochirurgiem, studiował na Duke University, a później pracował jako chirurg i wykładał na uniwersytecie Harvarda. Budowę i sposoby działania ludzkiego mózgu zna jak mało kto – a jednak, jak mówi, tego co przeżył, nie jest w stanie wyjaśnić na poziomie naukowym. – To nie było tak, że kiedy leżałem w śpiączce, mój mózg nie działał prawidłowo – tłumaczy. – On nie działał w ogóle!

Przedstawiciele wydawnictwa Simon & Schuster, którego nakładem ukazała się książka Alexandra, są przekonani, że może ona zainteresować bardzo różnych odbiorców: zarówno tych, którzy interesują się neurobiologią, jak tych, których fascynują doświadczenia mistyczne. Autor książki był już gościem programu ”Doktor Oz radzi” (ang. The Dr. Oz Show, program prowadzony przez kardiochirurga, dr Mehmata Oza), ma się też pojawić w Oprah Winfrey Show.

– Książka porusza tematy, które wchodzą w zakres zainteresowań wielu ludzi – potwierdza Priscilla Painton z wydawnictwa. – Kwestie świadomości, doświadczeń z pogranicza śmierci, życia po śmierci…

Już teraz ”Proof of Heaven” znajduje się na pierwszym miejscu listy bestsellerów ”New York Timesa”. Painton nie ma na razie danych na temat tego, jakiego typu klienci kupują książkę najchętniej, ale uważa, że będzie ona bestsellerem jeszcze przez długi czas. Wydawnictwo wydrukowało łącznie niemal milion egzemplarzy. Dotychczas sprzedano także 78 tysięcy kopii e-booków.
W rozmowie z dziennikarzami dr Alexander jasno daje do zrozumienia, że jego celem nie było trafienie do osób głęboko religijnych, choć zdaje sobie sprawę, że stanowią one dużą część grupy czytelników. Nie zgadza się z tezą, że czytelnikami jego książki będą głównie te same osoby, które kupiły wydany w 2010 r. bestseller ”Heaven Is for Real”, opowiadający o synu pastora, który w czasie śmierci klinicznej spotkał się z Jezusem.

– To zupełnie inna książka – podkreśla autor. – Ludzie, którzy wierzą w życie pozagrobowe, po przeczytaniu mojej książki nie byli zadowoleni. Nie podobał im się tytuł. Mówili: ”To nie są naukowe dowody”. Ale to nie ja wymyśliłem ostateczny tytuł, zadecydowało o tym wydawnictwo. Ja proponowałem tytuł bardziej medyczny…
Dr Alexander opowiada nam o swojej karierze naukowej i pracy na uniwersytecie Harvarda. Mówi przy tym i zachowuje się jak lekarz, któremu moglibyśmy zaufać, gdyby miał przeprowadzić operację na otwartym mózgu. Harvard opuścił w 2001 r., bo, jak mówi, był już zmęczony ”polityką” wydziału medycznego. W 2006 r. przeprowadził się do Lynchburga w stanie Wirginia, gdzie prowadził badania nad małoinwazyjnymi formami operacji mózgu z zastosowaniem promieni Roentgena i obrazowania cyfrowego. A potem zachorował.

Kiedy już wrócił do zdrowia, planował początkowo napisać naukowy artykuł opisujący i wyjaśniający jego doświadczenia. Kiedy jednak przeanalizował dostępną literaturę i skonsultował się z kolegami po fachu, doszedł do wniosku, że naukowe wyjaśnienie po prostu nie istnieje.

– Cała kora nowa mojego mózgu, zwana inaczej korą neopalialną, a więc ta część mózgu, która czyni nas ludźmi, była całkowicie nieaktywna, po prostu nie działała – tłumaczy.

Nie znaczy to, że od razu zmienił poglądy. Minęły dwa lata, zanim odważył się w dyskusji o tych wydarzeniach użyć słowa ”Bóg”. Później jednak doszedł do wniosku, że musi zmierzyć się z całą sferą doświadczeń ”z pogranicza śmierci”; że jest to winien ludziom, którzy sami to przeżyli, a także swoim kolegom-lekarzom. Na razie opowiadał o tym na spotkaniach w szpitalu, w którym był leczony, zaproszono go także na konferencję neurochirurgów na uniwersytecie Stanforda.

Nie oznacza to, jak sam przyznaje, że jego teoria zdobywa sobie uznanie wśród lekarzy. W prywatnych rozmowach niewielu jego kolegów potrafiło wysunąć rzeczowe kontrargumenty. Część z nich zgodziła się z jego konkluzją, że nauka nie jest w stanie wyjaśnić tego, czego doświadczył, ale żaden z nich nie chciał być wymieniony z nazwiska w jego książce.

Lekarze znający dra Alexandra, do których dotarliśmy, nie byli jednak przekonani do jego argumentów. – Nie ma w zasadzie możliwości stwierdzenia, że kora nowa ”nie działa” – powiedział nam dr Martin Samuels, ordynator wydziału neurologii szpitala uniwersyteckiego w Bostonie i wykładowca na uniwersytecie Harvarda, który wspomina Alexandra jako znakomitego neurochirurga. – To brzmi bardzo naukowo, ale muszę to uznać za interpretację dokonaną po fakcie. Moje doświadczenie jest takie, że wszyscy żyjemy poniekąd w rzeczywistości wirtualnej, a mózg jest ostatecznym arbitrem tego, co uznajemy za prawdziwe. W takim przypadku fakt, że Alexander jest neurochirurgiem nie ma większego znaczenia, niż gdyby był na przykład hydraulikiem.

Sam Alexander wzrusza tylko ramionami na takie stwierdzenia. Nie kryje, że osobom stojącym w obliczu śmierci chciałby nieść słowa otuchy i uspokojenia. – Nasz duch nie jest zależny od mózgu czy ciała – mówi. – Jest wieczny, i nikt nie jest w stanie naukowo udowodnić, że jest inaczej.
http://strefatajemnic.one...77,artykul.html

jerzydom - 2012-12-07, 10:16

Lek dla nadciśnieniowców :-D

Chodzenie do kościoła jest dobre dla zdrowia
Wizyty w kościele mogą pozytywnie wpływać nie tylko na duszę, ale i ciało człowieka - orzekli naukowcy z norweskiej kliniki Sykehuset Innlandet. Jak stwierdzili, przebywanie w świątyni przyczynia się do obniżenia wysokiego ciśnienia krwi.
Wcześniej do podobnego wniosku doszli już naukowcy z USA. Jak jednak podał portal pravoslavie.by, był to czysty przypadek, gdyż w Stanach Zjednoczonych do kościoła chodzi regularnie do 40 proc. obywateli. W Norwegii religijne praktyki są udziałem nie więcej niż 4 proc. mieszkańców, więc najnowsze badania są bardziej precyzyjne.

Norwescy lekarze ogółem przebadali 120 tysięcy osób, z czego tylko około 5 tysięcy uczęszczało do kościoła. Jak się okazało, u osób praktykujących ciśnienie krwi było niższe niż u osób, które nie chodziły do kościoła.

Teraz konieczne są dalsze badania, aby zrozumieć, w jaki sposób przekonania religijne wpływają na ogólny stan zdrowia człowieka, a także czy "uzdrawiającą" moc mają wszystkie religie świata, czy też tylko niektóre z nich.
http://religia.onet.pl/sw...owia,52001.html

GrzegorzB - 2012-12-07, 19:36

Stawiam tezę, że niektóre religie w niektórych krajach nie tylko nie obniżają ciśnienia wyznawcom, ale je podnoszą do niebezpiecznych granic. I ogólny stan zdrowia tychże wyznawców również nie ma się najlepiej, szczególnie górnych partii organizmu. Za to zupełną niewiadomą jest za to dla mnie, czy zagłębienie się w religię jest tu skutkiem, czy przyczyną, czy może ma charakter współbieżny (wzmacniający). Czyli, w języku automatyki, zachodzi dodatnie (+) sprzężenie zwrotne.
:lol:

jerzydom - 2012-12-19, 20:37

Marcin Wojciechowski

Jak oszust Ślusarczyk nabierał Ukraińców

Dar dr. Pi

Brał do ręki skalpel i operował ludziom mózgi, choć ukończył tylko technikum. Prokuratorzy twierdzą, że zabił sześciu pacjentów. On, że to spisek specsłużb, ale nie zdradza jakich.
Życiorys Andrija Ślusarczuka, który od roku siedzi w ukraińskim więzieniu, układa się jak bajka. Urodził się w Winnicy, na środkowej Ukrainie, gdzie wielu mieszkańców przyznaje się do polskich korzeni. Twierdzi, że jego rodzice byli znanymi lokalnymi lekarzami, ale gdy miał kilka lat, zginęli w wypadku samochodowym. Krewni ponoć się go wyrzekli i zamiast zająć się sierotą, oddali go do domu dziecka, z którego szybko uciekł.
Przez kilka lat mieszkał w taborze cygańskim, gdzie miał się nauczyć hipnozy. I tu robi się coraz bardziej bajkowo. Przygodę ze szkołą Ślusarczuk miał zakończyć, mając zaledwie 9 lat. Ale jako 12-latek trafił do Moskwy i zaczął studia w prestiżowej Akademii Medycznej im. Pirogowa. Podobno protekcji udzielił mu sam ówczesny wiceminister zdrowia ZSRR Jewgienij Czazow, zachwycony jego niezwykłymi zdolnościami. W wieku 18 lat Ślusarczuk miał już posiadać dyplom medyka i sławę genialnie zapowiadającego się neurochirurga.
Tak Ślusarczuk jeszcze niedawno mówił o sobie w wywiadach i pisał na stronie internetowej. O dziwo, wierzono w to. Ale jest jeszcze druga historia, mniej bajkowa, którą pamiętają niektórzy mieszkańcy Lwowa. Na początku lat 90. w mieście pojawił się wysoki hipnotyzer o śniadej karnacji. Na jego seanse przychodzili głównie ciekawscy, ale Ślusarczuk reklamował się, że leczy hipnozą oraz poprawia samopoczucie, bo zna klucz do ludzkiego mózgu.
Wszystko zależy od mózgu
Przedstawiał się jako neurochirurg i docent uniwersytetu w Petersburgu. Pierwsze zajęcia były bezpłatne, ale cykl kursów hipnozy kosztował 100 dol., jak na owe czasy fortunę. Chętnych jednak nie brakowało. – Spotkałam tam ludzi, których określiłabym jako kupę nieszczęścia – opowiada Olha Sniczarczuk, dziennikarka 5 Kanału ukraińskiej telewizji, która poszła na jeden z warsztatów. – Ślusarczuk chodził po sali, wykrzykując, że trzeba być szczęśliwym. Prosił o podanie imienia i zaczynał hipnozę. Ja zmyśliłam imię i nie udało mu się mnie zahipnotyzować. Był bardzo zły. Krzyczał, że pewnie kiedyś uczyłam się hipnozy. Gdy wszystko opisałam w lokalnej gazecie, na drugi dzień przybiegł z awanturą i prośbami o sprostowanie. Od początku uważałam, że jest szarlatanem.
Ale Ślusarczuk potrafił być przekonujący. Szybko znaleźli się biznesmeni gotowi być jego sponsorami. Oprócz hipnozy zaczął urządzać pokazy możliwości swego mózgu. Chwalił się, że jest w stanie podać liczbę pi do miliona miejsc po przecinku. Uczeni byli w szoku, ale rzeczywiście udawało mu się odtwarzać całe ciągi kolejnych cyfr. Liczył niczym kalkulator i to nie w tysiącach, ale w milionach. Był w stanie zapamiętywać nie tylko strony, ale całe rozdziały, wręcz książki tekstu i to zaledwie w sekundy. Jego popisowy numer polegał na ściskaniu gołymi rękami szklanki z włączoną grzałką w środku, w której wrzała woda. Zostało to nagrane i do dziś można oglądać filmik na YouTube. Ślusarczuk twierdzi, że siłą woli jest w stanie powstrzymać ból, a wytrzymałość człowieka zależy wyłącznie od treningu mózgu.
Jego niektórych rekordów nie uznawano, ale objeżdżał ze swoimi pokazami już nie tylko Lwów, ale całą Ukrainę. Dostał nawet etat na Politechnice Lwowskiej, gdzie wykładał budowę ludzkiego mózgu dla studentów elektroniki, informatyki i robotyki pracujących nad sztuczną inteligencją. – Moim zdaniem, on ma naprawdę genialną pamięć zdolną do przyswajania sobie nawet miliona cyfr – mówi Andrij Nowosad, który przez kilka lat był komputerowcem Ślusarczuka. Często jednak przy podawaniu kolejnych cyfr liczby pi dochodziło do pomyłek. Ślusarczuk rozkręcał się długo, ale gdy to zrobił, był całkowicie nieomylny.
Lepszy od Kasparowa
W końcu zaproponowano, by zdolności swego mózgu użył do walki z komputerem szachowym. Ślusar­czuk stanął w zawody z komputerem Rybka-4 porównywalnym z supermaszyną IBM Deep Blue, której nie był w stanie pokonać w latach 90. rosyjski arcymistrz szachowy Garri Kasparow. Ślusarczukowi to się udało, co stało się później początkiem jego problemów. Ale na razie jego kariera rozwijała się wyśmienicie.
Stał się gwiazdą na skalę państw dawnego ZSRR. Udzielał wywiadów, występował w telewizjach, a w prestiżowym radiu Era miał nawet swój program „Gry rozumu”. Przedstawiał się głównie jako lekarz. Obronił doktorat i habilitację. Był zapraszany do wykonywania zabiegów w głównych ukraińskich szpitalach. Robił ośmiogodzinne operacje na otwartym mózgu. Wielkie pieniądze zarabiał, lecząc vipów – oligarchów i polityków. Niektórzy nie dawali się leczyć nikomu innemu, tylko Ślusarczukowi.
Jego sława była na tyle wielka, że przed 2010 r. dotarł do ówczesnego prezydenta Ukrainy Wiktora Juszczenki cierpiącego z powodu szpetnie pomarszczonej skóry, co było pamiątką po próbie otrucia go dioksynami. Otoczenie Juszczenki miało nadzieję, że genialny lekarz poradzi coś na chorobę prezydenta. Juszczenko stanowczo temu zaprzecza i zasłania się niepamięcią, ale pracownicy jego sekretariatu załatwili Ślusarczukowi etat doradcy w kancelarii rządu. Do pracy przyjmował go ówczesny wicepremier Ołeksandr Turczynow, dziś jeden z liderów opozycji, który zrobił mu egzamin na zapamiętywanie tekstu.
Ślusarczuk był szykowany na szefa Instytutu Mózgu, który miał powstać w jednym z państwowych szpitali. Dostał nawet wysoką nagrodę państwową za wybitne osiągnięcia naukowe. Tak świetnie rozwijającą się karierę Ślusarczuka złamali miłośnicy szachów z popularnego portalu Chessglum. Po zwycięstwie doktora Pi nad komputerem Rybka-4 zauważyli, że w dziesiątym ruchu komputer popełnił dziecinny błąd, a Ślusarczuk wszystkie ruchy wykonał tak, jakby grał za niego komputer. Na Ślusarczuka uwzięła się uczestniczka forum Chessglum Swietłana Jerszowa. Zaczęła weryfikować dyplomy genialnego lekarza i sprawdzać jego życiorys.
Śledztwo w Akademii
Okazało się, że w Akademii Medycznej im. Pirogowa nikt go nie pamięta i nie ma jego pracy dyplomowej. A na dyplomie, który opublikował w Internecie, widnieją jeszcze pieczątki z czasów radzieckich, choć został wystawiony już w 1993 r. Tak samo było w Winnicy. Nikt nie był w stanie przypomnieć sobie jego rodziców, rzekomo znanych lekarzy, ani ich wypadku w latach 80., po którym osierociliby dziecko. A w takiej miejscowości jak Winnica sprawa musiałaby być głośna przez lata. Za to odkryto, że Ślusarczuk skończył miejscowe technikum, choć zdawał egzaminy zaocznie, a nie w trybie dziennym.
Ślusarczuk nie poddawał się, choć coraz więcej poszlak wskazywało, że jest hoch­sztaplerem. Gdy udowodniono mu, że jego dyplom medyczny jest fałszywką, a następne tytuły zdobył bezprawnie na jego podstawie, zaczął się przedstawiać jako ofiara służb specjalnych, choć nie był w stanie uściślić, czy chodzi mu o służby ukraińskie czy rosyjskie. Twierdził, że od dzieciństwa ze względu na swoje szczególne zdolności był inwigilowany przez KGB, chcące przy jego pomocy odkryć tajemnicę ludzkiego mózgu i broni paraliżującej właściwości jednych, a innym dającej talenty intelektualne geniuszy. Mówił, że luki w jego życiorysie pojawiły się właśnie ze względu na pracę dla służb albo szczególne zainteresowanie ich jego osobą.
Przyciśnięty przez media, doktor Pi zaczął wymyślać coraz to nowe wersje swojego życiorysu. Rok temu w końcu go aresztowano i oskarżono o śmierć sześciu osób, które operował bez żadnych uprawnień. Pacjenci zmarli jeszcze w trakcie operacji albo tuż po niej. Proces rozpocznie się, gdy Ślusarczuk i jego adwokatka przeczytają całość akt śledztwa. Prokuratura zamierza zażądać dla Ślusarczuka 10 lat więzienia za oszustwo i kilkukrotne nieumyślne spowodowanie śmierci. Ślusarczuk twierdzi, że to wszystko gigantyczny spisek. Co ciekawe, wciąż ma obrońców i to wysoko postawionych. Choć nie stoi za nim Juszczenko, to czasem ludzie z jego otoczenia powiedzą coś dobrego o Ślusarczuku.
Doktor Pi ma też zagorzałych obrońców wśród swych pacjentów przekonanych, że zawdzięczają mu zdrowie i życie. Mykoła Rudkowski, niegdyś ważny polityk Partii Socjalistycznej oraz były minister, twierdzi, że Ślusarczuk wyleczył go ze śmiertelnej choroby, dlatego nawet jeśli sąd uzna go za winnego, zamierza trwać przy swoim „doktorze” do końca. Przy okazji śledztwa medycznego ukraińska prokuratura badała też wyczyny matematyczno-szachowe Ślusarczuka – twierdzi, że były całkowicie ustawione. Podczas występów medialnych używał mikrosłuchawki, przez którą dostawał instrukcje, jak grać z komputerem w szachy. W ten sam sposób wspólnicy dyktowali mu też ciągi liczby pi wiele miejsc po przecinku.
Ukraińscy eksperci zachodzą w głowę, jak Ślusarczukowi udawało się przez tyle lat wodzić za nos opinię publiczną, swoich klientów, lekarzy, media i przedstawicieli elit. I doszli do wniosku, że po prostu jest dziś zapotrzebowanie na takich ludzi jak doktor Pi: silnych, po których widać sukces, może bezceremonialnych, ale za to skutecznych i pewnych siebie. – Gdyby Ślusarczuk postanowił udawać psychiatrę, to pewnie mógłby wykonywać ten zawód do końca życia – mówi Semen Głuzman, lekarz, były dysydent i autor głośnej książki o wykorzystywaniu psychiatrii w ZSRR do rozprawiania się z opozycją. – Zgubiła go pycha. Zupełnie niepotrzebnie zaczął operować ludzi i bez sensu pchał się na salony. No i pozostaje pytanie: kto dał mu kolejne dyplomy, tytuły, możliwości robienia kariery?
http://www.polityka.pl/sw...-ukraincow.read

GrzegorzB - 2012-12-19, 21:31

Odin, dwa... ruki tjażołyje, tri...
I cała Polska siedzi z gałami wbitymi w telewizor.
:)
Religia to opium narodów. Każda religia.

jerzydom - 2012-12-25, 07:26

Jak to się wszystko skończy?
Apokalipsa to nie tylko kalendarz Majów i objawienia świętego Jana. Są całkiem racjonalne przesłanki do tego, żeby sądzić, że to my wykończymy świat. W jaki sposób?

John L. Petersen to twórca i prezydent elitarnego think tanku – The Arlington Institute. Od lat uchodzi za najlepiej poinformowanego futurologa świata. Współpracuje z wieloma ośrodkami mającymi za cel “przewidywanie” w oparciu o dane technologiczno–kulturowo–geopolityczne, przyszłości ludzkiej rasy. Wyprzedzanie wydarzeń jest tutaj zatem drobiazgową analizą, z której wyciąga się wnioski. Nie ma mowy o podrabianiu Nostradamusa czy Baby Wangi. Petersen specjalizuje się w tworzeniu scenariuszy nieoczekiwanych zjawisk o niezwykle doniosłych konsekwencjach. Stworzył nawet termin określający takie wydarzenia. To „dzika karta”. Pora przedstawić, co w mniemaniu Johna Petersena może się wydarzyć w perspektywie bliskiej przyszłości.

Dzikie Karty
Erupcja megawulkanu – to, że siedzimy na beczce prochu jest raczej truizmem, ale faktem jest, że ryzyko potencjalnego wybuchu superwulkanu wzrasta w miarę rozwoju technologii zdolnych do wymknięcia się spod kontroli. Chodzi tu zwłaszcza o technologie jądrowe, które użyte w niewłaściwy sposób przez jakieś zbójeckie państwo mogłyby doprowadzić do efektu kaskadowego. Do tej pory krąży plotka, że Al-Kaida chciała zdetonować ładunek termonuklearny w kalderze superwulkanu Yellowstone. Skutkiem tego wydarzenia byłaby zima nuklearna, dewastująca światową gospodarkę. Potencjalne straty w ludziach oszacowano na 5 miliardów.

Uderzenie asteroidy lub komety – w zasadzie nie trzeba niczego argumentować w tym podpunkcie. Cała mitologia 2012 oparta jest przecież na przekonaniu, że dojdzie do bliskiego kontaktu z bliżej niezidentyfikowanym ciałem niebieskim. Ostatnio jest wiele szumu wokół komety Elenin, która przejęła pałeczkę po Nibiru. Inni twierdzą, że chodzi o to samo. Kto ma rację?

Burze słoneczne – NASA przestrzega, że w 2013 roku może dojść do apokalipsy technologicznej wywołanej superburzami na Słońcu. Problem w tym, że Słońce niekoniecznie się nas słucha. Kwestią jest więc nie rok 2013, lecz każda chwila.

Naturalna ewolucja superbakterii – pomijam fakt przetrzymywania w wojskowych laboratoriach szczepów najbardziej zjadliwych wirusów. Teoria głosi, że 450 gramów laseczki jadu kiełbasianego jest w stanie zlikwidować całą ludzkość. Większy problem tkwi w eksperymentach genetycznych dokonywanych chociażby przez zespół doktora Craiga Ventera. Połączenie cech kilku bakterii i nieumiejętne utylizowanie „frankensteinów” pomoże wyewoluować w sposób naturalny czemuś, czego określić się w zasadzie nie da…

Kontakt z ET – nie wiadomo, czym kieruje się John Petersen prognozując rychłą komunikację z pozaziemską inteligencją. Zapewne zdaje on sobie sprawę, że do takich spotkań dochodziło już w przeszłości Ziemi niezliczoną ilość razy. Prawdopodobnie też istnieje program transferu technologii między ludźmi a kosmitami. Skoro tak, to kontakt z ET nie powinien być prognozą. Być może chodziło o oficjalne ujawnienie, pozbawione niedomówień. Dziwi brak rozwagi. Jeśli bowiem tam ktoś jest i posiada mądrość, której my – ludzie, nie zrozumiemy, to głupotą z jego strony byłaby próba wytłumaczenia fizyki kwantowej pasikonikowi.

Topnienie lodowców – Petersen dotyka problemu globalnego ocieplenia i radykalnego cięcia emisji CO2 . Trudno jest przewidzieć punkt krytyczny, po którym będzie już za późno. Nie dojdzie do tego w ciągu jednego dnia. Poziom wód wszechoceanu i tak z roku na rok jest coraz wyższy. Redukcja dwutlenku węgla to koszt rzędu trylionów dolarów. Co jest więc bardziej prawdopodobne: to, że owe lodowce stopnieją czy to, że my faktycznie wydamy tryliony dolarów na to, by do tego nie dopuścić?

Upadek ONZ – od dawna mówi się o tym, że Organizacja Narodów Zjednoczonych to kolos na glinianych nogach. Nie wypełnia ona swoich funkcji z uwagi na fakt, że interesy Chin i USA niekoniecznie muszą się ze sobą zbiegać. ONZ miała być gwarantem pokoju na świecie, a zdaje się być żałosną symulacją Rządu Światowego. Może właśnie dlatego Illuminaci chcą to zmienić?
Globalna wojna nuklearna – na planecie istnieje kilkadziesiąt tysięcy głowic jądrowych. Najwięcej mają Rosja i Stany Zjednoczone. Ewentualny megakonflikt między tymi dwoma mocarstwami to kres naszej cywilizacji. Do hekatomby mogło dojść już za czasów „kryzysu kubańskiego”. Następnie w roku 1985. Wtedy to rzekomo uchronił planetę przed samozagładą sam Jan Paweł II, powierzając naród rosyjski opiece niebios. Dziś wystarczy w zasadzie jedna dobrze wycelowana bomba Kim Dzong Ila lub Mahmuda Ahmadineżada, aby nasze marzenia o spokojnym świecie zamieniły się w piekło. Patrz Yellowstone…

Upadek dolara amerykańskiego – prognoza tym bardziej aktualna, im bardziej paniczne reakcje rynków obserwujemy. Ludzkość nie powinna się opierać tylko na jednej walucie, a jeśli już, to może faktycznie powinna to być waluta globalna. Jak można by ją nazwać? Mundial, Global, Bancor, Unitas? Jest kilka typów. Tylko jak na upadek dolara zareagują Chiny, które utopiły ich ponad bilion w amerykańskich obligacjach?
Cybernetyczny szantaż – Petersen nie wyklucza, że pojawi się kombinacja Kevina Mitnicka, Juliana Assange’a, Gary’ego McKinnona i członków grupy Anonymous. Ktoś zdolny do wykreowania wirusa, któremu Y2K i Stuxnet kłaniać się będą w pas. Ktoś taki mógłby odczytywać najtajniejsze maile, blokować największe portale, a nawet unieruchomić cały internet.

Koniec międzyludzkiej solidarności – ciężko w to uwierzyć, ale póki co jeszcze istnieje w nas potrzeba pomagania innym, zwłaszcza poszkodowanym w wyniku klęsk żywiołowych. John Petersen prognozuje jednak, że ilość kryzysów jaka przetacza się przez wszystkie narody, spowoduje zanik człowieczeństwa i upadek moralności. A wtedy prawo Darwina nabierze zupełnie nowego znaczenia.

Klonowanie ludzi – niektórzy twierdzą, że sklonowanie człowieka jest niemożliwe. Jak bowiem sklonować duszę? Jak sklonować wspomnienia? Świadomość? Być może proces ten ograniczy się do tego, co w filmie „Wyspa” ukazał Michael Bay. Nasze indoktrynowane klony posłużą nam jako spiżarnie narządów. Tylko po co?

Triumf anarchoprymitywizmu – ludzkość przesycona i ogłupiona wiedzą i niewiedzą, rozpocznie marsz w drugą stronę, a więc od postępu do nowych mrocznych wieków. Przerażeni skutkami naszych badań i eksperymentów dojdziemy do wniosku, że lepiej jest żyć z dala od śmiertelnie groźnego świata, odsłaniającego straszliwe horyzonty rzeczywistości. Odrzucimy zatem naukę, technikę i cywilizację.

Nadejście „Osobliwości” – największe marzenie Raymonda Kurzweila. Moment, w którym komputery staną się mądrzejsze od człowieka. Irving John Good powiedział kiedyś, że stworzenie ultrainteligentnej maszyny, będzie ostatnim wynalazkiem człowieka. To, co sami zbudowaliśmy, bawiąc się w bogów, samo stanie się bogiem. Kompletnie niepojmowalnym przez nasze zbyt małe mózgi.

„Szara breja” – nanotechnologia zbuntuje się przeciwko nam i wykorzysta Ziemię oraz nas samych jako pokarm bądź surowiec do produkcji tzw. monterów. Służący stanie się panem.

Kosmiczne miasto a’la Star Trek – John Petersen uważa, że stworzenie czegoś na kształt „star trek borg-a”, będzie możliwe w okolicach 2040 roku. Wtedy to zaczniemy śmiało kroczyć tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

Zanik umiejętności czytania, pisania, pracowania i myślenia – przerażająca wizja społeczeństwa tak zdominowanego przez maszyny i tak przez nie rozleniwionego, że nie potrafiącego w zasadzie nic, poza wysługiwaniem się technologią. Już dziś naukowcy alarmują, że korzystanie z internetu nas ogłupia. Ale w końcu Profesor Google wie lepiej.

Genetyczna superrasa – kiedyś, jeśli sami siebie nie zniszczymy, dojdziemy do perfekcji w inżynierii genetycznej. To pozwoli nam stworzyć nowy, wspaniały świat z nowym, wspaniałym człowiekiem. Pozbawieni wad, nie będziemy się starzeć, a w związku z tym umierać.

Ludzkość zamieszka w Sieci – według Johna Petersena w okolicach roku 2075 nasza cywilizacja stworzy idealne środowisko wirtualne, w którym najzwyczajniej w świecie zamieszka, przenosząc do niego wszystkie zmysły.

Podróże w czasie – Petersen uważa, że zdolność do podróży w czasie osiągniemy dopiero w 2075 roku. Jeśli „Osobliwość” się postara, już koło 2050 roku odwiedzimy dinozaury.

Chipy nieśmiertelności – ludzie przeniosą swoją świadomość do internetu. Nasze ciała nie są w końcu aż tak ważne. O tym, kim jesteśmy decyduje przecież mózg i świadomość. Zatem przeniesienie umysłu do globalnej sieci pozwoli ludziom trwać wiecznie.

Podróże szybsze od światła – ta prognoza zamyka listę wizji Johna L. Petersena. Po osiągnięciu magicznej daty 2100, ludzie będą przemierzać przestrzeń szybciej niż promień światła. Już dziś niektórzy sądzą, że dzięki polom torsyjnym jest to możliwe.

Podsumowując, nasza przyszłość zapowiada się wystrzałowo.
http://strefatajemnic.one...13,artykul.html

jerzydom - 2013-01-06, 11:19

Cień nazistowskiego złota: Władze PRL i III RP na tropie hitlerowskich skarbów
Film pod linkiem waga 45:10
http://www.youtube.com/watch?v=NDugzk6P014

GrzegorzB - 2013-01-15, 12:03

Jak się kręci lody na naiwnych w XXI wieku:
http://wiadomosci.onet.pl...-wiadomosc.html

Van Worden - 2013-01-15, 14:44

Konkretne podejście :-o
jerzydom - 2013-02-15, 12:35

Czarna magia w Watykanie
W historii Kościoła o uprawianie czarów podejrzewano kilku papieży. Mówiono, że Sylwester II nauczył się sztuk tajemnych od Arabów, a nawet zawarł pakt z żeńskim demonem. Honoriuszowi III przypisuje się z kolei autorstwo najbardziej złowrogiego podręcznika czarnej magii w dziejach. Współcześnie podobne pogłoski odświeżył kontrowersyjny duchowny, Malachi Martin twierdząc, że „Zły” nadal ma w Watykanie wielu ambasadorów…
Stolica Apostolska to studnia sekretów. Niektóre z nich są tajemnicami poliszynela, inne zapewne nigdy nie ujrzą światła dziennego. Jedną z bardziej kontrowersyjnych spraw stanowiły czarnoksięskie praktyki następców św. Piotra. Podejrzewano o to (słusznie bądź nie) kilku średniowiecznych papieży, a współcześnie spekulacje na ten temat ożywił eksjezuita, Malachi Martin.

„Brązowa głowa” Sylwestra II
Naprawdę nazywał się Gerbert d’Aurillac (ok. 945-1003) i jako Sylwester II zasiadał na Tronie Piotrowym od 999 r. Urodzony w „skromnym domu” wstąpił do klasztoru w Aurillac (Owernia), skąd tamtejszy opat wysłał go do Hiszpanii, gdzie młody mnich miał poznać dorobek arabskich uczonych. Jego kariera rozwijała się prężnie - najpierw został nauczycielem na dworze cesarzy Ludolfingów, potem biskupem, a w końcu pierwszym francuskim papieżem. Gerbert znany był jednak przede wszystkim jako uczony biegły w astrologii i astronomii, choć krążyły pogłoski o jego zamiłowaniu do praktyk czarnoksięskich.

Najwięcej sensacji wzbudzał znajdujący się w jego kolekcji zagadkowy „automat” potrafiący ponoć „udzielać” prostych odpowiedzi („tak”/„nie”), traktowany jako narzędzie do przewidywania przyszłości. Urządzenie miało formę ludzkiej głowy odlanej z brązu, choć szczegóły jego konstrukcji są nieznane. Według jednej z wersji budzący grozę wśród ludu mechanizm przechodził z rąk do rąk, według innej został zniszczony po śmierci papieża. Legendę o nim przyćmiewały jednak zarzuty, które w swoich dziełach utrwalił XII-wieczny angielski dziejopisarz William z Malmesbury. Dowiadujemy się z nich, że przyszły Ojciec Święty (jeszcze jako zakonnik) wprowadzony został w arkany wiedzy tajemnej, w tym sztukę wieszczenia przyszłości. Opanował też ponoć umiejętność „przywoływania zjaw z piekła” i zawarł pakt z Diabłem, dzięki czemu posiadł ogromną wiedzę.

Według innej historii, w zdobyciu papiestwa Sylwestrowi II miał pomóc żeński demon o imieniu Meridiana. Postać papieża-maga silnie oddziaływała na wyobraźnię ludzi średniowiecza (na rycinie z XV w. można zobaczyć go w towarzystwie pokracznego demona). Nie wiadomo jednak, na ile prawdziwe były plotki o jego czarnoksięskich praktykach. Trzeba pamiętać, że jeszcze w renesansie nauki okultystyczne (astrologia czy alchemia) uprawiane były przez czołowych intelektualistów epoki, a granica między „magiem” a „uczonym” bywała cienka.

Grymuar Honoriusza III

O konszachtach papieży z siłami nieczystymi pisał w „Historii magii” francuski okultysta (i niedoszły ksiądz), Eliphas Levi (1810-75). Ich lista była długa, choć oskarżenia tego typu były zwykle elementem rozgrywek politycznych. W przypadku Jana XXI (1215-77) karą za czarnoksięstwo miała być niegodna jak na jego stan śmierć. Papież, który żywił silną fascynację medycyną, zginął pod gruzami zawalonej komnaty pałacu w Viterbo. O uwikłanym w liczne konflikty Bonifacym VIII (1235-1303) krążyły z kolei legendy, że paktował z diabłami leżąc na łożu śmierci.

Namacalny dowód na swą działalność okultystyczną mógł pozostawić Honoriusz III (ok. 1150-1227), któremu przypisuje się autorstwo księgi magicznej (tzw. grymuaru), która swoim złowrogim charakterem przewyższała wszystkie publikacje tego typu. Dzieło przeznaczone było głównie dla duchownych. Można dowiedzieć się z niego, jak rzucać zaklęcia, składać ofiary z ludzi czy przywoływać najwyższych w hierarchii mieszkańców piekieł, tj. Lucyfera czy Astarotha. Niestety ustalenie prawdziwego autora księgi sprawia problem, bo choć odwołuje się ona do XIII-wiecznego papieża, pierwszy raz wydano ją dopiero w XIX stuleciu.

Duchowni zainteresowani okultyzmem musieli rozwijać swe pasję w ukryciu. Wyjątkiem był pewien Niemiec, któremu godność opata nie przeszkadzała w uprawianiu czarnej magii. Był to Johannes Trithemius (1462-1516), autor „Steganographii” - dzieła traktującego m.in. o wykorzystaniu duchów do komunikacji na odległość. Choć z racji swoich zainteresowań miewał przejściowe problemy, pozwalała mu je przezwyciężyć opieka możnych protektorów. Trithemius twierdził, że część ksiąg podyktował mu jego „duchowy przewodnik”. Zasłynął on również z seansu nekromantycznego na dworze Habsburgów. Wszystko to nie przeszkadzało mu jednak w pisaniu dzieł o tematyce religijnej.

Malachi Martin i „loża Złego”

Temat czarnej magii w Watykanie powrócił w drugiej połowie XX w. za sprawą rewelacji irlandzkiego duchownego, Malachiego Martina (1921-99). Poczuwszy powołanie (podobnie jak jego trzech braci), wstąpił on przed studiami do zakonu jezuitów. Początkowo specjalizował się w biblistyce, ale podczas pobytu w Egipcie zainteresowały go egzorcyzmy. Jako kardynalski sekretarz brał udział w obradach Soboru watykańskiego II (1962-65); wykładał też w Papieskim Instytucie Biblijnym. W 1965 r., niezadowolony z sytuacji w zakonie, został zwolniony ze ślubów i poświęcił się pracy pisarskiej.

W swoich książkach poruszał zróżnicowaną tematykę związaną z polityką Kościoła i toczącymi go problemami. Najwięcej kontrowersji budziły jego opinie o egzorcyzmach, tajemnicach fatimskich i działalności masonów w Watykanie. Twierdził, że wielu wysokich urzędników papieskich to wolnomularze, zaś kard. Agostino Casaroli (1914-98) - długoletni sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej - to… zadeklarowany ateista. Ale nie to szokowało najbardziej. Martin pisał, że „każdy kto jest zorientowany w sprawach Watykanu z ostatnich 35 lat wie, że książę ciemności miał i nadal ma swoich przedstawicieli na dworze św. Piotra”.

Według jego informacji, w 1963 r. w otoczce całkowitej tajemnicy, przeprowadzono w Watykanie ceremonię „Intronizacji upadłego anioła” (Lucyfera). Był to dowód na istnienie wśród tamtejszych hierarchów „satanistycznej loży”, o której Martin często opowiadał w swoich wystąpieniach (potwierdzał to według niego sam Paweł VI, który podczas jednej z homilii przyznał: „Dym Szatana wleciał do sanktuarium”). Eksjezuita wierzył też, że istnieje „zło wcielone”, że opętania są dziełem demonicznych sił, a Antychryst żyje w naszych czasach. Poglądy Martina podlegały nieustannej krytyce, a niektórzy nazywali je wprost tanimi sensacjami mającymi gwarantować sprzedaż jego książek.

Choć dziś Watykan utracił w dużej mierze dawny splendor i władzę, nikt nie wie, jakie zagadki mogą jeszcze kryć się w jego archiwach. Proces ujawniania trzeciego sekretu fatimskiego pokazał, że tamtejsze młyny mielą bardzo powoli. Otoczka niewiadomej wokół Stolicy Piotrowej czyni z niej, w oczach niektórych wiernych, szafarza największych tajemnic. Ale prawdziwą zagadką pozostaje, w jaki sposób przez wieki udaje się utrzymywać to wszystko za murami 44-hektarowego państewka…
http://strefatajemnic.one...20,artykul.html

jerzydom - 2013-02-18, 08:05

„Spisek żarówkowy”, czyli dlaczego twój telewizor zepsuje się zaraz po upływie gwarancji
Newsy, Orwellsky

Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego większość współczesnych produktów psuje się tuż po upłynięciu terminu gwarancji? Czy dopuszczacie taką myśl, że być może żyjemy „w świecie zaprojektowanej awaryjności”? Istnieje wiele dowodów na to, że celowym jest projektowanie produktów w taki sposób, aby po krótkim czasie użytkowania nadawały się do wymiany na nowszy model…
Telefony, pralki, lodówki, telewizory… To sprzęty, bez których nie da się dziś funkcjonować. Kilkanaście lat temu gdy kupowało się telewizor można było mieć pewność, że posłuży przynajmniej dekadę. Podobnie było z innymi urządzeniami. Dziś zwykle „zużywają się” zaraz po upływie terminu gwarancji i wymuszają na nas zakup kolejnych, częstokroć droższych produktów.
Punktem wyjścia dla artykułu jest ponad 50-minutowy materiał wideo ujawniający zmowę producentów żarówek, która miała miejsce na początku XX wieku. Producenci odkryli wówczas, że wytwarzanie super trwałych produktów, zwyczajnie nie leży w ich interesie.W wyniku zmowy ograniczono trwałość żarówki z 3000 godzin żywotności do zaledwie 1000 godzin. Twórcy filmu docierają do dokumentów jasno stwierdzających istnienie żarówkowego kartelu.
Autorzy filmu wyodrębnili trzy elementy, które napędzają wzrost współczesnych gospodarek produkcyjnych, należy je w tym miejscu przytoczyć. Wskazali na reklamę, zaprojektowaną awaryjność oraz ogólnie dostępne kredyty. Dzięki takim uwarunkowaniom czujemy ciągłą potrzebę kupowania nowych, lepszych produktów i możemy konsumować coraz więcej i więcej…
Anglicy dla określenia problemu użyli terminu ‘planned obsolescence’, czyli ‘planowane postarzanie produktów’. Choć opinia publiczna dopiero teraz poznaje tajniki tego mechanizmu, to sama idea planowanego postarzania powstała już w latach 20-tych minionego wieku. Powstanie społeczeństwa konsumenckiego wraz z masową produkcją wykreowały jedno podstawowe założenie: człowiek ma być przede wszystkim konsumentem, który będzie wciąż kupować, kupować i kupować.
Podobno o wiele bardziej skomplikowane od wynalezienia żarówki było jej „zaplanowane zepsucie” do tego stopnia, aby wypalała się po niewielkim zakresie godzin. I tak „ulepszona” żarówka weszła do masowej produkcji (podobnie uszlachetniono rzekomo nylon – oryginalny był nie do porwania, więc znów nie wart wdrożenia na rynek!).
Idea planowanego postarzania produktów nie jest obca żadnej większej współczesnej korporacji. Przykładem może być firma Apple. Bateria pierwotnie umieszczona w odtwarzaczu iPod nano 1G była obliczona na krótką żywotność. Projektanci jednak tak bardzo przedobrzyli, że część baterii przegrzewała się, a w kilku przypadkach doszło nawet do pożarów (!). W konsekwencji wysokiej awaryjności rząd japoński wytoczył firmie proces, który trwał prawie dwa lata. Ostatecznie Apple ugięło się i wymieniło baterie na nowe.
Jedna z koncepcji odnosząca się do zaplanowanej awaryjności nosi nazwę ‘teorii wybitej szyby’. Mówi ona między innymi o tym, że w ten czy inny sposób wtłoczymy swoje pieniądze do gospodarki, nawet jeśli nie wydamy ich na wymianę zepsutej żarówki.
Całe zjawisko ma rzecz jasna swoich zwolenników jak i przeciwników. Zwolennicy strategi planowanego postarzania podkreślają korzystną rolę tego procesu dla rozwoju gospodarki. Nieustanna potrzeba wymiany sprzętu powoduje, że wciąż jest zapotrzebowanie na produkcję. Cytowany przez „The Economist” guru marketingu, Philip Kotler uważa, że „(…) proces ten jest dla konsumentów korzystny. Prowadzi on do poprawy jakości świadczonych usług i wzrostu konkurencyjności”. Dzięki temu procesowi społeczeństwo ma „w miarę równomiernie wzrastać technologicznie”.
Przysłowiowy „spisek żarówkowy” ma też swoją drugą, ciemną stronę. W trakcie produkcji w sposób oczywisty zużywane są zasoby ziemi, które kiedyś się wyczerpią. Ponadto niszczone jest środowisko naturalne, a w fabrykach często zatrudnia się nieletnich…
Współcześnie tworzenie solidnych, niezawodnych produktów jest po prostu dla producentów nieopłacalne. To smutna, ale prawdziwa teza. Mało który koncern utrzymałby się dziś na rynku, gdyby jego produkty były wydajne kilkanaście lat (jak np. pralka automatyczna radzieckiej produkcji, znana jako Wiatka).
„Świat jest na tyle duży, żeby zaspokoić potrzeby wszystkich. Ale zawsze będzie za mały, by zaspokoić chciwą jednostkę”. Czy zgadzacie się z tym stwierdzeniem? Zapraszam jak zawsze do dyskusji i podawania własnych przykładów planowanego postarzania urządzeń, które na co dzień nas otaczają.

http://orwellsky.blog.one...ywie-gwarancji/

inquiz - 2013-02-26, 20:27

A propos żarówek, film z planette o ekoświetlówkach i zakazie używania zwykłych żarówek http://www.youtube.com/watch?v=6rZMrYen8No
GrzegorzB - 2013-02-26, 20:55

Masowa produkcja taniego chłamu nie stymuluje żadnej gospodarki poza azjatycką.
Dodatkowo potrzeba rywalizacji cenowej u producentów ze "starego świata" prowadzi nieuchronnie do automatyzacji produkcji, a więc docelowo do eliminacji siły roboczej która idzie na bezrobocie i traci siłę nabywczą. Oczywiście to w tych przypadkach, gdy produkcja ma miejsce w starej lokalizacji. Bo wielcy producenci drobnych sprzętów po prostu zwalniają wszystkich, zamykają fabryki w Europie i USA i przenoszą na Daleki Wschód.
Tak więc na rzekomym (bo to po znacznej części tylko pozór) postępie technologicznym wszyscy tracą, poza garstką nielicznych bardzo zamożnych producentów, którzy mają monopol. No i potrafią wmówić reszcie, że to dla nich dobre.
Ten styl życia i konsumpcji, jaki jest obecnie i jaki się utrzymuje, nieuchronnie prowadzi do zubożenia społeczeństw zachodu na rzecz krajów rozwijających się. Póki co, wszystko wskazuje na to, że proces będzie się pogłębiał. A więc coraz więcej bezrobocia, strajków, malejąca siła nabywcza. Dla zachodu "lepiej już było".
Polska jest gdzieś na granicy tych 2 światów.

inquiz - 2013-02-26, 21:39

GrzegorzB napisał/a:
Masowa produkcja taniego chłamu nie stymuluje żadnej gospodarki poza azjatycką.

I tak i nie, problemem jest zachwianie proporcji pomiędzy produkcją rzeczy prostych i zaawansowanych technologicznie oraz dysproporcja kosztów utrzymania i zarobków. Żadnemu krajowi nie jest dane na zawsze przodowanie w technologii, poza tym obywatele też się nie nadają do każdej pracy. Większość musi pracować w prostych a potrzebnych zawodach i powinna mieć szansę za to żyć przyzwoicie i utrzymać rodziny. Wypychamy produkcję tam gdzie tańszy robotnik a nasi nie mają co robić.

daro - 2013-02-26, 23:01

Odnosnie produkowanego obecnie chlamu to kupilem kika tygodni temu nowego laptopa sony vaio za prawie 900 f. Dzialal 5 tygodni i szlag go trafil na amen. Domagalem sie zwrotu pieniedzy ale nie dostane bo minelo juz 4 tygodnie od daty zakupu.
Jutro przyjezdza kurier aby zabrac zepsuty i za kika dni obiecali dostarczyc nowego.

GrzegorzB - 2013-02-26, 23:38

Problemem jest zastąpienie mniejszej ilości i droższych produktów dobrej jakości, dużą ilością produktów tanich niskiej jakości. Łączny koszt zakupu jest zbliżony, ale koszt pracowniczy wyprowadzony jest poza system (kraj, UE) co wprost prowadzi do zubożenia robotników. Dopóki socjal jest spory a oni mogą kupić dużo taniego chłąmu, cieszą się jak dzieci w przedszkolu. Ale wszystko ma swój kres, bo kasa musi się zbilansować. Tąpnięcie gospodarcze ostatnich lat jest właśnie jednych z tych schodków w dół. Z rynku zniknęła część wirtualnych pieniędzy i nagle okazało się że jest znacznie skromniej niż ludzie sobie wyobrażali.
Jeśli 2 miliardy ludzi w Chinach i Indiach stopniowo zaczyna coraz więcej realnie zarabiać, to na zachodzie musi ubywać, nie może być inaczej.

sztani1 - 2013-03-02, 21:38

jerzydom z tą czarną magią w Watykanie to chyba lekka przesada! to wszystko domysły bez dowodów ! w Xw. w których przyszło sprawować posługę papieską papieżowi Sylwestrowi II najłatwiej było kogoś okrzyknąć wyznawcą szatana lub czarownicą aby się go pozbyć a w najlepszym razie pozbyć się konkurenta do władzy!!!
Z tego co wiem to Papież Sylwester II był światłym i wykształconym człowiekiem można by rzec reformator , a to mogło się nie podobać stronnikom ciemnogrodu!!!!

jerzydom - 2013-03-02, 21:57

Sylwester II opanowany był przez demony, ponieważ usiłował wprowadzić cyfry arabskie które przez światły :-D kler uznawane były za diabelskie znaki :evil:
sztani1 - 2013-03-03, 09:13

no właśnie, nic dodać nic ująć, trzeba było użyć niezawodnego oskarżenia!!!
jerzydom - 2013-03-23, 11:06

Chatki :-D
http://kultura.wp.pl/galeria.html?gid=15430729

GrzegorzB - 2013-03-24, 13:39

Kolejna pozycja, której nie może zabraknąć u milośników gatunku, w biblioteczce pod świętym obrazkiem. Facet doznał, "oświecenia" kiedy leżał w śpiączce i miał zapalenie opon mózgowych:
http://wiadomosci.onet.pl...,wiadomosc.html
:lol:

uben - 2013-03-25, 21:42

Dobre towarzycho , w powietrzu ATB , kilka głębszych z dobrych trunków , widok w koło dobrze bawiących się ludzi , komunikowanie niewerbalne a dalej idąc lekturą "Dowód" poprzez " głęboką medytację, skoncentrowaną modlitwę i chęć poznania " też można tego doświadczyć ;-)
GrzegorzB - 2013-05-17, 00:39
Temat postu: Zderzenie zreformowanego zachodu z niereformowalnym wschodem
Nie ma co cytować, ale warto przeczytać. I się zastanowić nad PRAWDZIWYM znaczeniem słów "tolerancja" i "zło"
http://wiadomosci.onet.pl...,wiadomosc.html

Van Worden - 2013-05-17, 11:32

Cóż, wygląda na to, że mamy nowy towar eksportowy :-D Na razie sprawdzają chyba rynki zbytu..
jerzydom - 2013-05-17, 20:26

Parafianie mają rację, szatana trzeba przegonić :evil:
jerzydom - 2013-05-24, 10:05

I następny towar eksportowy, oby kolumny karawanów z zachodu nie zablokowały nam autostrad :-D

Cud w Żołędowie? "Zmartwychwstanie" po modlitwie duchownego
Po modlitwie duchownego nagle ożyła uznana za zmarłą Anna M. Kobieta leży teraz w szpitalu w Bydgoszczy, a ludzie zastanawiają się czy ksiądz z parafii w Żołędowie (woj. kujawsko-pomorskie) ma cudowną moc wskrzeszania zmarłych.
Pracownica Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Osielsku nie mogła się skontaktować ze swoją 84-letnią podopieczną. Wezwała policjantów, by pomogli jej dostać się do domu, gdzie mieszkała staruszka. Drzwi były zamknięte od wewnątrz. Wezwani na miejsce strażacy wyważyli okno. Policjanci zauważyli nieruchomo leżącą w łazience kobietę. – Natychmiast wezwaliśmy pogotowie ratunkowe – mówią stróże prawa.
Na miejsce przyjechał zespół pogotowia ratunkowego z 65-letnią lekarką – anestezjolog z Bydgoszczy. Jak relacjonują świadkowie, którzy już w tej sprawie zostali przesłuchani przez prokuraturę, lekarka pobieżnie zbadała Annę M. i od razu wypisała kartę zgonu. Po chwili pogotowie odjechało, a do domu przyszedł ksiądz proboszcz Jarosław Kulesza, od którego Anna M. wynajmowała mieszkanie.
Ksiądz pomodlił się nad kobietą i wykonał znak krzyża. – Dałem jej rozgrzeszenie – opowiada nam proboszcz – Po tym na miejscu został policjant, a ja poszedłem na plebanię załatwiać sprawy pogrzebowe, bo ta pani nie ma tu rodziny. W drodze powiedziałem w duchu "Aniu to narobiłaś nam kłopotu". Jak wróciłem do domu, w bramce przywitał mnie policjant. I wyznał: Pani Ania żyje! – relacjonuje ksiądz.
I dodaje, że policjant wezwał pogotowie i zabrali parafiankę do szpitala. Kobietę odwiozła do szpitala ta sama lekarka Bożena B., która wcześniej stwierdziła zgon 84–latki. Śledztwo w sprawie "zmartwychwstania" wszczęły już prokuratura oraz samo pogotowie ratunkowe.
http://wiadomosci.onet.pl...-wiadomosc.html

uben - 2013-06-12, 17:33

Miała sobowtóra , proste ;-)
Od roku czasu , co tydzień w miejscowości X przyjmuje zamówienie na art. od pewnej niewiasty i spotykam ją w miejscowości Y krzycząc przez szybę auta " A co Ty tutaj robisz " . Ona dziwny uśmiech , konsternacja i odpowiada " jestem z dziecmi na spacerze :) " . Ani nie zagadała tylko poszła dalszym krokiem co mnie bardzo zdziwiło .
Przy kolejnej wizycie dowiaduje się że rozmawiałem z siostrą bliźniaczką . Ciekaw jestem jak sobie radzą faceci podczas wieczornych rodzinnych melanży ;-)

jerzydom - 2013-06-25, 21:19

Kamery z monitoringu zarejestrowały "ruch" figurki w muzeum w Manchesterze
Pracownicy i goście muzeum w Manchesterze głowią się nad niecodziennym fenomenem uwiecznionym przez kamery monitoringu. Staroegipska figurka wystawiona w jednej z gablot zaczęła się samoczynnie obracać. Tempo "wirowania" jest bardzo wolne – figurka wykonała pełny obrót w ciągu tygodnia.
(Źródło: Ancient Worlds at Manchester Museum/x-news)

Okres powstania eksponatu określany jest na 1800 r. p.n.e. Od 80 lat znajduje się w muzeum w Manchesterze.
Pod linkiem filmik
http://wiadomosci.wp.pl/k...,wiadomosc.html

Remington - 2013-06-26, 07:28

Przed obejrzeniem filmiku z góry założyłem, że figurka będzie wysoka. Podstawa ma jakąś specyficzną nierówność, zapewne obiekt stoi na twardym podłożu, i mamy rozwiązanie. Widać że ruch następuje tylko w trakcie zwiedzania, gdy przechodzą turyści, powodując jakieś wibracje podłogi.
Max Kolonko mówi jak jest, Nowy York.

jerzydom - 2013-06-27, 10:41

U nas natomiast figurka mruga :-D
I widzi to młodzież, myląc swoje powieki z powiekami figurki :lol:

Mieszkańcy Zamościa są poruszeni. Figura Matki Boskiej z osiedlowej kapliczki daje wiernym znaki. Ludzie opowiadają, że podczas nabożeństw majowych i czerwcowych Matka Boska do nich... mruga. Księża sprawy nie komentują

– Ja to też widziałam. Wyraźnie przymknęła oczy. Myślę, że chce nam dać jakiś znak. Może jakieś ostrzeżenie... – zastanawia się Danuta Dudek (71 l.).

Zaczęło się jeszcze w maju, gdy grupa kobiet - by znów przyciągnąć ludzi do zapomnianej kapliczki - wróciła do odprawiania tam wieczornych nabożeństw. Raz uczestnicząca w takim nabożeństwie 13-latka nagle krzyknęła, że Matka Boska na nią patrzy.
Najpierw z niedowierzaniem, a potem z nadzieją wszyscy zaczęli się wpatrywać w oczy figurki. I też dostrzegli znaki. – Też mi się wydawało, że Matka Boska na mnie spogląda. Tak jakby mrugała – opowiada Zofia Babiszewska (75 l.).
Wieść rozniosła się lotem błyskawicy. Drobiazgowo wydarzenia opisały lokalne gazety. Dzięki temu przed maleńką kapliczką zaczęły się gromadzić tłumy. Ludzie przyjeżdżają nawet z odległych miejscowości. Wszyscy chcą spojrzeć w oczy Matki Boskiej. Chcą sprawdzić, czy do nich mrugnie. Bo mrugnięcia figurki potwierdza już wiele osób.

Opiekunowie kapliczki spisują ich spostrzeżenia, robią zdjęcia, filmują. Cały zebrany materiał przekażą władzom kościelnym. Tylko czy to wystarczy, by uznać niezwykłe wydarzenia za cud?

Kapliczka przy ul. Hrubieszowskiej powstała ponad 100 lat temu. Przetrwała wojny i bombardowania, ale za komuny miała zniknąć. – Powstawało tu osiedle mieszkaniowe. Wszystko wyburzono, żeby przygotować miejsce pod bloki. Kapliczkę też chcieli zrównać z ziemią, ale im nie nie udało. Została w środku osiedla jak taka samotna wyspa – opowiada mieszkająca w pobliżu pani Helena.

Inni mieszkańcy dodają, że figurka Matki Boskiej od lat stojąca w kapliczce obdarza modlących się do niej obfitymi łaskami
http://www.fakt.pl/Wierni...y,217492,1.html

uben - 2013-08-21, 21:39

Cytat:
Spór naukowców w sprawie tzw. doświadczenia śmierci

Ame­ry­kań­scy na­ukow­cy od­kry­li przy­czy­nę od­po­wie­dzial­ną za tzw. do­świad­cze­nie śmier­ci. Ze wstęp­nych badań, prze­pro­wa­dzo­nych na zwie­rzę­tach, wy­ni­ka, że klu­czem do wy­ja­śnie­nia tego fe­no­me­nu jest po­ziom ak­tyw­no­ści elek­trycz­nej mózgu. Wy­ni­ki eks­pe­ry­men­tu dzie­lą jed­nak śro­do­wi­sko na­ukow­ców od­no­śnie jego wy­mia­ru du­cho­we­go i kwe­stii "życia po śmier­ci".
...


http://wiadomosci.onet.pl...a-smierci/j1bcw

GrzegorzB - 2013-08-22, 02:53

Naukowcy nie zajmują się żadnym wymiarem duchowym niczego. Chyba że pseudonaukowcy. Albo ci z uniwerków ;)
Kolejna medialna rzekoma sensacja z niczego. Od dawna wiadomo, że mózg który wyłącza funkcje życiowe albo zostały mu odcięte funkcje życiowe (niedobór tlenu), sam zaczyna umierać i w tym czasie świruje. Zupełnie jak komputer któremu zacząć obniżać zasilanie poniżej poziomu pewnego działania.

Amerykanom się nie dziwię. Ten kraj to połączenie najwyższej technologii i największych osiągnięć ze strasznym ciemnogrodem.

GrzegorzB - 2013-11-03, 14:35
Temat postu: Egzorcysta w każdej wsi.
"Lawinowo przybywa w Polsce egzorcystów. W ciągu 15 lat ich liczba wzrosła z czterech aż do 120. W Europie więcej egzorcystów pracuje tylko we Włoszech. Polscy egzorcyści organizują dla siebie specjalne konferencje i szkolenia. Spotykają się także na rekolekcjach. Wszystko po to, by - jak twierdzą - skuteczniej walczyć z opętaniami przez szatana."
http://biznes.onet.pl/pra...62,1,news-detal

Tommy_Lee - 2013-11-03, 15:14

na głupotę nie ma lekarstwa. na szczęście to już ostatnie pokolenie ludzi wolących wierzyć niż myśleć samodzielnie
GrzegorzB - 2013-11-03, 15:51

Optymista :)
jerzydom - 2013-11-03, 17:01

Grzegorz a jakie mają wzięcie :lol:
http://www.tvn24.pl/wiado...omoc,59105.html

GrzegorzB - 2013-11-03, 20:08

Nie wiem jak z taką CIEMNOTĄ walczyć? Chyba rzeczywiście, trzeba paru rycerzy Boga skazać prawomocnym wyrokiem w przypadku pogorszenia się zdrowotnego stanu nieleczonych "opętanych", żeby jak z pedofilią zaczął robić się porządek.
Van Worden - 2013-11-04, 12:41

Ale po co walczyć? Dopóki nie robią komuś krzywdy to nie widzę problemu..
GrzegorzB - 2013-11-04, 13:54

W pewnym sensie robią. Podtrzymywanie ciemnoty w narodzie działa na jego szkodę.
Poza tym w Polsce leczyć można wyłącznie mając uprawnienia lekarskie.

jerzydom - 2013-11-04, 14:15

A im przynosi konkretną kasę :-D Im więcej ciemnoty, tym więcej kasy.
GrzegorzB - 2013-11-04, 14:35

Jaka jest od pewnego czasu najbardziej atrakcyjne i najbardziej intratna fucha księdza w KK? Załatwianie rozwodów kościelnych!
To się dopiero nazywa hipokryzja!
:lol: :lol: :lol:

GrzegorzB - 2013-11-06, 15:15

Wierny uczeń Michalika

"Najwięcej kontrowersji budzi jednak wypowiedź o intencjach dzieci w relacjach z księżmi. Duchowny z Piotrkowa oskarża niektóre dzieci o inicjowanie zabronionych kontaktów. - Mamy dzieci 10-letnie i trochę starsze i znam przypadki, gdzie ich życie intymne potrzebowało wcześniejszego zaspokojenia. Same dzieci "wchodziły" do łóżek dorosłych, chcąc być spełnionym. I to był wybór dziecka - dodaje ks. Bochyński"
http://wiadomosci.onet.pl...doroslych/2cr2e

jerzydom - 2013-11-06, 17:42

Ksiądz nie kłamie :-D . Innaczej być nie mogło :lol: . I robiły to za bóg zapłać :evil:
jerzydom - 2013-11-06, 18:55

Jest reakcja władz kościelnych na kontrowersyjne słowa kapłana z Piotrkowa Trybunalskiego. Łódzka Kuria Metropolitalna oświadczyła, że ksiądz Ireneusz Bochyński udzielił wywiadu bez zgody swoich przełożonych.

Łódzka kuria stwierdziła, że udzielenie wywiadu przez księdza Bochyńskiego to złamanie norm Konferencji Episkopatu Polski, dotyczących występowania duchownych i osób zakonnych oraz przekazywania nauki chrześcijańskiej w audycjach radiowych i telewizyjnych.
http://wiadomosci.wp.pl/k...,wiadomosc.html

jerzydom - 2013-11-08, 09:20

Ojciec Posacki - jezuita i znany demonolog - z zakazem wypowiadania się


Oj­ciec Alek­san­der Po­sac­ki, je­zu­ita i znany de­mo­no­log, tuż przed Wszyst­ki­mi Świę­ty­mi otrzy­mał zakaz pu­blicz­ne­go wy­po­wia­da­nia się. Du­chow­ny sły­nie m.​in. z ostrych wy­po­wie­dzi o Hal­lo­we­en czy "Har­rym Pot­te­rze".

http://wiadomosci.onet.pl...dania-sie/xmpxz

jerzydom - 2013-11-12, 10:13
Temat postu: Piramida na Mazurach.
Tajemnica grobowca rodu von Fahrenheit
Baron von Fahrenheit był ponoć najbogatszym człowiekiem Prus Wschodnich. Ludzie mówili, że jadąc tylko przez swoje włości mógł dotrzeć z rodzinnego pałacu wprost do Królewca. Kiedy więc umarła mu córka, postanowił jej kupić nieśmiertelność. I zbudował na Rysich Bagnach piramidę. A może było zupełnie inaczej…

W Rapie kończy się Polska. Niespełna dwa kilometry dalej biegnie granica z Rosją. Wieś ma stary dwór, 140 mieszkańców i swoją tajemnicę. Wystarczy zboczyć z drogi w las i nagle człowiek ląduje w innej rzeczywistości. Powietrze nasycone wilgocią z okolicznych bagien stoi niemal nieruchomo, cisza wwierca się w uszy, a przed oczami wyrasta kamienna piramida. Podobno w miejscu tym koncentruje się potężna energia płynąca z wnętrza ziemi, zaś promieniowanie sprawia, że giną owady i drobne zwierzęta. Przez dziesięciolecia wokół budowli narosło sporo legend, opowieści i najbardziej fantastycznych teorii. Trudno się dziwić: już sam jej widok pobudza wyobraźnię.
Ninette wiecznie żywa

Baron Frie­drich von Fah­ren­he­it ucho­dził za naj­bo­gat­sze­go czło­wie­ka w Pru­sach Wschod­nich. Lu­dzie mó­wi­li, że z ro­dzin­ne­go pa­ła­cu w An­ge­rapp (dawna nazwa Rapy) może do­trzeć do Kró­lew­ca nawet na chwi­lę nie opusz­cza­jąc swo­ich wło­ści. Sam baron i ow­szem, w Kró­lew­cu bywał. Na tam­tej­szym uni­wer­sy­te­cie słu­chał nawet wy­kła­dów wiel­kie­go fi­lo­zo­fa Im­ma­nu­ela Kanta. Ale po­dróż­ni­cza pasja za­wio­dła go znacz­nie dalej. Von Fah­ren­he­it zjeź­dził nie­mal całą za­chod­nią Eu­ro­pę, zaś z ko­lej­nych wy­praw zwo­ził rzeź­by, szki­ce, ob­ra­zy. Lista ich au­to­rów może przy­pra­wić o za­wrót głowy. Byli na niej Ty­cjan, Ra­fa­el, Le­onar­do da Vinci, Ru­bens i wielu, wielu in­nych. W Pa­ry­żu baron ze­tknął się z po­zo­sta­ło­ścia­mi kul­tu­ry sta­ro­żyt­ne­go Egip­tu. I szyb­ko stra­cił dla nich głowę. Wkrót­ce zgro­ma­dził po­kaź­ną ko­lek­cję sta­ro­żyt­nych eks­po­na­tów i ich re­plik. – To wła­śnie z tej fa­scy­na­cji zro­dził się po­mysł, by w na­le­żą­cej do Fah­ren­he­itów Rapie po­sta­wić pi­ra­mi­dę na wzór tych, które zo­ba­czyć można w egip­skiej Gizie – tłu­ma­czy Ma­riusz Kim­szal, kie­ru­ją­cy Nad­le­śnic­twem Czer­wo­ny Dwór, które opie­ku­je się nie­zwy­kłą bu­dow­lą.
Budowa piramidy najpewniej wiąże się z rodzinną tragedią. W 1811 roku trzyletnia córka von Fahrenheita, Ninette zmarła na szkarlatynę. Baron postanowił kupić jej nieśmiertelność. Oczywiście nie dosłownie. Na terenie swojej posiadłości nakazał wznieść kamienny grobowiec, który proporcjami odpowiadał piramidzie Cheopsa. Panujący wewnątrz specyficzny mikroklimat miał sprawić, że ciało dziewczynki ulegnie mumifikacji i na wieki przetrwa w nienaruszonej formie.
Przygotowanie projektu budowli powierzył nie byle komu. Zajął się tym światowej sławy duński rzeźbiarz Bertel Thorvaldsen. Dziś artysta ten znany jest między innymi jako autor stojących w Warszawie pomników Mikołaja Kopernika i ks. Józefa Poniatowskiego, rzymskiego grobowca papieża Piusa VII, a także monumentu, który przedstawia elektora bawarskiego Maksymiliana I.
W ciągu blisko 40 lat w grobowcu pochowanych zostało siedmiu członków rodu von Fahrenheit. W 1849 roku spoczął tam sam baron. – Wszystkie złożone w piramidzie ciała uległy mumifikacji – podkreśla Kimszal.

Potem budowla z wolna zaczęła popadać w zapomnienie. W tym czasie von Fahrenheitowie byli już po przenosinach z Angerapp do pobliskich Klein Beynuhnen (dziś Bejnuny na terenie obwodu kaliningradzkiego). Pod koniec XIX wieku sprzedali majątek i wyprowadzili się. Podczas pierwszej i drugiej wojny światowej grobowiec był plądrowany przez Rosjan, którzy zapewne poszukiwali w nim skarbów. Do jego dewastacji przyczyniali się też okoliczni mieszkańcy. – Niestety przez długi czas było tak, że jeśli ktoś sobie o budowli przypomniał, z reguły nie wychodziło jej to na dobre – przyznaje Leszek Godzieba, kierownik ełckiej delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Olsztynie.

Klątwa Fahrenheitów

Pewnego dnia o pogrążającej się w leśnych ostępach budowli mieli sobie przypomnieć miejscowi chłopi. Od tygodni zmagali się oni z tajemniczą chorobą, która dotknęła należące do nich bydło. Zwierzęta padały jedno po drugim, a gospodarze zachodzili w głowę, gdzie tkwi przyczyna katastrofy. W końcu ktoś rzucił, że wszystkiemu winni są Fahrenheitowie. Nocą powstają z grobu, wędrują po okolicy i wysysają z bydła krew. Ludzie to podchwycili i poszli do piramidy. Dostali się do środka, otwarli trumny, a zmumifikowanym ciałom poobcinali głowy. W ten sposób zmarli mieli wreszcie zaznać wiecznego spokoju, a okoliczni mieszkańcy odetchnąć z ulgą.
W tej historii pewne wydaje się tylko jedno – spoczywające w grobowcu ciała ktoś kiedyś okaleczył. Tymczasem związanych z piramidą legend jest znacznie więcej. Najstarsze dotyczą samego jej powstania. Niektórzy twierdzą, że choroba córki barona nie była przypadkowa. Dziewczynka miała zaniemóc po tym, jak dotknęła złotego posążku egipskiego boga Anubisa, który znajdował się w kolekcji von Fahrenheita. Inni utrzymują, że piramida wcale nie została zbudowana z myślą o małej Ninette. A przynajmniej nie tylko dla niej. Na początku XIX stulecia rodziną von Fahrenheitów wstrząsnął mezalians. Najstarszy z synów barona miał się zakochać w córce kupca z Królewca. Część rodziny przełknęła gorzka pigułkę i zaakceptowała związek, część jednak twardo powtarzała „nie”. Młody von Fahrenheit postanowił ich zaprosić na obiad i uśmiercić trującymi grzybami. Ale feralny posiłek przez pomyłkę podano dzień wcześniej. Efekt: śmierć siedmiu bliskich. Zły los oszczędził samego barona von Fahrenheita, bo kiedy podawano obiad był w podróży. Kiedy wrócił do domu, zastał siedem ciał. I to właśnie dla ofiar tej tragedii miał zbudować piramidę.
Potem okolicą raz po raz wstrząsały opowieści o klątwie Fahrenheitów. Ponoć każdy, kto odważył się wejść do grobowca, umierał potem w męczarniach. Po latach naukowcy pobrali ze zmumifikowanych zwłok próbki i zbadali je. W szczątkach ponoć wykryli substancje, które zwiększają ryzyko zachorowania na raka.

W niezwykłą moc samej budowli wierzą też zwolennicy radiestezji i geomancji, czyli teorii związanej z promieniowaniem Ziemi oraz Kosmosu. Według nich piramida została zbudowana w miejscu przecięcia kilku linii energetycznych o potężnej mocy. Na tym niezwykłym szlaku leżeć ma między innymi Wilczy Szaniec – dawna kwatera przywódcy III Rzeszy Adolfa Hitlera.

Drugie życie grobowca

Tak więc piramida von Fahrenheitów nie przestaje zadziwiać. Niedawno budowla zyskała nowe życie. – Została wpisana na listę zabytków i poddana remontowi – wspomina Godzieba. Przede wszystkim uporządkowano wnętrze grobowca. Porozrzucane przez wandali zwłoki, na powrót trafiły do trumien, zaś prowadzące do wnętrza drzwi zostały zamurowane. Dziś do piramidy można zajrzeć jedynie przez zakratowane okienko. Ekipy remontowe odnowiły okapy i podmurówki. – Z myślą o turystach zrobiliśmy nawet kawałek drogi – wyjaśnia nadleśniczy Kimszal. Na razie zwiedzających nie ma przesadnie wielu. Ale, jak przyznają sami mieszkańcy, ich liczba z każdym rokiem rośnie. I nic dziwnego. – To miejsce naprawdę warto zobaczyć- podsumowuje Godzieba.

Autor korzystał m.in. z książki Stanisława Siemińskiego „Święta Lipka, Wilczy Szaniec i Mazury Północne”, a także szkicu Jarosława Słomy „Mazurska piramida i pruskie Ateny”

żdjęcia pod linkiem
http://poznajpolske.onet....ahrenheit/bwe4z

jerzydom - 2013-12-19, 14:48

Sekrety starożytnych cywilizacji: podziemne tunele pod Europą
Oficjalna wykładnia historii ma coraz więcej problemów z kolejnymi odkryciami archeologicznymi. Na całym świecie odnajdywane są kolejne niezwykłe konstrukcje, których pochodzenia tylko możemy się domyślać. Najciekawsze jest jednak to, że za powstaniem niektórych z nich musiała stać jakaś wysoko rozwinięta cywilizacja. Na co dzień często piszę o współczesnych nowinkach technicznych, czas również przyjrzeć się tajemnicom przeszłości.

W czerwcu 2013 doszło do ujawnienia informacji, że w wielu miejscach na terenie Europy znaleźć można długie na wiele kilometrów tunele wykute w litej skale. Niektóre z nich są ze sobą połączone, inne stanowią odrębną całość. Dorosły człowiek może się przez nie przecisnąć, ale tylko w niektórych miejscach jest w stanie iść w pełni wyprostowany, co jakiś czas trafić można na większe komory, gdzie najwyraźniej można było odpocząć lub przechowywać zapasy. Istnieje wiele hipotez co do tego, czym były owe tunele. Mogły one stanowić schronienie przed zagrożeniem, jako miejsce przetrzymywania zapasów, a nawet, zdaniem niektórych, jako rodzaj starożytnej "autostrady", dzięki której można było szybko i bezpiecznie przemieszczać się między osadami.
Tunele zlokalizowane są w całej Europie – znaleziono je w Szkocji, austriackiej Styrii, Bawarii i w Turcji. Ich wiek szacuje się na około 12 tysięcy lat, ale do tej pory nie wiadomo kto i dlaczego je wybudował. Jeśli zbudowała to jakaś starożytna kultura, to jej zasięg musiał być ogromny, gdyż rozwiązania przez nią stworzone zdecydowano się naśladować w wielu częściach naszego kontynentu. Co więcej musiała ona dysponować na tyle rozwiniętą techniką i zasobami ludzkimi, by podobne tunele wykopać, ale przede wszystkim najważniejszym dylematem jest to, co to była za kultura. W końcu dzieje starożytnej Mezopotamii czy Egiptu sięgają znacznie później niż 12 tysięcy lat wstecz! Równie stare mogą być jedynie Sfinks czy Stonehenge, ale ten fakt tylko podkreśla wagę tego odkrycia.

Problem jest jeszcze jeden – podobne tunele znaleźć możemy również w innych częściach globu, między innymi w Andach czy w Chinach. Jak daleko zatem sięgała swoim zasięgiem ta antyczna cywilizacja? I kto ją tworzył?

http://strefatajemnic.one...od-europa/jdy9h

GrzegorzB - 2013-12-19, 16:36

To musiała być jakaś pierwotna inteligencja. ja bym o to zapytał ekspertów Macierewicza, jako najbardziej prawdopodobnych potomków w prostej linii :lol:
jerzydom - 2013-12-19, 18:09

:-D http://www.przeglad-tygod...ziemnego-swiata

Musimy uważać już nas podglądają

http://www.youtube.com/watch?v=QwHoQho_BuI

jerzydom - 2013-12-22, 10:55
Temat postu: Narodziny Jezusa: To wszystko nie tak!
Historia mówi wprost: Jezus nie urodził się 25 grudnia, a chrześcijanie początkowo w ogóle nie obchodzili Bożego Narodzenia. Data świąt - jak wiele innych elementów tradycji chrześcijańskiej - ma pogański rodowód. Tego dnia wypadały urodziny Mitry oraz święto ku czci rzymskiego boga słońca.

Śpiewając kolędę "Bóg się rodzi" upamiętnia się raczej pogańskich bogów, a nie Jezusa, który - zgodnie z opinią pierwszych wyznawców - urodził się wiosną. Jednym z niewielu prawdziwych wątków w tradycji bożonarodzeniowej jest za to… Gwiazda Betlejemska.
Historyczna prawda o Bożym Narodzeniu szokuje. Analiza Ewangelii i pism wczesnych autorów chrześcijańskich pozwoliła ustalić, że Jezus wcale nie urodził się 25 grudnia. Datę tę wybrano, by zastąpić dawne święta pogańskie. Tego dnia celebrowano narodziny popularnego wśród obywateli Cesarstwa rzymskiego boga Mitry oraz święto Słońca Niezwyciężonego.

Okazuje się też, że w początkach chrześcijaństwa Boże Narodzenie w ogóle nie istniało. Jeśli pisano o dacie narodzin Jezusa, umiejscawiano je w kwietniu, maju lub listopadzie. Z elementów bożonarodzeniowej tradycji silne korzenie w rzeczywistości ma jedynie historia o Gwieździe Betlejemskiej, która poruszyła babilońskich magów.

Jezus - dziecię wiosny

Temat "Jezusa historycznego" - mimo postępującego zeświecczenia Europy - nadal budzi żywe zainteresowanie. Dyskusję nad nim rozpalił w 1863 r. francuski uczony i niedoszły ksiądz, Ernest Renan (1823-92), który w książce "Żywot Jezusa" dokonał krytycznej analizy postaci chrześcijańskiego Mesjasza. Twierdził, że był on zwykłym człowiekiem - mistykiem, jakich wielu było w Ziemi Świętej. Bogiem mieli go okrzyknąć dopiero uczniowie.

"Data urodzenia Jezusa nie jest znana. […] Jego ojciec i matka, Józef i Maria, byli prostymi ludźmi - rzemieślnikami żyjącymi z pracy własnych rąk w sytuacji materialnej typowej dla Wschodu - ani w biedzie, ani w dostatku. […] Jezus miał braci i siostry, z których - jak można wnioskować - był najstarszy" - pisał Renan, którego Pius IX nazwał "europejskim bluźniercą".

Obecnie przyjmuje się, że Jezus przyszedł na świat w okresie 8-2 p.n.e. Dwie kanoniczne Ewangelie (Łukasza i Mateusza), które wspominają o jego narodzinach, są ubogie w szczegóły. Spowodowało to, że w pismach Ojców Kościoła - Tertuliana, Orygenesa czy Ireneusza z Lyonu - brak wzmianek o świętowaniu Bożego Narodzenia. Teolog Andrew McGowan dodaje, że wręcz potępiali oni obchody urodzin bóstw, uznając je za pogaństwo.

Rozważania o dniu narodzin Jezusa pojawiły się dopiero na przełomie II i III stulecia, m.in. u Klemensa Aleksandryjskiego (ok. 150-215), który pisał: "Są tacy, co ustalili nie tylko rok, ale nawet dzień Pańskich narodzin i twierdzą, że miało to miejsce 28 roku panowania Augusta, 25 dnia egipskiego miesiąca pachon. […] Inni wskazują na 24 lub 25 dzień pharmuthi".

Po przeliczeniu okazuje się, że wcześni wyznawcy Jezusa uważali, że urodził się on w okolicach 20 kwietnia lub 20 maja! Jako potwierdzenie, że nie mogło stać się to zimą uważano też obecność na wypasie pasterzy, którzy zgodnie z ewangeliczną relacją przyszli złożyć Dzieciątku pokłon.

Ksiądz Alexander Hislop (1807-65) - autor kontrowersyjnej książki "Dwa Babilony", powołując się na XIX-wieczne akademickie autorytety, stwierdzał: "W dniu narodzin Jezusa pasterze pilnowali trzód, co wydaje się niemożliwe dla warunków zimowych. Jeśli ktoś myśli, że o tej porze panuje w tym regionie nie tak bardzo ekstremalna aura, niech przypomni sobie słowa Jezusa: ‘Módlcie się, żeby wasza ucieczka nie wypadła w zimę’".

Jak zatem 25 grudnia stał się w tradycji zachodniej dniem narodzin Jezusa? Pierwsza wzmianka o celebracji tego święta pochodzi z manuskryptu "Kalendarz 354 roku". Okazuje się, że w tym samym dniu w Cesarstwie rzymskim obchodzono święto synkretycznego bóstwa solarnego. Uroczystości ku czci Sol Invictus (Słońca Niezwyciężonego) upamiętniały "narodziny" nowego słońca. Nieco wcześniej Rzymianie obchodzili z kolei Saturnalia - święto równości i pojednania.

Co więcej, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem wypada przesilenie zimowe obchodzone w wielu pierwotnych religiach Europy (dla Słowian było to tzw. Święto Godowe, którego reliktem jest zwyczaj kolędowania). Jest wysoce prawdopodobne, że tradycja chrześcijańska zaadoptowała stare daty na potrzeby kultu Jezusa, ułatwiając postęp chrystianizacji.

"Dobra nowina" z Babilonu

Współczesna nauka dokonała też ciekawych ustaleń odnośnie innej tajemnicy świąt - Gwiazdy Betlejemskiej. Choć zwykle przedstawia się ją jako kometę, było to zjawisko innego typu - nowa (jasno świecąca gwiazda) lub - co bardziej prawdopodobne - koniunkcja planet.

Analizując dane i modele, astronom i publicysta David Reneke ustalił, że Gwiazda Betlejemska mogła być koniunkcją Wenus i Jowisza z 2 r. n.e. Planety znalazły się wówczas na nieboskłonie tak blisko siebie, że wyglądały jak jedno źródło światła. Zjawisko było widoczne przez krótki czas w połowie czerwca, co dodatkowo wzmacniało hipotezę, że Jezus urodził się w ciepłym miesiącu.

Kandydatek do miana Gwiazdy Betlejemskiej jest jednak więcej. Simo Parpola - archeolog i profesor asyrologii na Uniwersytecie Helsińskim szukał ich przy pomocy babilońskiej astronomii. Ustalił, że mogła to być supernowa z 5 r. n.e., odnotowana także w źródłach chińskich. Ponieważ Mateusz Ewangelista wspomniał, że Jezus urodził się za panowania zmarłego w 4 r. p.n.e. Heroda Wielkiego, musiało jednak chodzić o jakieś wcześniejsze zjawisko na niebie.

Parpola skupił się na koniunkcji Jowisza i Saturna z 7 r. p.n.e., którą żywo interesowali się uczeni z Babilonu, o czym świadczą zapiski znalezione w jego ruinach. Planety spotkały się wtedy trzykrotnie, co było wydarzeniem rzadkim i znamiennym z punktu widzenia astrologii (wówczas scalonej z astronomią): "W systemie babilońskim Jowisz był poświęcony Mardukowi - najwyższemu z bóstw. Z kolei Saturn symbolizował króla - boskiego pomazańca na Ziemi" - wyjaśniał uczony.

Dla wróżących z gwiazd koniunkcja zapowiadała narodziny władcy naznaczonego przez niebiosa i świt nowego porządku świata: "Fakt, że w ostatniej fazie dołączył do niej Mars oznaczał, że król miał nadejść z zachodu, bowiem w wierzeniach babilońskich Czerwona Planeta symbolizowała tą część świata, tj. obszar dzisiejszej Ziemi Świętej" - dodawał Parpola na łamach "Biblical Archaeology Reviewz'.

Właśnie to tkwi u podstawy legendy o Trzech Mędrcach ze Wschodu. Niewykluczone, że magowie naprawdę ruszyli do Judei, by szukać tam posłańca z nieba. Sprawa była bowiem silnie związana z ich wierzeniami. Parpola twierdzi, że ostatnia koniunkcja przypadła trzy tygodnie przed przesileniem zimowym, kiedy Babilończycy świętowali zwycięstwo boga Nabu nad siłami mroku, co nazywali "dobrą nowiną".

Według św. Łukasza, właśnie tymi słowami aniołowie zwiastowali pasterzom narodziny Jezusa…

Chrystus pogański

Jeśli "dobra nowina" (gr. euangélion) była zapożyczeniem z tradycji babilońskiej, czy możliwe, że chrześcijaństwo ma w sobie więcej elementów z religii starożytnego Wschodu? Najpewniej tak, choć dla hierarchów i historyków związanych z Kościołem to temat tabu.

Na przełomie XIX i XX w. pojawiły się śmiałe hipotezy, według których pierwsi wyznawcy Jezusa dokonali licznych zapożyczeń z wierzeń pogańskich, głównie z kultu Mitry. Ten persko-indyjski bóg w I w. n.e. zyskał wielu wyznawców wśród ludności Cesarstwa rzymskiego i był utożsamiany z bóstwem słońca, Heliosem. Jedna z wersji mitu o narodzinach Mitry mówi, że jego matką była dziewica, a miejscem przyjścia na świat jama lub jaskinia, gdzie pokłon oddali mu… pasterze.

Urodziny Mitry świętowano 25 grudnia. Co ciekawe, jego czciciele uznawali niedzielę za dzień święty i praktykowali ceremonie przypominające chrzest i eucharystię. Kult Mitry miał jednak charakter misteryjny i wymagał wtajemniczenia. Choć mało o nim wiadomo, był na tyle popularny, by konkurować z wczesnym chrześcijaństwem. Cios mitraizmowi zadał jednak cesarz Teodozjusz Wielki (347-95), ustanawiając chrystianizm religią panującą i prześladując innowierców.

Zatem czy rozbrzmiewająca w święta kolęda "Bóg się rodzi" sławi tak naprawdę narodziny Mitry i nowego słońca? Historia udowadnia, że korzenie Bożego Narodzenia wiążą się z Jezusem tylko pośrednio, a wersja przedstawiana przez Kościół jest (delikatnie mówiąc) umowna. Choć wielu wiernych nie zaakceptuje tych informacji, warto pamiętać, że chrześcijaństwo to "produkt", na który złożył się dorobek różnych filozofii i religii.

Wbrew temu, co twierdzą księża, "pogańskie" życie duchowe było dosyć bogate i pierwsi chrześcijanie czerpali z niego przeróżne wątki. Choć w ciągu dwóch milleniów istnienia Kościoła udało się zatrzeć po tym ślady, w Bożym Narodzeniu pozostał pewien archetypiczny uniwersalizm. Mówiąc prościej, w każdym z nas drzemie jeszcze mały poganin świadom pierwotnych korzeni tego święta. I chyba to on sprawia, że przysłowiowa "magia Bożego Narodzenia" udziela się nawet niewierzącym.
http://strefatajemnic.one...o-nie-tak/7kbdr

Van Worden - 2013-12-22, 12:47

Polecam świetny artykuła Agi Szewczyk "Pogańskie Święta - prawdziwa historia Bożego Narodzenia" w najnowszym numerze "Poszukiwaczy":
http://www.poszukiwacze.org/index.php/w-numerze
Fragmenty można przeczytać tu:
https://www.facebook.com/magazynposzukiwacze

jerzydom - 2013-12-30, 14:20

"Na linii frontu". Alarm dla 108 państw. Poważne zagrożenie dla świata

W kon­flik­tach zbroj­nych to­czą­cych się na całym świe­cie w 2013 roku zgi­nę­ło ponad 100 ty­się­cy osób. Kilka razy po­ja­wi­ło się także widmo kon­fron­ta­cji zbroj­nej z udzia­łem mo­carstw, która mo­gła­by mieć ka­ta­stro­fal­ne skut­ki w skali glo­bal­nej. Pro­gno­zy na 2014 rok są jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­ją­ce, po­nie­waż na in­dek­sie tzw. państw upa­dłych cały czas po­ja­wia­ją się ko­lej­ne "za­gro­żo­ne" kraje; w "alar­mu­ją­cej sy­tu­acji" znaj­du­je się obec­nie aż 108 państw.
Na całym świecie toczy się obecnie blisko 60 konfliktów zbrojnych z udziałem 500 różnych "aktorów" - regularnych armii, ugrupowań partyzanckich, organizacji terrorystycznych czy bojówek. Część z tych konfliktów charakteryzuje się, co prawda, niską intensywnością, ale kilka z nich odżyło ze zdwojoną siłą, stwarzając poważne zagrożenie dla pokoju.

W 2013 roku w konfliktach na całym świecie śmierć poniosło około 100 tysięcy osób. Niepewną sytuację dobrze obrazuje tzw. indeks państw upadłych, przygotowywany przez amerykański think tank Fundusz dla Pokoju; z przedstawionego raportu wynika, że aż w 108 państwach sytuację oceniono jako "alarmującą", albo sklasyfikowano jako "wymagającą ostrzeżenia".

Korea Północna. Największe zagrożenie wojną od lat

Przyczyną najpotężniejszego napięcia w 2013 roku stała się polityka władz Korei Północnej, która w marcu postawiła świat na krawędzi wojny atomowej. Groźby reżimu w Pjongjangu, wystosowane najpierw pod adresem Korei Południowej, a następnie Stanów Zjednoczonych, doprowadziły do eskalacji napięcia i zerwania przez komunistów rozejmu z 1953 roku. Wybuchowi wojny zapobiegła wprawdzie demonstracja siły militarnej USA w rejonie Półwyspu Koreańskiego, ale sytuacja nadal pozostaje napięta.

Północnokoreański szantaż atomowy, co prawda, zawiódł, ale Pjongjang zintensyfikował prace nad swoim programem nuklearnym, co stwarza ryzyko kolejnych prowokacji ze strony komunistycznego reżimu. Można się ich spodziewać już wkrótce, tym bardziej, że Kim Dzong Un, po przeprowadzeniu kilku pokazowych czystek pod koniec roku, ugruntował ostatecznie swoją niepodzielną władzę. Nieobliczalność północnokoreańskich komunistów oraz ich konfrontacyjne nastawienie będą z pewnością spędzać sen z powiek świata w 2014 roku.

Syria. O krok od interwencji zbrojnej USA

W 2013 roku najbardziej tragiczne żniwo zebrała wojna domowa w Syrii - w ciągu ostatnich 12 miesięcy zginęło tam prawie 70 tysięcy osób, głównie cywilów. Konflikt ten omal nie doprowadził do zbrojnej interwencji Stanów Zjednoczonych za sprawą ataku chemicznego, jaki przeprowadzono na przedmieściach Damaszku w lipcu. Groźbę operacji wojskowej USA odsunęła jednak akcja dyplomatyczna Rosji, która zręcznie wykorzystała potknięcie sekretarza stanu Johna Kerry'ego podczas konferencji prasowej.

ONZ potwierdziła w grudniu, że w Syrii broni chemicznej użyto co najmniej czterokrotnie; w kraju swoją pozycję coraz bardziej wzmacniają islamiści sprzymierzeni z Al-Kaidą, którzy na kontrolowanych przez siebie terenach budują własne państwo, zwalczając siły zbrojne reżimu oraz opozycji. Brutalny konflikt toczy się nadal, choć żadna z jego stron nie jest w stanie uzyskać trwałej przewagi i przejąć pełnej władzy w kraju.

Iran. Przełomowe porozumienie czy "historyczna pomyłka"?

Sytuacji na Bliskim Wschodzie, póki co, nie uspokoiło także podpisanie w listopadzie umowy dotyczącej irańskiego programu atomowego. Porozumienie w Genewie, zawarte przez Iran i sześć państw zachodnich, stwarza wprawdzie podstawy do "budowy wzajemnych środków zaufania", ale nie wiadomo, jak zachowają się władze w Teheranie, które słyną z licznych dyplomatycznych manewrów i uników. Swoje zastrzeżenia najmocniej wyraziły władze Izraela, które zawarcie umowy określiły mianem "historycznej pomyłki", a także skrytykowały, zbyt uległą, ich zdaniem, politykę Zachodu względem Iranu.

Z uwagi na dążenie Teheranu do ustanowienia hegemonii na Bliskim Wschodzie Izrael oraz państwa Zatoki Perskiej przystąpiły do tworzenia nieformalnego sojuszu mającego na celu przeciwstawienie się geopolitycznym planom irańskich władz. Na razie ma on charakter taktyczny, ale polityka Hasana Rouhaniego, który deklaruje, że jest politykiem umiarkowanym, pozostaje, na dobrą sprawę, wielką niewiadomą. Jeśli podpisanie porozumienia w Genewie przez Iran okazałoby się jedynie wybiegiem taktycznym, to niezwykły sojusz Izraela i państw Zatoki mógłby przybrać bardziej konkretne kształty.

Sudan Południowy. Najmłodszemu państwu świata grozi rozpad

Koniec roku przyniósł eksplozję przemocy w najmłodszym państwie świata - Sudanie Południowym. Do konfliktu doszło na tle walki o władzę pomiędzy prezydentem Salvą Kiirem, a byłem wiceprezydentem Riekiem Macharem. Konflikt, który, jak dotąd, przyniósł tysiąc ofiar śmiertelnych (zginęło także trzech żołnierzy ONZ), szybko nabrał wymiaru etnicznego - pomiędzy grupami Dinka i Nuer.

W ten sposób spełniły się najgorsze prognozy ekspertów ostrzegających, że w Sudanie Południowym może wybuchnąć konflikt etniczny grożący nawet rozpadem państwa. W kraju tym przebywa, co prawda, misja Narodów Zjednoczonych (UNMISS), ale siły ONZ, które udzieliły schronienia 30 tysiącom cywilów, mogą stać się obiektem kolejnych ataków ze strony rebeliantów. Niepokój budzi również polityka sąsiedniego Sudanu, który może, teoretycznie, wykorzystać sytuację do dokonania "korekt" wspólnej granicy - także z użyciem sił zbrojnych.

Republika Środkowoafrykańska. Ostrzeżenie przed "wylęgarnią terrorystów"

Podobnie napięta sytuacja panuje w Republice Środkowoafrykańskiej, gdzie wewnętrzny konflikt grozi przerodzeniem się w ludobójstwo na tle etnicznym i powstaniem "wylęgarni terroryzmu". Taki niepokój wyrazili m.in. członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ po dramatycznym apelu premiera Nicolasa Tiangaye. W związku z rozwojem sytuacji Francja zdecydowała się na wysłanie do Republiki Środkowoafrykańskiej swojego kontyngentu zbrojnego.

Zadaniem Francuzów, przy wsparciu zbrojnym ze strony państw Unii Afrykańskiej, będzie zahamowanie fali przemocy i przywrócenie porządku w kraju. Swoje wsparcie dla francuskiej misji wojskowej zaoferowały również Polska i Wielka Brytania, choć "wymuszanie pokoju" w tym sporym państwie będzie wymagać większej liczby żołnierzy. Republikę w ostatnim czasie zaczęto porównywać do Somalii, która w wyniku brutalnej wojny klanów w latach 90. rozpadła się na kilka niezależnych od siebie terytoriów; państwo to do dziś nie zostało zjednoczone przez rząd centralny.

Mali. Groźba islamistycznej insurekcji

Francja w 2013 roku postawiła powrócić do swojej polityki interwencji w krajach afrykańskich, choć, tym razem, na pierwszym planie takich misji znajdują się nie tylko cele polityczne, ale również humanitarne. Sygnałem świadczącym o tym strategicznym zwrocie była decyzja Paryża o przeprowadzeniu operacji zbrojnej w Mali, które tamtejsi islamiści próbowali przekształcić w kalifat. Terroryści opanowali rozległe terytorium zwane Azawadem, ale błyskawiczna interwencja w kwietniu, przy użyciu sił powietrznych i lądowych, zapobiegła przejęciu przez nich władzy.

W Mali następuje obecnie powolna odbudowa struktur państwowych, a rolę gwaranta pokoju, z rąk Francji, mają wkrótce przejąć państwa wchodzące w skład Unii Afrykańskiej. Cały czas pojawiają się jednak ostrzeżenia przed kolejną islamistyczną insurekcją - we wszystkich krajach Sahelu. Groźba ta jest realna z uwagi na dużą niestabilność polityczną państw znajdujących się w tej części Afryki.

Morze Wschodniochińskie. Strategiczny zwrot USA

Wybuchem niebezpiecznego konfliktu grozi spór o Morze Wschodniochińskie, który w 2013 roku powrócił ze zdwojoną siłą. Jego uczestnikami są nie tylko państwa regionu - Chiny, Japonia i Korea Południowa - ale także Stany Zjednoczone, które wdrożyły w życie strategię tzw. zwrotu w stronę Pacyfiku. Dla Waszyngtonu oznacza to nie tylko dbanie o swoje interesy gospodarcze w tej części świata, ale także trzymanie się umów o wspólnej obronie zawartych z Tokio i Seulem.

Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że w obozie amerykańskich sojuszników odżył zaogniony spór na tle historii, ale Waszyngton, pomimo to, próbuje zewrzeć szeregi. Gdy w listopadzie Chiny ogłosiły ustanowienie "strefy obrony powietrznej" w podróż po Azji ruszył wiceprezydent USA Joe Biden, który zadeklarował, że Stany Zjednoczone są "siłą na Pacyfiku" i "nigdy nie się stąd wycofają". Coraz bardziej agresywna polityka Chin grozi nie tylko eskalacją konfliktu o Morze Wschodniochińskie, ale także odsuwa w czasie możliwość wznowienia rozmów sześciostronnych z Koreą Północną, która kontynuuje prace nad swoim programem atomowym.

Afganistan. Widmo "Opcji Zero"

W ostatnich miesiącach w niebezpiecznej sytuacji znalazł się Afganistan, który może znaleźć się w "próżni bezpieczeństwa". Taka sytuacja to wynik polityki prezydenta Hamida Karzaja, który, pomimo opinii parlamentu, nie wyraził zgody na podpisanie umowy o współpracy wojskowej ze Stanami Zjednoczonymi. Na mocy jej postanowień odpowiedzialność za bezpieczeństwo miał wziąć na siebie rząd w Kabulu, podczas gdy Amerykanie mieli uzyskać prawo do pozostawienia w Afganistanie ok. 8 tysięcy żołnierzy w charakterze "strategicznych odwodów".

Karzaj, pomimo rosnącej presji ze strony terrorystów, decyzję w sprawie podpisania paktu chce pozostawić jednak swojemu następcy, który zostanie wyłoniony w wyborach prezydenckich w kwietniu 2014 roku. W ocenie władz USA, takie opóźnienie może utrudnić pozostanie amerykańskich wojsk w Afganistanie. Gen. Martin Dempsey, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, powiedział, że na razie nie planuje tzw. Opcji Zero, która oznaczałaby opuszczenie tego kraju przez wszystkich amerykańskich żołnierzy. Jak jednak wskazał, taka "nieszczęśliwa możliwość", mimo wszystko, istnieje.

Irak. Gorsząca walka o władzę z wojną w tle

Rok 2013 przyniósł pogorszenie sytuacji w Iraku, którego władze zdystansowały się od Stanów Zjednoczonych i państw Zatoki Perskiej obierając coraz wyraźniejszy kurs na Iran i Rosję. Wciąż złą sytuację bezpieczeństwa pogarszają coraz częstsze zamachy bombowe przeprowadzane przez Al-Kaidę oraz starcia pomiędzy rozmaitymi ugrupowaniami zbrojnymi.

W uspokojeniu sytuacji nie pomaga premier Nuri al-Maliki, któremu opozycja zarzuca praktyki autorytarne i dążenie do przejęcia pełni realnej władzy w Iraku. Kruche porozumienie dotyczące podziału władzy pomiędzy szyitów, sunnitów i Kurdów wisi na włosku, ale nawet 8,5 tysiąca ofiar konfliktu wewnętrznego w 2013 roku nie skłoniło zwaśnionych stron do zasypania podziałów i stawienia czoła wyzwaniom związanym z bezpieczeństwem.

Kolumbia. Nadzieja na historyczny przełom

Nieco lepsze wieści nadeszły z Kolumbii, w której od 1964 roku trwa wojna domowa. Konflikt, który w ostatnim czasie został zredukowany z wojny mającej na celu wprowadzenie komunizmu do "zwykłej" wojny narkotykowej, zdaje się zbliżać do końca dzięki zastosowaniu środków wojskowych. W październiku 2012 roku ruszyły rozmowy pokojowe pomiędzy partyzantami z Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii (FARC), a przedstawicielami rządu Juana Manuela Santosa. Negocjacje te są trudne z uwagi m.in. na złożony charakter kolumbijskiego konfliktu oraz stanowisko partyzantów.

Choć od kilku lat przewaga armii rządowej na polu walki jest bezdyskusyjna, dowódcy FARC pozostają nieustępliwi w swoich żądaniach. Trwałe porozumienie pokojowe w Kolumbii wymaga także rozwiązania politycznego, ale partyzanci, jak na razie, nie zgadzają się na propozycje strony rządowej. Pomimo kłopotów, a także wybuchających co jakiś czas potyczek w rejonach wiejskich, rząd Kolumbii, po raz pierwszy od dekad, ma szansę na zakończenie konfliktu, który do dziś kosztował życie 200 tysięcy ludzi.

System "naczyń połączonych". Niepokojąca prognoza na 2014 rok

Prognoza na rok 2014 nie jest zbyt optymistyczna. Każdy rok przynosi zjawisko coraz większej "globalizacji wojny" i "eksportu przemocy". Taki system "naczyń połączonych" oznacza, że konflikt zbrojny w jednym państwie może prowadzić do wybuchu wojny na, co najmniej, skalę regionalną. Tak może być zarówno w przypadku Sudanu Południowego, jak i Republiki Środkowoafrykańskiej. Z kolei napięcie w rejonie Morza Wschodniochińskiego może przekształcić się w konfrontację z udziałem światowych mocarstw, USA i Chin, które znajdą się po przeciwnych stronach barykady. Uwagę mocarstw zaangażowałyby także wszystkie spory z państwami dysponującymi bronią nuklearną, takimi jak Korea Północna czy coraz bardziej niestabilny Pakistan.

Do listy zagrożeń dochodzi również niemożność rozwiązania toczących się od lat konfliktów wewnętrznych w krajach takich jak Jemen czy Somalia, sprawiająca, że indeks tzw. państw upadłych w roku 2014 prawdopodobnie powiększy się o kolejne pozycje.

(bp)
http://wiadomosci.onet.pl...la-swiata/3qskc

jerzydom - 2013-12-30, 17:39
Temat postu: Jezus: Bóg i człowiek
Jezus: Bóg i człowiek
Kiedy się urodził? Ile prawdy zawierają ewangelie i dlaczego Nowy Testament milczy o tym, że kilkuletni Jezus ożywił soloną rybę.

NEWSWEEK: Trudno się pani czyta ewangelię?
PROF. EWA WIPSZYCKA: Skądże. Czytam ją zawodowo i dla przyjemności od kilkudziesięciu lat. A dlaczego pan pyta?

NEWSWEEK: Zastanawiam się, co sobie myśli akademicki badacz początków chrześcijaństwa, czytając opowieści o rzezi niewiniątek i Gwieździe Betlejemskiej.
PROF. EWA WIPSZYCKA: Podchodzę do nich z dużą życzliwością, nie tylko dlatego, że się z tymi wątkami wychowywałam, jak każdy urodzony w kręgu cywilizacji chrześcijańskiej. To piękne, pełne ciepła przypowieści i zarazem ilustracja tego, czego potrzeba większości z nas, gdy się konfrontujemy z wielką tajemnicą ewangelii. A że te powiastki niemal na pewno nie mają nic wspólnego z faktami? Myślę, że dla większości chrześcijan dziś nie mają one żadnego metafizycznego znaczenia. Trzej Królowie, Gwiazda Betlejemska, nawet data i okoliczności narodzin Jezusa to tylko oboczności głównego tematu ewangelii, czyli świadectwa Jego nauki i Jego roli w dziejach uniwersum.

NEWSWEEK: Mimo to historycy i archeolodzy od lat badają, ile w tych obocznościach prawdy, a ile literackiej fikcji. Czy ten wysiłek jest w ogóle wart zachodu?
PROF. EWA WIPSZYCKA: Każdy krytyczny wysiłek wart jest podjęcia, gdyż powiększa – a przynajmniej są szanse, że powiększy – naszą wiedzę o historycznych warunkach narodzin religii chrześcijańskiej. Inną sprawą są nerwowe reakcje na te wszystkie przypadki, gdy efekty badań wyraźnie odstają od tego, co znajdujemy w ewangelii. A mówiąc wprost – kiedy okazuje się, że ewangelia nie ma racji. Tradycyjni badacze związani z kościelnymi instytucjami za wszelką cenę chcieli, aby takie sytuacje się nie zdarzały. Ewangeliści przecież jako autorzy natchnieni wszystko dobrze wiedzieli, nauka więc powinna tylko potwierdzać ich świadectwo.

NEWSWEEK: W wypadku daty narodzin Jezusa świadectwo ewangelii jest dość jednoznaczne, padają odniesienia do wydarzeń, które możemy dokładnie datować.
PROF. EWA WIPSZYCKA: Wspominają o tym dwie ewangelie, Łukasza i Mateusza. Opowiadając o podróży Marii i Józefa do Betlejem, gdzie nastąpił poród, Łukasz wiąże ją ze spisem majątkowym, cenzusem przeprowadzonym przez Kwiryniusza, namiestnika prowincji Syrii, do której należała świeżo przyłączona do cesarstwa Judea. Jest to fakt historyczny dobrze znany, wydarzył się w 6 r. po narodzeniu Chrystusa. Łukasz był przekonany, że w tym momencie żył jeszcze i panował Herod, w czym się mylił: nie ma najmniejszej wątpliwości, że Herod zmarł 10 lat wcześniej, w 4 roku przed narodzeniem Chrystusa. [Łukasz] nie zdawał też sobie sprawy z tego, że podawał sprzeczne informacje. Także dla Mateusza narodziny nastąpiły za czasów tego króla, gdyż to on właśnie nakazał rzeź dwuletnich chłopców w Betlejem i jego okolicy. Różnice w przekazie ewangelii, bardzo dla badaczy konfesyjnych kłopotliwe, próbowano usunąć na wszelkie sposoby. Weźmy na przykład tzw. kamień tyburtyński – fragmentarycznie zachowaną płytę z napisem na cześć nieznanego z imienia senatora, żyjącego w czasach Chrystusa. Kamień miał swój udział w dyskusjach nad wartością przekazu Biblii. W najciekawszej części napis głosi, że ów senator „był legatem w randze propretora boskiego Augusta dwukrotnie Syrii i Fenicji”.
Część historyków i biblistów utożsamia go z Kwiryniuszem. W swojej ewangelii św. Łukasz wspomina go jako tego, który zarządził spis ludności, zmuszając Marię i Józefa do wędrówki do Betlejem. Informacja o tym, że pełnił on urząd dwukrotnie, posłużyła im do zbudowania hipotezy, wedle której ów Kwiryniusz miał nakazać dwukrotnie spis w Judei, raz za życia Heroda, drugi raz w momencie wchłonięcia Judei do prowincji Syrii. Jednak żaden namiestnik Syrii nie miał powodu do robienia spisu w niezależnym państwie; kandydatów zaś na bohatera inskrypcji tyburtyńskiej (razem z Kwiryniuszem), i to na równych prawach, jest pięciu. Zostajemy więc ze sprzecznością między ewangeliami, wszystko wskazuje na to, że nie da się jej usunąć. W takiej sytuacji historyk powinien uczciwie przyznać: Jezus przyszedł na świat gdzieś pomiędzy 6 a 4 rokiem p.n.e.
NEWSWEEK: Ale czy to możliwe, by ewangeliści mylili się w opisie tak ważnego wydarzenia jak narodziny ich mistrza?
PROF. EWA WIPSZYCKA: Dla tego pokolenia uczniów Chrystusa data jego urodzin nie była naprawdę ważna. Stąd w przekazie Marka i Jana liczą się tylko dorosłe lata mistrza, kiedy Jezus rozpoczyna nauczanie po chrzcie w wodach Jordanu. Pierwsi chrześcijanie czekali na bliskie ponowne przyjście Chrystusa na świat, na tzw. paruzję, a szczegóły ziemskiego żywotu Pana sprzed chrztu ich nie obchodziły. Dopiero pod koniec II wieku n.e., gdy doszło do nich, że trzeba będzie dłużej czekać na Zbawiciela, więcej uwagi poświęcono badaniu okoliczności Jego narodzin. Wtedy zaś naoczni świadkowie dawno już nie żyli, a pozostawione przez nich relacje szybko obrastały legendami. Pamiętajmy zresztą, że metrykalne dane nie były niczym istotnym dla ludzi tamtej epoki. Znajomość daty rocznej narodzin zaczęła mieszkańcom Palestyny być potrzebna, gdy znaleźli się w imperium rzymskim i podlegali podatkom obowiązującym od 14. roku życia. Ale nawet wtedy wywodzący się z biedoty rodzice mieli zrozumiałą tendencję do nieprzyznawania się do dokładnego wieku swych dzieci.
NEWSWEEK: Zatem w kwestii daty narodzin Jezusa jesteśmy skazani na domysły?
PROF. EWA WIPSZYCKA: Istnienie Jezusa potwierdzają nie tylko źródła chrześcijańskie. Rzymski dziejopisarz Tacyt, żyjący na przełomie I i II stulecia n.e., wspomina o wyznawcach Chrystusa ukrzyżowanego za rządów Poncjusza Piłata, których uważa za nosicieli „zgubnego zabobonu”. Swetoniusz piszący mniej więcej w tym samym czasie pamięta, że w Rzymie dochodziło za cesarza Klaudiusza do bójek wśród Żydów „podżeganych przez niejakiego Chrestosa” (to oboczna forma imienia Christos). Wiedział o Jezusie również Józef Flawiusz, historyk żydowskiego pochodzenia tworzący pod koniec I wieku n.e., wspomniał o nim w swych „Dawnych dziejach Izraela”. Niestety, nie wiemy dokładnie, jak brzmiał jego przekaz, gdyż u schyłku III lub na początku IV w. przerobił go jakiś chrześcijański autor, któremu nie wystarczał tekst Flawiusza. W wyniku jego interwencji możemy przeczytać, że „stał się przyczyną nowych zaburzeń niejaki Jezus, człowiek mądry, jeżeli w ogóle można go nazwać człowiekiem. Czynił bowiem rzeczy niezwykłe i był nauczycielem ludzi, którzy z radością przyjmują prawdę. Zjednał sobie wielu Żydów, jak też i Greków. On to był Chrystusem”. Coś takiego raczej nie mogło wyjść spod pióra wykształconego i w dodatku zromanizowanego Żyda. W pierwotnym tekście z pewnością pojawiła się jednak wzmianka o Jezusie urodzonym gdzieś w drugiej połowie panowania cesarza Augusta.
NEWSWEEK: Tradycja chrześcijańska zdaje się nie mieć w tej sprawie żadnych wątpliwości, znamy nawet datę dzienną narodzin Jezusa, 25 grudnia.
PROF. EWA WIPSZYCKA: Ta data jeszcze dłużej nie interesowała członków gmin chrześcijańskich, ewangelie nie dawały ku temu podstaw. W III wieku przyszedł jednak czas na podjęcie tego tematu, a pojawił się on w refleksji uczonych chrześcijańskich w związku z rozważaniami o charakterze kosmogonicznym i astronomicznym. Oczywiste było dla nich, że narodziny Jezusa musiały wypaść na dzień astronomicznie ważny, jeden z tych dni, które wyznacza ruch Słońca na niebie (popularnym epitetem Chrystusa było określenie Słońce Sprawiedliwości). Mamy ich cztery: dnie najdłuższy i najkrótszy oraz dwie równonoce. W kalendarzu juliańskim, który był w cesarstwie rzymskim, wypadały one na 25 czerwca i 25 grudnia oraz 25 marca i 25 września. Pascha była na wiosnę, więc wybór 25 marca jako dzień męki Chrystusa narzucał się sam. Efektem uczonych dywagacji było już uznanie, że tego samego dnia co śmierć miało miejsce poczęcie, innymi słowy Zwiastowanie. Dziewięć miesięcy ciąży Marii wyznacza narodziny na 25 grudnia, dzień przesilenia słonecznego, moment wielce symboliczny, bo to czas, kiedy na półkuli północnej dzień zaczyna się wydłużać kosztem nocy, światłość wygrywa z mrokiem. Chrześcijańscy myśliciele nie byli oryginalni w kalkulacjach. Większość antycznych kultów solarnych obchodziło tę datę bardzo uroczyście. Pod koniec III wieku n.e. cesarz Aurelian ustanowił dodatkowo 25 grudnia państwowym świętem ku czci Sol Invictus, czyli Słońca Niezwyciężonego, bóstwa szeroko czczonego. Jednak od uczonych dywagacji do święta Bożego Narodzenia droga nie była prosta. Zaczęto je obchodzić dopiero blisko końca III w., prawdopodobnie najpierw na terenie Afryki Północnej, a kilka dziesięcioleci później w Italii. Na Wschodzie bardzo długo święcono inny dzień – 6 stycznia.

Słowem, 25 grudnia z trudem torował sobie drogę. W egipskiej Aleksandrii po raz pierwszy urządzono święto dopiero w 432 r., a w Jerozolimie – w roku 439.
NEWSWEEK: A Gwiazda Betlejemska? Trzej Królowie? Rzeź niewiniątek? To też licentia poetica ewangelistów? W Aszkelonie archeolodzy znaleźli ciekawe cmentarzysko z czasów Heroda. Są tam same kości chłopców w wieku do około dwóch lat, a w ewangelii Mateusza czytamy, że władca kazał wymordować właśnie chłopców, którzy nie skończyli drugiego roku życia.
PROF. EWA WIPSZYCKA: Nie znam wyników badań tego stanowiska. Może to cmentarzysko zawiera kości ofiar jakiejś zarazy? Na pewno samo w sobie nie może być dowodem na to, że rzeź niewiniątek się odbyła. Podobnie rzecz się ma z Gwiazdą Betlejemską i z trzema mędrcami. Można próbować na siłę doszukiwać się dowodów naukowych na potwierdzenie prawdziwości słów ewangelii w sferze astronomii (Gwiazda Betlejemska byłaby wtedy supernową rozbłysłą na niebie), ale nikomu to się nie udało.
Uczciwiej będzie przyznać, że szanse na weryfikację legend nowotestamentowych są bliskie zeru. Gwiazda prowadząca wędrowców do celu, mędrcy – to wszystko stanowi dobry motyw literacki.

Jezus był egzorcystą

NEWSWEEK: Czy w takim razie dziewictwo Marii również można uznać za literacki topos?
PROF. EWA WIPSZYCKA: W antycznej literaturze dziewice czasami rodziły herosów. Wierzący naturalnie przyjmują dziewictwo Marii jako pewnik, to w końcu ważny i nienaruszalny element chrześcijaństwa. My, historycy, nie zajmujemy się z kolei weryfikacją cudów, możemy jednak śledzić, jak w ciągu wieków zmienia się ujęcie wątku maryjnego.
Sprawa dziewictwa Marii odegrała istotną rolę w polemice antychrześcijańskiej na gruncie żydowskim. Kiedy np. chrześcijaństwo zaczęło zyskiwać na znaczeniu, gminy żydowskie zaczęły kolportować po imperium plotkę, jakoby Maria padła ofiarą gwałtu ze strony nieznanego rzymskiego legionisty i Jezus narodził się z tego związku. W latach 30. zeszłego stulecia ten wątek powrócił nawet w nazistowskiej propagandzie. W anonimowym legioniście dopatrywano się dzielnego germańskiego wojownika służącego pod rzymskimi sztandarami. Ale to już temat na osobną rozmowę.

NEWSWEEK: Dotychczas przyglądaliśmy się narodzinom i dzieciństwu Jezusa wyłącznie z perspektywy ewangelii kanonicznych, uznawanych przez Kościół. A co mówią na ten temat apokryfy?
PROF. EWA WIPSZYCKA: Owe relacje, którym Kościół nie nadał rangi pism natchnionych, to szalenie interesująca lektura, bo pokazują nam, czego wczesnym chrześcijanom brakowało w przekazie ewangelii kanonicznych. Brakowało im człowieka dojrzewającego do spełnienia misji, ukazanego na tle własnej rodziny i znajomych. Wiernych musiało fascynować, jak jego boska natura mieszała się w jego ziemskiej powłoce z dziecięcym charakterem, skłonnością do zabawy, łobuzerki.
NEWSWEEK: Potrzebowali ewangelicznego tabloidu?
PROF. EWA WIPSZYCKA: W pewnym sensie rzeczywiście tak. W tak zwanych apokryfach dzieciństwa mamy więc mnóstwo anegdot z życia małego Jezusa ukazujących jego boskość z przymrużeniem oka. A to podczas zabawy przysiada na promieniu Słońca, a to zamienia złośliwych rówieśników w świnie albo robi ziemskim rodzicom psikusa i wskrzesza zasoloną rybę z ich domowej spiżarni. W innym apokryfie czytamy, że gdy jakieś dziecko niechcący uderzyło Jezusa w ramię i padło martwe, sąsiedzi nie wytrzymali i zażądali od Józefa, by wyniósł się z cudownym synem z ich wsi albo przywołał go wreszcie do porządku. W rezultacie Józef musiał wytargać Jezusa za ucho. Jakie to wszystko urocze i bliskie zwykłym ludziom.

NEWSWEEK: A dla badacza Biblii w dodatku fascynujące, gdy próbuje dojść, dlaczego w Nowym Testamencie ostatecznie znalazły się wzmianki o cudownej gwieździe zwiastującej narodziny Boga, za to nie ma słowa o tym, jak w tym Bogu odzywało się czasem dziecko.
PROF. EWA WIPSZYCKA: Opisy dziecięcych zabaw widocznie nie nadawały się na pisma autorów natchnionych w odróżnieniu od opisu cudownego zjawiska astronomicznego. Starożytni kochali przecież cuda. W rzymskich kronikach bogowie zdradzają często śmiertelnikom swoją wolę przez znaki: orła, który siada na posągu władcy, lub pioruna, który uderza z jasnego nieba w dach świątyni albo pałacu. W „Żywotach cezarów” Swetoniusza też nie znajdziemy zbyt wielu wzmianek o dziecięcych wybrykach władców, za to nie brakuje znaków zapowiadających, że w przyszłości te dzieci będą rządzić światem.
Znamienne jednak, że i ewangelie kanoniczne, i apokryfy podobnie opisują narodziny Jezusa. Mamy więc zwiastowanie Marii, która jest dziewicą, obawy i rozterki Józefa, który nie wie, jak się odnaleźć w trudnej sytuacji, wreszcie podróż do Betlejem i narodziny gdzieś pod drodze, w szopce lub grocie. Możliwe więc, że właśnie tak wyglądały prawdziwe okoliczności narodzin Jezusa.

NEWSWEEK: Zastanawiam się więc, co tak naprawdę świętujemy 25 grudnia? Narodziny Jezusa? Może już raczej ciąg wyobrażeń i tradycji powstałych na gruncie tego odległego wydarzenia?
PROF. EWA WIPSZYCKA: Raz umieszczone w kalendarzu święto okazało się trwałe, a jego znaczenie na tyle silne, aby nawet cywilizacyjne zmiany mu specjalnie nie zaszkodziły, choć obecnie towarzyszące temu dniu konsumpcyjne szaleństwo stanowi poważne zagrożenie dla jego religijnych treści.
NEWSWEEK: Na szczęście komplikacje z obliczeniem daty nie przysparzają wierzącym trudności. Komu szkodzi to, że Kościół prawosławny obchodzi Boże Narodzenie w innym dniu, bo używa do celów liturgicznych kalendarza juliańskiego, a nie gregoriańskiego?
PROF. EWA WIPSZYCKA: Byłam kiedyś pod koniec grudnia w środkowym Egipcie, w klasztorze katolickim prowadzącym działalność filantropijną w małej wsi, gdzie żyli Koptowie katoliccy i Koptowie monofizyccy. Siostry z tego klasztoru opowiedziały mi, że mieszkańcy uzgodnili, iż będą naprzemienne świętować Boże Narodzenie w dniach uznawanych przez jedno i drugie wyznanie, aby nikomu nie było przykro. Wpadłam w zachwyt. Liczy się przecież fakt narodzin Bóstwa, a w którym to było dniu – nieważne.

Może wrócimy do sposobu myślenia wczesnych chrześcijan, a zarazem zmądrzejemy na tyle, aby kalendarz liturgiczny nie rodził nowych konfliktów?

*Prof. Ewa Wipszycka - historyk starożytności Instytutu Archeologii UW, specjalizuje się w historii Egiptu czasów greckich i późnoantycznego chrześcijaństwa. Autorka m.in. "Kościół w świecie późnego antyku" (1994, 2006) i "Jak kształtował się autorytet mnichów egipskich" (2012) . W 2012 r. została laureatką Nagrody Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej za "wszechstronną rekonstrukcję funkcjonowania wspólnot klasztornych w późnoantycznym Egipcie"

Tekst pochodzi z "Newsweeka Historia" 12/2013.

GrzegorzB - 2014-01-10, 18:43
Temat postu: I znowu atak na Kosció w Polsce
Tym razem szkalowany jest...
http://wiadomosci.onet.pl...oaletowym/fm9rf
:diabel2:

jerzydom - 2014-01-11, 10:54

:lol:
jerzydom - 2014-01-19, 09:35

Irańska agencja prasowa informuje, że USA jest pod kontrolą kosmitów o nazistowskim rodowodzie

http://www.youtube.com/watch?v=tIlHpsKtpco

Oficjalna irańska agencja informacyjna przytacza opis części nieujawnionych dotychczas materiałów ze słynnego przecieku byłego pracownika NSA, Edwarda Snowdena. Jak twierdzą Persowie, stworzenie systemu elektronicznej inwigilacji jest tylko jednym z oblicz planu. Dokumenty Snowdena mają być dowodem na to, że oprócz oficjalnego rządu w USA istnieje rząd cieni, którym zarządzają przedstawiciele Obcych.

Brzmi to jak scenariusz kolejnego hollywoodzkiego filmu, ale tego typu przekaz pojawił się na oficjalnej stronie agencji FARS. Dziennikarze powołują się na źródła w rosyjskim FSB. Dokumenty potwierdzają szokujące powiązanie między USA-Obcymi-Nazistami. Podobno rasa obcych, o której wspominał też kanadyjski minister Heller, jest w stałym kontakcie z rządem amerykańskim, a poprzednio była w kontakcie z rządem niemieckim za czasów panowania narodowego socjalizmu.

Trzeba przyznać, że militarystyczne Niemcy osiągnęły wtedy pozycję globalnego hegemona, zupełnie taką jak ta jaką mają w czasach dzisiejszych Stany Zjednoczone. Czy oznacza to, że ktoś stopniowo dawkuje postęp technologiczny pozwalający jednemu narodowi na uprzywilejowaną pozycję w zamian za coś bliżej nieustalonego?

Faktem jest, że w kwestii naukowej wiele projektów prowadzonych przez Nazistów znalazło swoją kontynuację w USA. Samo NASA w czasach wyścigu kosmicznego pełne było tych samych naukowców, którzy pomagali budować pierwsze rakiety balistyczne spadające na Londyn. Czy to oznacza, że USA jest w jakimś stopniu kontynuatorem III Rzeszy? FARS idzie z oskarżeniami dużo dalej. Zdaniem Irańczyków na Ziemi są obcy zwani „Wysokimi Białymi” i to oni rozdają karty. Wcześniej wspierali Hitlera, a obecnie Stany Zjednoczone.

Dokumenty Snowdena ponadto potwierdzają, że "Wysocy Biali" przynajmniej od 1954 roku spotykali się z prezydentami USA począwszy od Dwighta D. Eisenhowera. To oni mieli ustanowić "tajny system" aktualnie rządzący Ameryką a wkrótce całym światem. Tajny raport FSB, na który powołuje się FARS ostrzega, że ​​celem ma być stworzenie globalnego systemu elektronicznego nadzoru, aby ukryć wszystkie prawdziwe informacje o ich obecności na Ziemi, aż do ich końcowego planu całkowitej asymilacji i rządów świata.

W przeszłości agencja FARS pisała na tematy kontrowersyjne. Poruszano takie tematy jak: "Brytyjska rodzina królewska to Żydzi", czy też „Izrael ma plany aneksji Iraku”. Tym razem jednak agencja FARS przeszłą samą siebie informując, że rząd USA jest pod wpływem "gabinetu cieni" składającego się z obcych z nazistowską przeszłością.

http://innemedium.pl/wide...skim-rodowodzie

http://english.farsnews.c...=13921021000393

GrzegorzB - 2014-01-20, 22:41
Temat postu: "Prawda jest tylko jedna"
To wprawdzie pikuś w porównaniu z wyrzuconymi 20-ma ewangeliami, czy z 2 kg napletków Jezusa po różnych sanktuariach, ale zawsze zabawne. A to co bawi, to poprawia zdrowie:
"Brytyjski "The Telegraph" dotarł do fotografii, z której usunięto postać arcybiskupa Józefa Wesołowskiego. W jego miejsce pojawił się emerytowany biskup Francisco José Arnáiz. Retusz zdjęcia ma związek z podejrzeniem duchownego o pedofilię. Polak zniknął z fotografii jak niegdyś Lew Trocki - zauważa dziennik na swoich stronach internetowych."
http://wiadomosci.onet.pl...ak-trocki/6r7vp

jerzydom - 2014-02-02, 10:53
Temat postu: Polskie Stonehenge
Polskie Stonehenge - miejsce mocy na Podlasiu

Białowieża znana jest w Polsce i na świecie z majestatycznych żubrów, żyjących w nieprzebranych ostępach puszczy. Niewielu jednak wie, że tuż obok wsi leży miejsce, którego natura nie jest do końca wyjaśniona. Podlaskie Stonehenge - miejsce mocy.

Miejsca mocy to punkty koncentracji stymulującej energii przyrody. Pulsują dziwną, nie do końca poznaną energią. Chory organizm szybciej wraca tam do zdrowia, a umysł łatwiej nawiązuje kontakt z wyższym wymiarem rzeczywistości. Owe „mocne punkty” Ziemi połączone są ze sobą liniami energetycznymi, oplatając naszą planetę siatką przypominającą strukturę kryształu. Najsilniejsze miejsca mocy znajdują się w punktach krzyżowania się owych linii. Tak przynajmniej twierdzą zwolennicy geomancji, sztuki wykorzystywania pozytywnej energii Ziemi i Kosmosu dla uzyskania harmonii z otoczeniem, a w konsekwencji zdrowia i szczęścia.

Miejsca mocy są rozsiane po całym świecie. To między innymi piramida w Gizie, Machu Picchu, Świątynia na skale w Jerozolimie, wyrocznia w greckich Delfach czy kaplica na Wawelu. Z reguły znajdują się one na terenie świątyń najróżniejszych wyznań. Człowiek, żyjący dawniej blisko natury, miał instynktowną zdolność odnajdywania miejsc o wyjątkowo pozytywnej energii. Stawiano tam budowle poświęcone bogom, w których aktualnie wierzono. „Magiczne miejsce” na Podlasiu jest o tyle niezwykłe, że znajduje się w środku puszczy i dlatego łatwo zaobserwować, jak bardzo odróżnia się od reszty lasu. Na swego rodzaju polanie rosną jabłonie, grusze i głogi, w miejsce typowych dla tutejszych lasów dębów, olch, świerków i brzóz. Możliwe, że w XIX w. istniało tu obozowisko pasterzy wypasających bydło w lesie. Trudno jednak wyjaśnić, dlaczego wiele drzew otaczających polanę rozgałęzia się z jednego pnia na dwa, trzy i cztery drzewa. Osoby znające puszczę twierdzą, że jest to zjawisko dość rzadkie, zdumiewa zwłaszcza nagromadzenie tylu „zmutowanych” drzew w jednym miejscu.
Wreszcie, nie da się nie zauważyć kamieni ułożonych w krąg, z wielkim głazem pośrodku. Najlepiej spojrzeć na nie z góry, z wieży widokowej ufundowanej przez – a jakże – producenta piwa „Żubr”. Być może chodzi o to, by wzmocnić doznania w miejscu mocy. Wpływ spożywania alkoholu w tak niecodziennym miejscu nie został jednak jeszcze zbadany przez żadną naukę. Badania geodezyjne wykazały, że kamienie są wkopane w ziemię na głębokość ponad dwóch metrów, a na powierzchni widać jedynie ich czubki! Czy oznacza to, że zostały tu ustawione tak dawno, że zdążyła je przykryć tak gruba warstwa ściółki? Zdecydowanie więcej tu pytań, niż odpowiedzi. Jaką funkcję pełniły głazy? Czy było to pogańskie obserwatorium słoneczne, kalendarz, miejsce kultu? Stworzyli je Słowianie czy lud zamieszkujący te tereny przed naszymi pradziadami?

A jak czuje się człowiek wewnątrz tajemniczego kręgu? Ufam święcie, że jest to miejsce niezwykłe. Niestety, jednocześnie jestem wyjątkowo mało wrażliwy na nadprzyrodzone zjawiska. Słyszałem o najróżniejszych reakcjach – najczęściej o wyjątkowo dobrym znakomitym samopoczuciu, ustąpieniu bólu głowy i innych dolegliwości. Niektórzy odczuwają swego rodzaju podniecenie, a nawet ekstazę. Trudno powiedzieć, na ile może być to efekt autosugestii. Nie brakuje jednak osób, które czują się w miejscu mocy źle – najczęściej są to bóle i zawroty głowy, chociaż zdarzały się też poważniejsze przypadki. Dlatego nie należy przebywać w kręgu dłużej niż kwadrans. Oczywiście nie brakuje również nieczułych osobników mojego pokroju, którzy nie czują absolutnie nic. Na energię płynącą z kosmosu również trzeba umieć się otworzyć – ważne jest pozytywne nastawienie wewnętrzne, wyciszenie i koncentracja. Ludzie wrażliwi nie powinni mieć jednak problemu z poczuciem tajemnej mocy.

Do „magicznego miejsca” łatwo można dostać się samochodem, skręcając przed Białowieżą w prawo i kierując się znakami. Ostatni kilometr należy przejść pieszo. Wyjątkowo leniwi mogą jednak poczuć moc również w parku pałacowym, tuż obok siedziby dyrekcji Białowieskiego Parku Narodowego. Na jednym z tamtejszych dębów, po ścięciu konara, ukazała się… głowa ludzka. Trudno było określić płeć wizerunku na drzewie, jednak wielu upatrywało w niej Chrystusa lub Matki Boskiej. Szybko okazało się, że dąb wydziela również niezwykłą energię, a za miejsce mocy oficjalnie uznano go po wizycie Leszka Mateli, polskiego autorytetu w geomancji. Wprawdzie „obraz” został już dawno zamalowany, ale nie znaczy to, że przestała kumulować się tu energia kosmosu.

Jak każde tajemnicze miejsce, także białowieski punkt przyciąga dziwne zdarzenia. W czerwcu 2007 nad Białowieżą pojawił się niezidentyfikowany obiekt latający, który spadł następnie na pole niedaleko „magicznego miejsca”. Okazało się, że nie był to pojazd Marsjan, a eksperymentalny balon ze specjalistyczną aparaturą, o wdzięcznej nazwie BOBAS 2, wypuszczony przez Politechnikę Warszawską.
http://turystyka.wp.pl/ti...,wiadomosc.html

uben - 2014-02-09, 22:03
Temat postu: Re: Polskie Stonehenge
jerzydom napisał/a:
Polskie Stonehenge - miejsce mocy na Podlasiu

Wpływ spożywania alkoholu w tak niecodziennym miejscu nie został jednak jeszcze zbadany przez żadną naukę.

Zastanawiające

Obiecuje że w tym roku spróbuję zbadać ten temat ale już czuję w kościach że będę potrzebował pomocy osób trzecich i kierowcy :564:
Ktoś chętny ? :-P

Misqn - 2014-02-09, 22:25

Jestem gotowy na poświęcenie wątroby w imię nauki ! Mam nawet już trochę pomocy naukowych - uszczuplonych ostatnimi urodzinami, ale jeszcze damy radę.
kris30 - 2014-02-09, 22:53

Tez jestem gotow oddac sie nauce :lol: dajcie znac jak bedziecie jechac ;-)
lokis - 2014-02-10, 22:26

http://www.sfora.pl/Jakby...-dolarow-a64584
ziajaxoxo - 2014-02-11, 15:17

Słyszałem o tym. Ciekawe ile dostanie kasy :D
Kurtki skórzane damskie i męskie

lokis - 2014-02-11, 20:12

Nic 8-)

Hamas przejął :573:

ziajaxoxo - 2014-02-13, 14:38

A to się nie dziwmy. Podobne prawo jest w Polsce. Jeśli znalezisko ma ileś tam lat należy oddać do muzeum.
Kurtki skórzane męskie i damskie


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group